wtorek, 24 listopada 2009

skutki kociego myślenia

Lało całą noc.
Rano też lało.
Zmoknięte sikory okupują karmnik próbując najeść się jak najszybciej i uciec gdzieś przed deszczem choć trochę.
W pokoju, pod drzwiami balkonowymi, Haker urządza koncert - miałki, pomruki, przeciągłe jęki, walenie łapami w szybę, znów gardłowe śpiewy.
- Wyyyypuść mnieeee... noooo wyyyypuuuść!
Niewzruszona ignoruję kota. Co roku, koty tracą wstęp dzienny na balkon w momencie ustawienia tam karmnika. Po zmroku, proszę bardzo, mogą wychodzić i siedzieć tam, ale w dzień nic z tego.
Po piętnastu minutach jęków Haker zrezygnował. A może nie zrezygnował, a pomyślał?
Bo ten kot, nagle odszedł od szyby i poprosił o wypuszczenie na dwór - drzwiami. Cóż, drzwiami kotom wolno wychodzić, oknem na parterze też, więc wypuściłam.
Pięć minut później Haker dobija się do okna. Wstaję by go wpuścić, jeszcze z oczami w monitorze, uchylam okno i...
No tak, kocisko dzierży w zębach modrą sikorkę. Trzyma ją precyzyjnie, za kark tak, że łepek niknie w pysku. Sikorka nawet już nie drga, widać, że kompletny trup.
Pogłaskałam kota (cóż zrobić) podziękowałam za propozycję podzielenia się łupem i wypchnęłam za okno. Zeskoczył na trawę i tam wypluł ptaszka i rozpoczął nad nim kulinarne medytacje.
Dalszego ciągu relacji nie będzie, bo odeszłam od okna.


poniedziałek, 23 listopada 2009

zła

Chciałam zamówić sobie zestaw do haftu przez net.
Długo się z tym nosiłam, wybierałam, przebierałam, zastanawiałam się gdzie to powieszę i czy będę potem mogła patrzeć na to codziennie. No, i żeby był odpowiednio trudny, bo z łatwymi haftami to nie ma zabawy.
Dziś rano zdecydowałam się zamówić w końcu wybrane cuda. Już je miałam w koszyku, kiedy coś mi przeszkodziło w dokończeniu zakupów.
Jak znów miałam czas zajrzeć do sklepu internetowego, to mój wybrany, cudowny, pracochłonny zestaw był już niedostępny! Nie mieli go już na magazynie, znaczy, ktoś go kupił w międzyczasie.
To świństwo!
Nie bawię się tak!
I jestem zła...

niedziela, 22 listopada 2009

biscotti, czyli conieco do herbaty

Trafiłam na ten przepis na świetnym blogu Strawberries from Poland. Uwiodły mnie ciepłosłonecznym kolorem i musiałam je upiec.
Zmieniłam conieco w stosunku do pierwotnego przepisu - orzechy laskowe są bardziej aromatyczne po upieczeniu, a gałka muszkatołowa użyta przy pieczeniu dyni nadaje im leciutko pieprznego smaku, wyczuwanego na języku jesxzcze długa chwile po przełknięciu ostatnich okruszków.
Niezbyt suche, pyszne z herbatą, doskonałe z kakao i same również.

Zaczynam od upieczenia dyni. Obieram ją, kroję na kawałki, mniej więcej w kostkę 2x2 cm i układam w żaroodpornym naczyniu. Skrapiam olejem, posypuje solą i mieloną gałką muszkatołową. Wstawiam do piekarnika nagrzanego do 170 stopni i piekę około 30 minut, mieszając w połowie. Czas pieczenia zależy od odmiany, trzeba sprawdzac, niektórym wystarcza 20 minut.
Jak dynia ostygnie rozgniatam ją na purre jak ziemniaki.

To jak już mam dynię to mogę się zabrać za biscotti.

dyniowo-orzechowe biscotti



Składniki:

340 g maki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jaja, żółtka oddzielone od białek
80 g cukru
300 g puree z pieczonej dyni
170 g roztopionego masła
100 g orzechów laskowych
50 g rodzynek

Rozgrzewam piekarnik do 170 stopni.

