środa, 29 kwietnia 2009

ałycze

Kiedy idę przez osiedle powietrze jest ciężkie od zapachu kwitnących ałyczy.
Białe, niewielkie kwiatki rozsiewają słodką, lepką woń, która snuje się nad ulicami, czepia się traw, ubrań i włosów. Słońce zagęszcza zapach, kwiaty, jak na przyśpieszonym filmie, rozwijają się, pachną i po kilku dniach sypią śniegiem płatków przy najlżejszym powiewie wiatru.
Cudowne zjawisko trwające raptem tydzień, dziesięć dni. Potem już tylko ostre ciernie na gładkiej, czekoladowobrązowej korze i ciemnozielone listki.
Dopiero jesienią zabłysną złotem małych, kwaskowatych śliweczek, tak doskonałych na konfitury i nalewki w kolorze słońca.

czwartek, 23 kwietnia 2009

rudzik, kleik i zawilce

Wstałam dziś wcześnie rano, by podlać ogród. Między krzewami skakał rudzik błyskając miedzianą piersią. Przemykał tuż przy ziemi polując na muszki aż w końcu, spłoszony szumem wody, poleciał do sąsiadów.
Czasem żałuję, że w moim ogrodzie nie gnieżdżą się ptaki, ale przy trzech kotach...

Przez dom przewala się fala grypy żołądkowej - zdechlaki jęczą cichutko, że życie jest niesprawiedliwe i krzywiąc się jedzą kleik ryżowy, kisiel i dziecięce biszkopty. Marudzą, nudzą się lub cierpią. Mają zachcianki i zaraz potem już ich nie mają. Wstają przed świtem budzeni bólem poobijanych wirusem kiszek, a potem, w południe, drzemią w półśnie.

A w lesie kwitną zawilce.
Widzę ich całe dywany jadąc samochodem. Muszę iść dziś do lasu, choćby na pół godziny, bo one przekwitną, a ja ich w tym roku nie zobaczę.

sobota, 18 kwietnia 2009

mleko, jajka i pani Mrugalska

Po dłuższych poszukiwaniach źródła wiejskich jajek i prawdziwego mleka udało mi się.
Wczoraj znajoma zawiozła mnie do wiejskiego gospodarstwa, gdzie można kupić te wszelkie dobra.

Gospodyni, czarnowłosa Kaszubka, która na końcu każdego dania dodaje niskie "Jo...", od pierwszej chwili przypominała mi Panią Mrugalską z książeczek B. Potter.
Gospodarstwo duże, zadbane, kury łażące po sporym wybiegu za płotem, po drugiej stronie ogród, z zabudowań muczą krowy i pachnie wsią. Prawdziwa wieś tuż pod miastem.

Wróciłam z dwoma mendlami jaj, litrem świeżego mleka i litrem słodkiej śmietany. Dowiedziałam się też, że mogę również dostać twaróg, kwaśną śmietanę i masło. Zresztą, twaróg mogę robić też i sama, wystarczy kupić więcej mleka.

Połowę mleka nastawiłam na zsiadłe - już okropnie długo nie jadłam porządnego zsiadłego mleka, nie tego czegoś sprzedawanego w kubkach pod tajemniczą nazwą "acidofilne". Szklanki stoją od wczoraj i na każdej jest śmietany na palec grubo.


Będę tam jeździć regularnie.

piątek, 17 kwietnia 2009

śniadaniowe bułeczki

Gorące bułeczki na śniadanie. Marzenie prawie każdego. Moje też. Ostatnio tak silne, że zdecydowałam się zrobić sobie tą przyjemność, mimo, że wymagała ona przebudzenia się o 5 rano na chwile i wstania po raz drugi o 6.00. Lecz jeśli je się śniadanie o 7 rano...
Skorzystałam z przepisu Liski, ale zmieniłam sposób wykonania tak, by mieć je na śniadanie bez wstawiania o 3 w nocy.
Są puszyste, miękkie ze ślicznie zarumienioną, matową skórką. Najlepsze z dotychczas pieczonych i napewno będę do nich wracać.


