poniedziałek, 26 października 2009

jesienne liście i sroki

Mgliste dni.
Złotolistne, mleczne od mgły i mokre od mżawki.
Mój ogród zasypia przykrywając się brunatnymi liśćmi jabłonek, pomiędzy którymi, nieśmiało błyskają fioletem marcinki. Funkie rozkładają szeroko zważone mrozem złoto-żółte liście.
Tylko róża okrywowa o drobnych białych kwiatach kwitnie jak oszalała.
Otwiera, jedna za drugą, całe kiście kwiatów, a następne pączki już czekają w pogotowiu. Będzie tak kwitła aż do dużych mrozów, aż biały śnieg poplami brązowymi plamami porcelanowe płatki.

Dziś, idąc do sklepu, wysypałam kawałki czerstwego ciasta na skraju boiska. Wracając zobaczyłam osiem srok kołujących, lądujących, podskakujących koło jedzenia. Eleganckie, w smokingach, jak grupka łobuziaków podlatywały, nabierały w dzioby po dwa, trzy kawałki i odlatywały na okoliczne drzewa by zjeść w spokoju.
Stałam po drugiej stronie ulicy i przyglądałam się im. Opalizująca zielenią i fioletem czerń skrzydeł, wachlarz ogona rozpostarty przy lądowaniu, biel piersi i bystre zerknięcia na boki.
Po chwili przyleciała wrona siwa. Srocze towarzystwo rozprysło się na boki w udawanej panice, a już po chwili drobnym kroczkiem, wyciągając szyję, kradło ciasto spod dzioba wrony.
Kiedy odchodziłam w pobliżu jedzenia lądowały trzy kawki.
Stojąc tam i przyglądając się ptakom, złapałam się na tym, że się uśmiecham. Uśmiecham się z zadowolenia, że komuś smakuje moje ciasto.
Nawet czerstwe.
Człowiek to jednak dziwadełko jest, nie?

piątek, 16 października 2009

Święto Chleba

world bread day 2009 - yes we bake.(last day of sumbission october 17)

W tym roku przyłączyłam się do świętowania międzynarodowego Święta Chleba i upiekłam prosty chleb. Prosty, bo moje przygoda z pieczeniem chleba jest bardzo młoda. Znów użyłam przepisu Liski z blogu White Plate na łatwy chleb .

Mimo początkowych trudności - biga nie chciała się ruszyć - chleb wyszedł bardzo dobrze.

czwartek, 15 października 2009

czekając na jutrzejsze święto

Jutro jest międzynarodowe Święto Chleba.
Czekam niecierpliwie, bo będę piec chleb.
Razem z caaaałym światem ;)

Każdy, kto chciałby się dołączyć znajdzie szczegóły na stronie, do której prowadzi poniższy baner:

world bread day 2009 - yes we bake.(last day of sumbission october 17)

środa, 14 października 2009

wiatrodzień

" Więc wstali i kiedy Prosiaczek usiadł z powrotem, bo nie wiedział, że wiatr jest tak silny, i Puchatek pomógł mu wstać, ruszyli w drogę. (...) Wiatr wiał im teraz w oczy i uszki Prosiaczka trzepotały za nim jak chorągiewki, gdy tak szedł i torował sobie drogę. I zdawało się, że minęły całe godziny, nim znalazł dla nich schron w Stumilowym Lesie. A potem znów sterczały mu prosto i trochę niespokojnie nasłuchiwały, jak wyje wiatr wśród wierzchołków drzew."
A.A.Milne "Chatka Puchatka"

To, że dziś wieje wiedzą pewnie wszyscy, o niczym innym prawie TV nie trąbi.
Wiedziałam, że tak będzie, przecież dopiero co umyłam okna. Jeszcze mi się nie zdażyło, żebym umyła okna i żeby następnego dnia nie padał deszcz. No więc poczuwam się trochę do odpowiedzialności za tę pogodę, może nie za wichurę, ale za padające z nieba "coś" napewno.

Koty, podenerwowane zmianami ciśnienia, kręcą się niespokojnie.
Wychodzą na parapet, gdzie siedzą mrużąc oczy i tuląc uszy, by im do nich nie nawiało, a po chwili bębnią łapami w szybę żądając, by je natychmiast wpuścić.
Haker ze Spotem dały upust napiętym nerwom tłukąc się zawzięcie pod stołem pomiędzy nogami krzeseł. Pierwszy wypadł stamtąd Spotek, grzmotnął jeszcze w przelocie w stołową nogę i z łomotem zbiegł/spadł ze schodów.
Wrócił po chwili, już pełen zimnej krwi, z obojętną miną minął powarkującego Hakera, przekąsił parę chrupek, zerknął, czy Kota zostawiła choć odrobinę miejsca przed kominkiem ("Nie zostawiła, zołza...") , wskoczył na kanapę i zaczął oglądać ze mną Wiadomości. Po chwili zainteresował się długa nitką, którą wyciągałam regularnie z motka, ale okazała się ona mało ciekawa i pilnie przeze mnie strzeżona.