Roztapiam masło i odstawiam do ostygnięcia.
Kroję orzechy laskowe, nie za drobno, mniej więcej na połówki.
Mieszam w misce mąkę i proszek do pieczenia
Rozdzielam jajka i ubijam białka na sztywną pianę dodając pod koniec połowę cukru.
Resztę cukru ucieram z żółtkami do białości, a potem dodaję purre z dyni.
Do masy dodaję 1/3 piany z białek, mieszam, a kiedy się połączą dodaję resztę piany. Mieszam delikatnie.
Następnie dodaję masę do mąki, mieszam delikatnie dodając schłodzone mało a na końcu orzechy z rodzynkami.

Wykładam masę blachę wyłożoną papierem do pieczenia formując dwa wałki podobnej wielkości.
Piekę przez 30-40 minut uważając, by spód placków nie przypiekł się.

Wyjmuję ciasto z piekarnika, kroję na kromki około 1 cm grubości i układam na kratce z piekarnika.
Obniżam temaperaturę w piekarniku do 150 stopni.
Piekę przez około 15-20 minut az powietrrzchnia zrobi się sucha. Studzę w uchylonym piekarniku.

Przechowuję w szczelnej metalowej puszce. Podobno mogą leżeć tam i kilka tygodni, ale u mnie nie mają na to szans.

piątek, 20 listopada 2009

bez złudzeń

Dostałam ostatnio niewielki tomik poezji.
Wyjątkowy, bo otrzymany od wyjątkowej osoby i zawierający wyjątkowe wiersze. Wiersze o kotach.
Pan Franciszek J. Klimek w tomiku "Gdy KOT przebiegnie ci drogę" w piękny i wzruszający sposób pisze o tych niezwykłych zwierzętach.



Cats were put into the world to disprove the dogma that all things were created to serve man.* - Paul Gray


ŻEBY CZŁOWIEK NIE
MIAŁ ZŁUDZEŃ

Żeby człowiek nie myślał, że jest doskonały
i żeby nie miał złudzeń, że się z Bogiem zbratał,
że wszystkie mu zwierzęta będą się kłaniały
i uznają, że właśnie on jest panem świata -
żeby więc człowiek nie wpadł w samouwielbienie,
by poznał jak ułomna jest z niego istota,
Bóg dał mu przykazania, rozum i sumienie,
a gdy to nie pomogło, wtedy stworzył KOTA.



*) Kot został przysłany na ten świat, aby obalić dogmat, że wszystko zostało stworzone po to, aby służyć człowiekowi.

środa, 18 listopada 2009

fimo

Od jakiegoś czasu zafascynowała mnie masa plastyczna termoutwardzalna, fimo. Kolory, kolory kolory - to fascynuje najbardziej, ugniatanie i lepienie też wciąga, a najbardziej wciąga posiadanie coraz to większej ilości kolorowych koralików :D
Bo narazie jestem skupiona na POSIADANIU. Ot tak, dla samej przyjemności grzebania w kolorowych kuleczkach. Możliwe, ze kiedyś powstanie z nich coś, ale narazie poprostu je MAM.

listki różnej maści:


***

duże listki na ewentualne broszki:


***

kolorowe koraliki:

***

koraliki innoksztłtne:

***

Niestety, zdjęcia przekłamuja trochę kolory, jesienna aura i brak światła nie pomaggają w sesjach zdjęciowych :)

wtorek, 17 listopada 2009

kot "Too Lazy" skończony

Skończyłam haftować obrazek z kotem projektu Charles'a Wysockiego pt. "Too Lazy". Po oprawieniu w ramkę całość prezentuje się tak:


poniedziałek, 16 listopada 2009

przedświąteczny kicz

Pojechałam dziś do sklepu po segregatory.
Zaraz po wejściu natknęłam się na stojak ze świątecznymi drobiazgami. Dokładniej, leżały tam małe ręczniczki kuchenne, białe, czerwone i zielone w kontrastowo-złota kratkę i różne obrusy świąteczne.
I wiecie co? Zrobiło mi się tak fajnie. Poczułam się jakoś bliżej świąt. Tak wiem, że to komercja i że to za wcześnie, ale zachwyciło mnie to.
Przyznaję się, trudno, lubię ten cały przedświąteczny amok i kicz, komercję wyglądającą z każdego kąta pod postacią bałwanków, reniferów i złotych dzwonków. Nie, nie kupuję ich, w każdym razie nie bałwanki, ale lubię.
I lubię świąteczne, amerykańskie piosenki.



