niedziela, 26 lipca 2009

w bukowym lesie


Popołudnie w bukowych lasach.
Ciemnozielonych, nasączonych deszczem, pachnących grzybami, błotem i zbutwiałymi liśćmi. Srebrnoszare pnie z nalotem w kolorze miedzianej patyny stoją mokre od niedawnego deszczu.
Na ziemi gałązki strącone przez wiatr, pełne buczynowych orzeszków. Na skarpach przy drodze poduchy ciemnozielonego mchu, ozdobione gdzieniegdzie pomarańczową kurką.
Na drogach duże kałuże o brzegach z czarnego błota i jasnym lusterkiem wody, w którym przeglądają się drzewa.

sobota, 25 lipca 2009

znów własna


Jestem wolna.
Wróciłam.
Znów jestem panią samej siebie. Odzyskanie siebie nie jest dziełem jednego dnia, proces zaczął się dość dawno, kilka miesięcy temu uświadomiłam sobie, że postępuje powoli, a dziś jestem pewna, że się dokonał i zakończył.
Co za ulga.
I jakie odświeżające uczucie, jak powrót do znajomych, kochanych miejsc po długiej podróży.
My soul is again mine, my own, my preciousss...

środa, 22 lipca 2009

deserowo

Skuszona fantastycznymi zdjęciami zrobiłam deser, który ostatnio zaprezentowała Bea, dokładnie Deser z białą czekoladą, mascarpone i owocami lata.
No i przepadłam.
Zakochałam się.
I nie tylko ja, ale też moja rodzina oraz aktualni domowi goście. Jako owoców użyłam malin i po kilka borówek amerykańskich do przybrania.
Nie mam zdjeć - nie zdążyłam zrobić i nawet, prawdę mówiąc, nie próbowałam, bo i tak nie udałoby mi się przebić świetnych zdjęć Bei. Tak więc po doznania wzrokowe proszę udać się do niej. A potem to już pozostaje tylko udać się do sklepu po składniki ;)

poniedziałek, 20 lipca 2009

koty i poziomki

O siódmej rano balkon jeszcze jest w cieniu. Powietrze pachnie świeżością i chłodem. Koty, zaciekawione, wychodzą za mną i bacznie przyglądają się jak podlewam rośliny.
Kocica zagląda do korytka i krzywi się zdegustowana - wygniecione wśród kwiatów ulubione miejsce do drzemek podsiąka wodą i do popołudnia będzie nie do użytku. Patrzy na mnie z wyrzutem i ostentacyjnie wychodzi z balkonu.
Haker wskakuje na stół i rozgląda się po okolicy.
Spotek wywiesza się pod barierką głową w dół i obserwuje coś pilnie. Ogląda się na mnie z miauknięciem, znów spogląda na dół i nagle biegnie szybko do pokoju. Po chwili słyszę rozpaczliwe wezwanie pod drzwiami na dole "Wypuście mnie! Chcę wyjść!!!" Litościwa dusza otwiera drzwi i już widzę kota przemierzającego trawnik z ogonem wzniesionym na znak najwyższego zadowolenia.
Kończę podlewać rośliny. Przysiadam na chwilę i zrywam kilka poziomek. Tak, na balkonie mam poziomki i uważam to za rewelacyjny patent - owocują właściwie od czerwca do mrozów, konkurencja do nich mniejsza niż w ogródku na dole, no i doskonale znoszą kocie drzemki.
I powiem Wam, że fajnie jest tak wyjść sobie na chwilę na balkon i skubnąć jedną czy dwie, albo raz na kilka dni pozbierać w miseczkę i zjeść je ze śmietaną i cukrem.

sobota, 18 lipca 2009

wędrówki po mieście


Wczoraj zawędrowałam w miejsca, w których nie byłam ładnych parę lat. Do Dolnego (Starego) Wrzeszcza.
Czy kierował mną przypadek? W pewnym sensie, tak.
Miałam umówiona wizytę w okolicach Placu Komorowskiego. Zwykle podjeżdżam tam samochodem, ale tym razem zostawiłam auto w kompetentnych rękach Pana_z_Myjni i ruszyłam pieszo.
Najpierw główną ulica, potem skręciłam przy skwerze, na rogu którego była ongiś restauracja "Morska". Pod torami przeszłam przejściem-tunelem i zagłębiłam się w świat, gdzie czas stanął, a przynajmniej toczy się bardzo powoli.

"PRZESYPYWANIE KOŁDER I PODUSZEK, CZYSZCZENIE PIERZA I PUCHU" poinformował mnie szyld wykonany literami o kroju prosto z lat 60-tych. Zakład mieści się w suterynie wysokiej kamienicy o ponurej fasadzie i z małym przedogródkiem. Tuż obok kolejna taka kamienica i kolejna. Na brzegu chodnika wysokie drzewa o grubych pniach - upragnione schronienie przed skwarem. Krzywy chodnik, dzieci wieszające się na niskim płotku i pies zajęty własnymi sprawami.
Na rogu sklep ogrodniczy... Pamiętam go! Taki sam, z doniczkami rozstawionymi wzdłuż chodnika i sztucznym słonecznikiem na wystawie, któremu czas i słońce zabrały część kolorów. Po drugiej stronie Elektryczny.
Oddycham głębiej i uśmiecham się do siebie. Znajome miejsca, znajome sklepy, świat zatrzymany w kadrze. Czuję się tak, jakbym trafiła na stabilną skałę, na coś niezmiennego. Dla mnie to ogromna ulga zobaczyć, że sklep, który istniał dziesięć lat temu dalej istnieje, a jego wystawa wygląda niemal identycznie. Nie zniknął, starty przez hipermarkety, trendy i mody.
Mała rzeczka-kanał dalej płynie między domami, podwórkami, szumi wesoło w przepustach pod ulicami.
Wielkie drzewo na środku placyka w ciągu ulicy Wajdeloty ocienia wejście do Zielarni. Zapach ziół w gorącym powietrzu kusi już kilka metrów od drzwi. Wchodzę.

