czwartek, 26 lutego 2009

panaceum na pluchę



"Too-tiki dalej szła w stronę doliny. Po drodze spotkała wiewiórkę z pięknym ogonem.

- Wieczorem siedź w domu, bo nadchodzi wielki mróz - ostrzegała ją.

- Dobrze, dobrze - odpowiedziała wiewiórka. - Czy nie widziałaś przypadkiem szyszki, którą gdzieś tu schowałam?

- Nie - odrzekła Too-tiki. - Ale obiecaj, że nie zapomnisz, co ci powiedziałam. Siedź w domu, kiedy zmierzch zapadnie. To ważne.

Wiewiórka z roztargnieniem kiwnęła głową."
Tove Jansson "Zima Muminków"


Za oknem plucha, świat roztapia się w przyśpieszonym tempie. Z nieba leje szary deszcz, a chodniki pokrywa bure śniegowe błocko.
Przemoczyłam buty, zmarzłam i rozpaczliwie potrzebowałam szybko czegoś słodkiego, ciepłego, czekoladowego i sycącego.
Jakaś dobrą szyszkę... może czekoladowy budyń? Dobra myśl, tylko nie taki zupełnie prosty - musi być w wersji luksusowej.


W związku z tym luksusem wzięłam:

1/2 litra mleka
1 budyń waniliowy (wanilia doskonale gra z czekoladą)
2 łyżki ciemnego cukru trzcinowego (dark muscovado)
2 czubate łyżeczki ciemnego kakao
1 łyżeczka masła
6 kostek gorzkiej czekolady (70%)


Do garnka wlałam 1 i 1/3 szklanki mleka, dodałam cukier trzcinowy i zaczęłam podgrzewać. W kubku rozmieszałam na sucho proszek budyniowy z kakao, a jak się połączyły wlałam powoli pozostałe mleko i wymieszałam na gładka masę. Trochę to trwa, bo kakao niezbyt lubi łączyć się z zimnym mlekiem.
W tym czasie, w garnku, cukier rozpuścił się w gorącym mleku, które zmieniło barwę z białej na ciemnobeżową. Wlałam masę budyniową z kubka do gorącego mleka i wciąż mieszając dorzuciłam pokrojone na kawałeczki 4 kostki czekolady. Mieszałam tak długo, aż czekolada się rozpuściła, budyń zgęstniał i zaczął się gotować.
Zdjęłam z ognia, wrzuciłam łyżeczkę masła i wymieszałam je z budyniem dzięki czemu całość dostała ślicznego połysku.
Rozlałam do dwóch salaterek i na środek każdej położyłam po kostce czekolady - rozpuści się pod wpływem gorąca i zmieni w fantastyczną polewę.

Smacznego :)

środa, 25 lutego 2009

Bzibzieńka



" I w tym momencie właśnie Ryjek dostrzegł malutkiego kotka, który spacerował sobie po szczycie skały. Był w czarno-białe łaty i miał bardzo cienki ogonek, sterczący całkiem pionowo. Ryjek tak się ucieszył, że aż go coś zabolało.

- Kotku! - zawołał. - Kiciuniu, chodź no tutaj, przywitaj się ze mną. Tak mi się przykrzy samemu!
Mały kotek rzucił mu przez ramię żółte spojrzenie i poszedł dalej.
- Nie odchodź ode mnie! - zawołał Ryjek. - Ja cię tak lubię!

Ale kotek kroczył dalej nie zwracając na niego najmniejszej uwagi."

Tove Jansson "Kometa nad Doliną Muminków"


Nie pamiętam kiedy zdecydowałam się polubić koty. Możliwe, że stało się to przed moim urodzeniem. W każdym razie moje pierwsze wspomnienia związane są z całkowitą akceptacją wyżej opisanego kociego podejścia do życia... i ludzi.
Możliwe, że już wtedy przeczuwałam ileż to przyjemności, no i satysfakcji, daje moment, kiedy kot, wskakując na kolana lub bezceremonialnie rozkładając się na czytanej właśnie książce, obdarza człowieka swoją uwagą. Głębokie spojrzenie w oczy, gardłowe "mruuu...", pokazany w całej okazałości brzuch i już jestem kupiona. Bo jak tu nie ulec takiemu spojrzeniu...


Delphi alias Bzibzieńka, Śliczna, Czernidełko, Kocica, Kota...

wtorek, 24 lutego 2009

marzy mi się

Zamarzyła mi się Praga.
Z wąskimi, jasnymi uliczkami, wysokimi kamienicami, bajglami i milionem sklepików.
Praga, z czarnymi teatrami i ukrytym w środku miasta franciszkańskim ogrodem. Z synagogami i Żydem siedzącym przez kawiarenką, żywo gestykulującym w czasie rozmowy przez telefon.
Wysokie schody prowadzące na Zamek, piękna katedra św. Wacława, cała w gotyckich witrażach, maswerkach i sterczynach, położone na murach zamkowych ogrody królowej - to wszystko wróciło do mnie falą tak silną, że nieomal zaczęłam się pakować.