Acha, segregatory oczywiście, kupiłam. I ręczniczki też :D

piątek, 13 listopada 2009

głową w dół

Spotek wyszedł późnym wieczorem.
Nie wrócił wołany o 23.00, nie wrócił wołany o 24.00. Spędził upojną noc listopadową wśród mgły, mokrej trawy i butwiejących liści.
Rankiem kiwał się w półśnie na parapecie okiennym czekając na litościwą duszę, która wstanie nad ranem i go wpuści.
Zanim opowiedział wszystkim nocne przygody, zanim coś zjadł, zanim wlał Hakerowi, który sobie z niego podrwiwał, że głuchy jak go wołają, było już południe. Kocica namówiła go na mały wypad do ogrodu. Ot, na chwilkę, bo sikorki już tak zbeszczelniały, że nic a nic się nie boją kotów za szybą i trzeba im dać nauczkę i przypomnieć kto tu rządzi. Spotek, z zapałkami w oczach, poszedł.
Chwilę potem wszyscy wyszli z domu i kot znów czekał na parapecie.

Więc, jak już udało mu się wrócić do domu, nie był wybredny co do miejsca i pozycji do spania - na krześle, głową w dół, z krzywo zawiniętymi łapami, odsypiał nocne wojaże, dzienną złośliwość losu i bezczelność sikorek.

środa, 11 listopada 2009

ogród w listopadzie

Grabiłam dziś liście w ogrodzie i widziałam:
mokrą trawę,
złote monetki listków spirei,
brunatne i skórzaste liście jabłoni i wiśni piłkowanej,
pokładające się pędy rozchodnika zwieńczone bordowymi kwiatami ciężkimi od wody,
niebieskie gwiazdki astrów krzaczastych,
pomarańczowe łupinki czerwonych owoców dławisza
i , na drewnianym stole, złote kule antonówek wśród liści...

wtorek, 10 listopada 2009

raport postępowy

Czas na raport z postępów w układaniu "Irysów" V. van Gogh'a.
Nie powiem, by mi szybko szło. Po pierwsze, mogę układać tylko przy dziennym świetle, bo w sztucznym kolory pływają i nijak nie można ich dopasować. Po drugie, układanka jest trudniejsza niż sobie wyobrażałam (a wyobraźnię mam niczego sobie).
W niedzielę miałam dobry dzień i oto efekt:


poniedziałek, 9 listopada 2009

łóżko "for high elf"

Z nocnej mgły wynurzył się dostawczy samochód i przywiózł zamówione osiem tygodni temu łóżko.
W przedpokoju pojawił się wielki materac, równie wielki stelaż i dwie paczki: jedna "normalna", druga długa i chuda. I ciężka.
Pan pomógł wnieść klamoty i się ulotnił z miłym "dobranoc".
Spojrzeliśmy po sobie.
Uśmiechnęliśmy się.
Chłopaki zaczęli wnosić klamoty na górę, a ja popędziłam po kuferek z śrubokrętami i innymi gadżetami.
Stanęłam w docelowym pokoju ściskając ów kuferek i dziarsko dyrygowałam tragarzami. Potem większego wypchnęłam za drzwi i zaczęłam dyrygować młodszym, wychodząc ze słusznego założenia, że o tak później porze z mniej doświadczonym pójdzie mi łatwiej.

Uwielbiam skręcać meble. Łączenie elementów, dopasowywanie śrub, kołków i śledzenie, jak ze stosu "niczego" powstaje "coś" fascynuje mnie. Oczywiście, ktoś musi mi podawać różne rzeczy, trzymać drugi koniec elementów, przesuwać, odsuwać itd, więc młody był niezbędny.

Tym razem nie poszalałam - całość złożyła się za pomocą ośmiu kołków i czterech długich śrub. Potem położyliśmy stelaż, a na nim materac.
Na materacu pierwszy znalazł się... oczywiście Haker. Zmaterializował się jak tylko skończyliśmy. Wskoczył na łóżko, rozciągnął się na cała długość i jeszcze trochę, przewrócił na drugi bok i mruknął, że łóżko jest ok.