Śniadaniowe bułeczki



składniki:

300 g mąki pszennej
20 g świeżych drożdży + 40 ml ciepłej wody
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
1 jajko, lekko roztrzepane
120 g ugotowanych lub upieczonych ziemniaków, przeciśniętych przez praskę
20 g miękkiego masła
80 g wody


wykonanie:

Drożdże wymieszać z 40 ml ciepłej (ale nie gorącej) wody. Przy pomocy miksera wymieszać wszystkie składniki, stopniowo wlewając drożdże. Kiedy ciasto będzie gładkie i powstanie z niego kula, przełożyć ją do miski, przykryć folią.
Do tej pory zrobiłam wszystko tak, jak w przepisie. Ciasto zarabiałam wieczorem, około 20.00. miskę z ciastem przykrytym folią wstawiłam do lodówki na całą noc.
Rano wyjęłam je z lodówki i zostawiłam na blacie w kuchni na godzinę, by się trochę ociepliło.
Po tym czasie wyjęłam delikatnie z miski na omączony lekko blat, podzieliłam na 8 części i z każdej z nich zrobiłam bułeczkę, którą nacięłam na krzyż ostrym nożem
Ułożyłam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 50 stopni na 20 minut.
Bułeczki urosły.
Wstawiłam na dno piekarnika naczynie z wodą i podniosłam temperaturę do 200 stopni.
Bułeczki upiekły się w czasie ok 20 minut, były gotowe tuż po osiągnięci przez piec wyznaczonej temperatury.
Wyjąć z piekanika, ostudzić lekko na kratce.

Smacznego :)

czwartek, 16 kwietnia 2009

raport robótkowy.

Kot Charles'a Wysockiego w dalszym ciągu leży w szufladzie i czeka na dokończenie. Prezentuje się tak:


***


Dalej pracuję nad haftem dla mamy, zostały mi tylko koronki do zrobienia, wyhaftowania. Mam nadzieję skończyć przed końcem kwietnia, by mieć jeszcze czas na oprawę. Na razie wygląda tak:

czwartek, 9 kwietnia 2009

łup

- Haker znów coś upolował - usłyszałam rzucone z okna słowa.
Pielę właśnie irysy błotne, oglądam się przez ramię - Haker przemyka w charakterystycznej pozie - wyprostowany grzbiet, głowa podniesiona wysoko, broda przyciągnięta do piersi - z czymś zwieszającym się z pyszczka. Zatrzymał się koło kraty z pnąca różą, wypluł. Natychmiast przydepnął to łapą, raz, drugi, a potem cofnął się i obserwuje uważnie.
Wstałam. Kot zamruczał głośno na mój widok i znów pacnął łapą w trawę.
Podeszłam bliżej. Patrzę co upolował i nic nie widzę. Haker plącze mi się pod nogami i pomiałkuje: "Widzisz, upolowałem, śliczna jest, tylko mi gdzieś się schowała. Pomóż mi ją znaleść..." miałczenie staje się coraz bardziej natarczywe.
Odsuwam kota i rozglądam się uważnie po kępce, której tak zawzięcie pilnował. Mam! Spod suchej, splątanej trawy wystaje kawałeczek jaszczurczego ogona. Dotykam delikatnie zastanawiając się czy to czasem nie jest tylko ogon, ale w tym momencie znika, a z drugiej strony kępki pojawia się brązowawy pyszczek. Maluśka jest, nie więcej niż 7 centymerów razem z ogonem.
Kocisko nie wytrzymuje i znów skacze przydeptując kępkę i siedzącą pod nią jaszczurkę. Odsuwam go, zasłaniam jedną ręką kępkę i wyłuskuję delikanie gadzinkę. Zimna jeszcze, nie rozgrzana słońcem, nawet nie próbuje uciekać.
Zabieram ją i wychodzę z ogrodu, idę w górę uliczki gdzie jest pusta działka. Zarośnięta niesamowicie, pełna wysokiej splątanej trawy, kamieni i krzaków. Przedzieram się przez nie i dopiero na środku puszczam zwierzątko. Ogrzana ciepłem mojej dłoni, zadowolona, schodzi żwawo na suche liście i znika w trawach.
Wracam do ogrodu. Koło róży, przy słupie od kraty, Haker dalej medytuje nad kępką trawy i reglarnie przydeptuje ją łapami.

Wrócił do domu dopiero godzinę później, obrażony na świat, jaszczurki i ludzi, i zaszył się pod kocem, by odespać rozczarowanie.