Marzy mi się Praga w maju...

piątek, 20 lutego 2009

biscornu



Biało-niebiesko mi dziś...





czwartek, 19 lutego 2009

tłusty czwartek



"Too-tiki dalej szła w stronę doliny. Po drodze spotkała wiewiórkę z pięknym ogonem.
- Wieczorem siedź w domu, bo nadchodzi wielki mróz - ostrzegała ją.
- Dobrze, dobrze - odpowiedziała wiewiórka. - Czy nie widziałaś przypadkiem szyszki, którą gdzieś tu schowałam?
- Nie - odrzekła Too-tiki. - Ale obiecaj, że nie zapomnisz, co ci powiedziałam. Siedź w domu, kiedy zmierzch zapadnie. To ważne.
Wiewiórka z roztargnieniem kiwnęła głową."
Tove Jansson "Zima Muminków"



Dziś Tłusty Czwartek. Rano kupiłam po pączku dla każdego, by były do śniadania, a po południu usmażyłam faworki. Całą górę.
Za oknem było biało, bielusieńko, padał leciutki, puszysty śnieg, a ja obsypywałam chruściki białym, leciutkim cukrem pudrem.
Teraz kubek pachnącej herbaty, góra faworków i... ja.



składniki:


1/2 kg mąki
4-5 żółtek
2 łyżki spirytusu
szczypta soli
1 śmietana 18% (ok 200g)

do smażenia: Planta 4 kostki
do posypania: cukier puder

Mąkę wysypać na stolnicę, wbić żółtka, dodać śmietanę, sól i spirytus.
Zagnieść ciasto. Wybjjać drewnianym wałkiem składając i znów rozbijać. Powtarzać tę czynność aż ciasto będzie gładkie, ok15-20 minut.
Zawinąć w ściereczkę i włożyć do lodówki na 1 godzinę.

Po wyjęciu z lodówki, podzielić na kilka części - te, których nie wałkujemy, odkładamy spowrotem do lodówki. Wałkować jak najcieniej podsypując niewielką ilością mąki lub wcale.
Placek pociąć radełkiem lub nożem na paski szerokości 3- 4 cm i długości ok 8-10cm, w środku naciąć wzdłuż i koniec faworka przewlec przez nacięcie.
Smażyć w gorącym, głębokim tłuszczu z obu stron na złoty kolor.
Osączyć z tłuszczu na papierowym ręczniku i posypać cukrem pudrem.

Smacznego :)



środa, 18 lutego 2009

zakładki

Lubię czytać.
Lubię zakładki do książek.
I lubię haftować krzyżykami. Bardzo lubię...
... a oto wynik moich pasji ;)




wtorek, 17 lutego 2009

bardzo biało



A za oknem biało, bardzo biało. Zima pokazuje, że istnieje, że nie jest tylko pustym słowem w kalendarzu.
Przez okno widzę ośnieżony sad i sople lodu zwieszające się z krawędzi balkonu. Całe ptasie bractwo urzęduje od samego rana w karmniku i na okolicznych drzewach. wysypałam dodatkowo porcję razowego chleba i pokrojone jabłka - może któryś z kosów skusi się na nie.
Bardzo lubię taka zimę, kiedy każda gałązka jest oblepiona bielą, kiedy koty zapadają się po grzbiet w lekkim puchu patrząc z zazdrością na leciutkie sikory skaczące po śniegu.

Wieczorem znajdę w ogrodzie wzór z tysiąca ptasich łapek i kilku kocich ścieżek.



poniedziałek, 16 lutego 2009

faszerowana papryka



"Too-tiki dalej szła w stronę doliny. Po drodze spotkała wiewiórkę z pięknym ogonem.
- Wieczorem siedź w domu, bo nadchodzi wielki mróz - ostrzegała ją.
- Dobrze, dobrze - odpowiedziała wiewiórka. - Czy nie widziałaś przypadkiem szyszki, którą gdzieś tu schowałam?
- Nie - odrzekła Too-tiki. - Ale obiecaj, że nie zapomnisz, co ci powiedziałam. Siedź w domu, kiedy zmierzch zapadnie. To ważne.
Wiewiórka z roztargnieniem kiwnęła głową."
Tove Jansson "Zima Muminków"


Zachciało mi się zrobić faszerowaną paprykę. Dla jej gorących kolorów, aromatu i soczystej słodyczy.



składniki:
2 papryki, najlepiej nie zielone
1/2 szkl. kaszy kus-kus
1/2 szklanki rosołu (może być bulion z kostki)
100g twarogu
50 g sera żółtego
garść zieleniny (ja użyłam zblanszowanych młodych liści szpinaku)
łyżka oliwy lub oleju
sól, pieprz do smaku




Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Paprykom ścinamy wierzchy i wyrzucamy ze środka nasiona. smarujemy oliwą w środku, solimy. Odstawiamy do naczynia żaroodpornego posmarowanego odrobina oliwy lub oleju. Jeśli nie chcą prosto stać, ścinamy odrobinę dno.
W misce zalewamy kus-kus gorącym bulionem i ostawiamy na 5 minut pod przykryciem. Po tym czasie wzruszamy całość widelcem, dodajemy pokrojony w kostkę twaróg, przyprawy i zieleninę. Mieszamy.
Mieszanina napełniamy papryki, posypujemy wierzch żółtym serem, przykrywamy paprykowymi "przykrywkami" i do piekarnika.
Zapiekamy przez 20-30 minut.

Smacznego :)


piątek, 13 lutego 2009

zima



Biało.
Zimno.
Puszysty śnieg, suchy i drobny jak cukier, pokrył wszystko grubym kożuchem. W ogrodzie najmniejszy, zaschnięty jesienią badylek, dostał puchatą czapę.
Mróz.
Sikorki-akrobatki kołyszą się na kawałku słoniny.
Żółto-zielonkawe dzwońce, masywne grubodzioby i małe sosnówki pracowicie wybierają słonecznik z karmnika. Wczoraj jakiś uparty kos przeciskał się między gałązkami ognika zjadając jego czerwono-żółte owoce.





Wiktoriańskie damy, ubrane w futra i woalki, zatrzymują się przed jasnymi witrynami pełnymi świątecznych łakoci, a w załomie muru kuli się Dziewczynka z Zapałkami - zima...





ilustracja:
autor: Jan Marcin Szancer
tytuł: 'Dziewczynka z zapałkami'

czwartek, 12 lutego 2009

gryząca książka


"Too-tiki dalej szła w stronę doliny. Po drodze spotkała wiewiórkę z pięknym ogonem.
- Wieczorem siedź w domu, bo nadchodzi wielki mróz - ostrzegała ją.
- Dobrze, dobrze - odpowiedziała wiewiórka. - Czy nie widziałaś przypadkiem szyszki, którą gdzieś tu schowałam?
- Nie - odrzekła Too-tiki. - Ale obiecaj, że nie zapomnisz, co ci powiedziałam. Siedź w domu, kiedy zmierzch zapadnie. To ważne.
Wiewiórka z roztargnieniem kiwnęła głową."
Tove Jansson "Zima Muminków"




Wiewiórka kocha szyszki, a ja książki o owych wiewiórkowych szyszkach. Właśnie, w ramach dogadzania samej sobie, wzbogaciłam się o jedną z nich.
Kupiłam "Nigella gryzie" Nigelli Lawson.
Czekają mnie teraz miłe godziny spędzone na przeglądaniu tej książki, zachwycaniu się świetnymi zdjęciami, no i te spędzone w kuchni, kiedy będę wprowadzała w życie wybrane kulinarne cudeńka.


niedziela, 8 lutego 2009

seler i żurawiny



"Too-tiki dalej szła w stronę doliny. Po drodze spotkała wiewiórkę z pięknym ogonem.
- Wieczorem siedź w domu, bo nadchodzi wielki mróz - ostrzegała ją.
- Dobrze, dobrze - odpowiedziała wiewiórka. - Czy nie widziałaś przypadkiem szyszki, którą gdzieś tu schowałam?
- Nie - odrzekła Too-tiki. - Ale obiecaj, że nie zapomnisz, co ci powiedziałam. Siedź w domu, kiedy zmierzch zapadnie. To ważne.
Wiewiórka z roztargnieniem kiwnęła głową."
Tove Jansson "Zima Muminków"



Jak widać wiewiórkę obchodzą tylko szyszki, znaczy coś do jedzenia. Toteż dziś będzie o jedzeniu, a dokładniej o surówce z selera.
Jeszcze niedawno wstrząsałam się jak słyszałam o jedzeniu surowego selera (gotowany do dziś jest brrrr....) , ale ta surówka jest naprawdę pyszna, a seler w niej smakuje troszkę orzechowo.
Więc do rzeczy.


potrzebujemy:
1/2 dużego selera
5 dkg suszonych żurawin
2 mandarynki
1 jogurt naturalny, niesłodzony, ok 150ml

Seler myjemy, obieramy i trzemy na tarce lub w malakserze na duże wiórki. Żurawiny kroimy, nie za drobno i dodajemy do selera. Mandarynki obieramy, dzielimy na cząstki i kroimy każdą na pół. Dodajemy do selera i żurawin. Całość zalewamy jogurtem, mieszamy i odstawiamy do przegryzienia przynajmniej na pół godziny.

Jest dobra sama, jak i z ciemnym chlebem. Dobra na drugi dzień. Ogólnie jest dobra.

Polecam :)