Tak więc moje wyrośnięte dziecię weszło w posiadanie swojego trzeciego łóżka w życiu. Po dziecinnym łóżeczku, z którego wyprowadziło się w wieku dwóch i pół roku na tapczan młodzieżowy, dostał dorosłe łóżko. Odpowiednio długie by mu nie wystawały stopy ( 210 cm) , szersze od dotychczasowego (90 cm) i z doskonałym materacem, który jest taki sprytny, że podpiera kręgosłup tak, że jest on zawsze w linii prostej, niezależnie czy śpi się na boku czy na wznak.
"I nareszcie nie bolą mnie kości biodrowe jak leżę na boku!"

sobota, 7 listopada 2009

mgliście


Kos śpiewa w mlecznej mgle.
Dźwięki brzmią krótko, potem zapadają w wilgotną miękkość powietrza i giną w mokrej trawie.
Zapada cisza, którą zakłócają tylko spadające z drzew krople wody.
Butwiejące liście czekają na zgrabienie, tylko Antonówka, wciąż w brązowej szacie, próbuje prześcignąć dęby i nie zrzuca liści.
Sójka przeskakuje między gałązkami płosząc sikory i dzwońce. Jej różowo-niebieskie pióra lśnią jasną plamą na tle wszechobecnej szarości.
Listopad w ogrodzie.

środa, 4 listopada 2009

przez zadymkę po mleko

Kubek gorącego kakao dymi na biurku.
Właśnie wróciłam z cotygodniowej wyprawy po mleko i tym razem była to prawdziwa WYPRAWA.
Bo i cóż, śnieży.
Jak w całej Polsce dziś.
Rano pod śniegiem i oblodzoną jezdnią padli drogowcy z Wielkopolski i Śląska.
Czy może nauczyło to coś naszych drogowców? Drogowców z województwa pomorskiego? Czy wyciągnęli łopaty, napełniki piaskarki, przykręcili lemiesze do pługów? Ależ skąd!

Śnieżyć zaczęło około 16.00 . Delikatnie, nieśmiało, tak aby, aby.
O 19.30, kiedy ruszałam po mleko (20 km w jedną stronę) śnieżyło już pewniej. W mieście. Jak się okazało, za miastem była zadymka na całego. A ja na letnich oponach, bo z racji kolejek w warsztacie mamy je zmieniać dopiero w sobotę.
Więc jadę.
Wolno, 40-50 na godzinę.
Pojechałam okrężną, "lepszą" drogą. I byłoby świetnie żeby nie to, że musiałam podjechać pod 3 spore górki drogą wyłożoną betonowymi płytami. Znaczy płyty były pod śniegiem, a między śniegiem a nimi był lód.
Muszę Wam powiedzieć, że pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się rozmawiać z samochodem :D Do tej pory uważałam to za filmowy wymysł :D No więc jakoś - na jedynce, wyjąć silnikiem, kopiąc kołami i manewrując kierownicą - udało mi się wciągnąć na te górki. Żeby mnie całkiem dobić, noc zesłała mi jakąś Skodę, która minęła mnie pod górę co najmniej sześćdziesiątką. Pewnie jej już zmienili opony.
Wracałam inną drogą. Bardziej płaską. I poza jednym prawie-wylądowaniem w rowie było ok.

Jazda z szybkością 20-30 km na godzinę, po lodzie, otwiera przed człowiekiem nowe horyzonty. Uświadamia, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od techniki, opon, abs i jak ciężko jest panować nad półtoratonowym ciężarem sunącym po jedzni.
Jak dojechałam do domu to miałam wrażenie, jakbym ciągnęła to auto zamiast nim jechać.

No, ale teraz piję pyszne kakao i bardzo mi się podoba biel za oknem, a co!

wtorek, 3 listopada 2009

złoty las



W lesie, jak śnieg, spadają liście.
Wirują, podlatują, szybują lekko obracając się w powietrzu.
Jest słonecznie.
Płatki miedzi i złota.
Ostatnie dni jesieni w bukowym lesie.