Bo naszło mnie na robótki na drutach. Nostalgicznie, jesiennie zatęskniłam za kolorową włóczką, symbolem ciepła, puchatości i spędzonych w ciszy i spokoju wieczorów.
Wyciągnęłam z przepastnych schowków motek melanżu w kolorze dżinsu i zaczęłam przerabiać nitkę na... no, na nie-nitkę ;)
To wczoraj. A dziś powędrowałam do pasmanterii i przebrawszy masę motków wywędrowałam z dwoma włóczkami, piękne jesienne melanże, i z 3 parami drutów. Musiałam kupić, bo moje schowałam tak, że nie udało mi się ich znaleźć.
To co udziergam z włóczki pokażę (jeśli będzie się nadawało do pokazania :D )

niedziela, 11 października 2009

van Gogh, Irysy i tarta bułka

W jesienne i zimowe wieczory lubię układać puzzle. Zajęcie to, podobne do tworzenia "czegoś z niczego" jest, według mnie, podobne do haftu krzyżykowego - długo układasz kawałeczki/krzyżyki zanim zobaczysz pierwsze efekty.

Zwykle puzzle leżą rozłożone na stole całymi tygodniami, krócej lub dłużej, w zależności od trudności układanki. Mam ich kilka, wszystkie dość trudne i ale niezbyt duże (ogranicza mnie wielkość podkładki na której układam), wszystkie mają najwyżej 1000 kawałków.
Moimi ulubionymi do tej pory była zrośnięta trawami droga w winnicy, z łąką maków na pierwszym planie i dzwonnicą kościoła w tle. Kupione jako pierwsze, jeszcze w Pewexie. Ich cechą charakterystyczną jest to, że kawałki nie schodzą się narożnikami na krzyż, tylko są przesunięte względem siebie, co dodatkowo utrudnia układanie.

Kilka dni temu zobaczyłam na allegro puzzle i zakochałam się - "Irysy" V. van Gogh'a. Bardzo lubię ten obraz, tak bardzo, że staram się w swoim ogrodzie odtworzyć podobną rabatę z granatowych irysów. To, czy mi się udaje to inna historia.
W każdym razie dostałam przedwczoraj te puzzle, 1000 kawałków. Były określone jako "trudne".
Są niesamowite.
Są trudne.
Po rozpakowaniu okazało się, wszystkie kawałki zdają się wyglądać identycznie pod względem koloru - uwielbiam to.
Teraz czekają mnie wieczory wypełnione grzebaniem w kawałeczkach lakierowanych kartoników, analizą koloru, i główkowaniem. Piękne.

Zrobiłam sobie nową planszę, bo stara okazała się mieć złe proporcje, i od wczoraj oddaję się przyjemności składania kawałeczków w obraz.
Myślę, że jak skończę będę specem od układu kolorów i rodzajów pociągnięć pędzla na tym obrazie ;)

Narazie mam tyle, całkiem sporo jak na pierwszy dzień układania:



ps. Kiedyś przyjaciel opowiedział mi dowcip:

- Jakie są najlepsze puzzle 3D dla miłośnika układanek?
- Nie wiem.
- Torebka tartej bułki.

środa, 7 października 2009

lubić, nie lubić

Czasem mam wrażenie, ze przestałam lubić swój dom.
Nie, żebym chciała go zmienić, wyprowadzić się, o nie! Dalej uważam że dobrze się w nim mieszka. Ale czasem... czasem przestaję go lubić.
Objawy tego "nielubienia" to przebłyski niechęci, kiedy znów trzeba odkurzyć, ignorowanie zakurzonych półek i pełne urazy spojrzenia na zapłakane deszczem i kurzem okna. Wzdycham, że znów trzeba by coś zrobić dla niego, pogłaskać, dopieścić, poukładać...
A tak bardzo chciałam go mieć. Tak mi na nim zależało. Przecież mieszkając po ślubie w 12 metrowym pokoju snułam marzenia o własnym domu, koniecznie kilka pokoi i duża kuchnia i spiżarnia... no i ogród... Wtedy te marzenia wydawały mi się nieosiągalne. A teraz mam wrażenie, że czuję się zmęczona tym, że spełniając się rozmieniły się na drobne.
Pewnie marudzę.
Pewnie mi po prostu za dobrze.
Pewnie powinnam dostać klapsa od życia, dla równowagi, żeby znów mi się wszystko podobało...
Ale ja bym chciała tak bez klapsa.
Chciałabym, znów poczuć pasję i radość z faktu posiadania domu.
Chciałabym znów zobaczyć w nim spełnienie marzeń, a nie pasmo monotonnych obowiązków.