Lubię Stary Wrzeszcz z jego kamienicami, które przeżyły już swój okres świetności, z krzywymi chodnikami, ulicami z kocich łbów lub asfaltu z dziurami. Lubię schodki sklepów wychodzące na chodnik, brudne podwórka, bramy i zabytkowe drzwi prowadzące na klatki schodowe z wciąż zachowanymi posadzkami w szachownice z płytek w kolorze czerni i sepii.

sobota, 4 lipca 2009

wyjeżdżam...

Walizki spakowane, drobiazgi poupychane, prognoza pogody obejrzana ( co prawda żadnych konstruktywnych wniosków nie wyciągnęłam z niej) i mogę jechać. Nie będzie mnie ponad tydzień.

Do miłego... :)


Góry Sowie, widok z Wielkiej Sowy

czwartek, 2 lipca 2009

kryptonim "OSA"

Mam w ogrodzie drewniane meble. Od samego początku jak tam stoją, przylatują na nie osy i zawzięcie skrobią je... zębami? Szczękoczółkami? Otworami gębowymi? Nieważne czym, w każdym razie skrobią i zabierają gdzieś uskrobany materiał. Na meblach pojawiają się nieregularne ścieżki wyglądające jak srebrne zacieki. Jedyną niedogodnością tego owadziego procederu jest to, że można taką pracującą osę przygnieść niechcący plecami, za co ona mści się okrutnie i boleśnie. Cóż, ludzka to rzecz, a raczej osia, toteż uważamy i osy nie muszą się mścić.

W tym roku jednak nareszcie dowiedzieliśmy się, co one robią z tego co uskrobią na moich krzesłach - nad oknem do garażu pojawiła się piłeczka pinpongowa w uskrobanym kolorze, z dziurką i osą w dziurce. Było to miesiąc temu. Potem okazało się, że to nie domek jednorodzinny, ale jakieś osiedle zamknięte rozrastające się w zawrotnym tempie - po miesiącu miało już dobrze około 20 cm średnicy, a one dalej skrobały.

Na osy nikt w domu nie jest uczulony. Znaczy z ludzi.
Bo Spot owszem, raczy być uczulony. Jak go kiedyś udziabała osa, to łapa mu spuchła jak bania i pan wet - ładując w kota jakieś odczulające i inne zastrzyki - uświadomił mnie, że jak go któraś użre w szyję, to kocina może się udusić od spuchnięcia. Niedobrze.
Mnie kiedyś pogryzły osy z rozgrzebanego gniazda i ogólnie niby się ich nie boję, ale dokładnie pamiętam że to dość nieprzyjemne.
Dziecko nie ma zdania, ale nie lubi być gryzione.
Mąż, os się boi. :D

Os dużo, ogródek mały. Pod gniazdem mój letni składzik łopatek i grabek do grzebania się w ziemi, kran z wodą i gniazdko do podłączenia kosiarki.

Zadzwoniłam do strażaków i dowiedziałam się, że mam kupić Raid, czarny, i do nich zadzwonić wieczorem to przyjadą i je zlikwidują. Kupiłam środek.
Mąż poszedł zobaczyć z daleka do czego to mam zamiar wołać Straż Pożarną, wrócił, obczytał opakowanie Raidu.
- Musimy je zabijać? Wszystkie? - w głosie dało się wyczuć wahanie.
Wzruszyłam ramionami.
- Może ktoś je weźmie, jakiś pszczelarz? - próbował dalej
- Pszczelarz to tylko ci powie, że hodujesz szkodniki i morderców.
- To może ZOO?
- Może. Dzwoń.
Zadzwoniliśmy. Nie wiem, czy umieścili to na swojej tablicy z kfiatkami, ale myślę, że musieli być dość ubawieni.
- Mam nietypową sprawę - zaczął maż. - Mamy w ogrodzie gniazdo os i chcemy je gdzieś oddać, by nie trzeba było ich zabijać. Czy może państwo...
Nie, państwo nie chcieli os. Wytłumaczyli nam, bez chichotów, że to bardzo ekspansywny gatunek i że mamy zadzwonić po Straż Pożarną, by je zlikwidowali. Mąż się poddał.
- Dzwoń.
Zadzwoniłam w poniedziałek - nie mieli wolnego wozu.
Zadzwoniłam we wtorek rano - nie, nie przyjmują zapisów na popołudniowe wyjazdy, mam zadzwonić wieczorem. Wieczorem nie zadzwoniłam, bo było oberwanie chmury, zalało miasto i resztki rozsądku mówiły mi, że strażacy mają co innego do roboty niż ściąganie mojego gniazda.
Zadzwoniłam dziś i przyjechali.
Nie, nie na sygnale i nie tym ogromnym wozem bojowym. Tym mniejszym, takim srebrnoczerwonym. Ślicznym. I było ich czterech.
Kazali się zaprowadzić do gniazda, popodziwiali moje krzaczory po drodze, potem obejrzeli gniazdo i zażądali: krzesła, worka i dużego noża. Dostarczyłam wszystko łącznie z moim wielkim nożem szefa kuchni.
- Ale majcher - usłyszałam mruknięcie.
Potem już było tylko szybkie pryśnięcie, odcięcie gniazda prosto do worka i zeskrobanie resztek. Kilka samotnych, zdezorientowanych os ocalałych z pogromu krążących koło okna, ulga i trochę żalu, że nie dało się jakoś inaczej...