poniedziałek, 21 grudnia 2009

świąteczny haft




Zrobiłam go już jakiś czas temu, ale jakoś najpierw schodziło mi wypranie go i uprasowanie, potem obszycie, a na koniec wsadziłam go do szuflady i - wstyd powiedzieć - zapomniałam o nim.
"Znalazłam" go dziś, przypadkiem, i postanowiłam pokazać szybciutko, przed świętami.





Wzór pochodzi ze sklepu Needle&Art i identyczny z wizerunkiem Mikołaja jakiego dostałam w dzieciństwie od cioci z Ameryki. I w ten sposób cocacolowy Św. Mikołaj zawładnął moją wyobraźnią i pozostał tam na zawsze ;)


niedziela, 20 grudnia 2009

ciepluchy siedzą w domu

Na dworze mróz.
Rano termometr nieodmiennie pokazuje -17 stopni.
Szczypie w poduszeczki łap, a trzydzieści centymetrów śniegu trzeba ugniatać własnym brzuchem. Drewno do schodzenia oblodzone, nawet dywanik na parapecie zimny i nieprzyjemny.
Od trzech dni Delphi nie rusza się z domu - w spokoju przesypia całe dnie przekładając się z łóżka przed kominek i z powrotem.
Haker miota się w szalonej rozterce - wydziera się do oknem lub drzwiami by go wypuścić, ale po otworzeniu tylko wygląda, zaciąga się mrozem i cofa się. Potem poirytowany odchodzi machając tygrysio ogonem.
Spotek wychodzi. Młode to i głupie. Wybiega na śnieg szybko, szybko by jak najmniej parzył w łapy, biegnie pod jakiś krzak gdzie usiłuje znaleźć trochę cieplejszej ziemi - nic z tego. Wołany wraca biegiem, a potem długo chucha w poduszeczki łap.
Kocica patrzy na niego z politowaniem - wiadomo przecież, że w taki mróz ciepluchy siedzą w domu.

czwartek, 17 grudnia 2009

forma

"Charakter rodzi się z wypracowanych nawyków. Kogokolwiek byś nie udawał, byle wystarczająco konsekwentnie, tym się w końcu staniesz. To odróżnia nas od zwierząt i istot niższych, ich Forma pochodzi zawsze z zewnątrz, same nie są w stanie się zmienić."

Jacek Dukaj "Inne Pieśni"

wtorek, 15 grudnia 2009

odkrycie

Wczesnym wieczorem, w pokoju sypialnym, na kapie zaściełającej, odkryto nieznany gatunek ślimaka!
Otrzymał on nazwę Ringella felis helix.
Podejrzewa się, że gatunek ten posiada tylko jednego przedstawiciela toteż badania nad nim prowadzi specjalna jednostka naukowa i są one objęte całkowitą tajemnicą. Naszej korespondentce udało się jednak zrobić zdjęcie badanej istocie, które prezentujemy poniżej.



poniedziałek, 14 grudnia 2009

a w lesie śnieg

Spadł śnieg!
Jeszcze niewiele, jeszcze bardzo mokry, ale stara się jak może oblepić wszystkie gałązki.
Bukowy las cichy, tak cichy, że słychać skrobanie pazurków kowalika na wysokiej sośnie.
I monochromatycznie w nim było dziś rano...


czwartek, 10 grudnia 2009

radość z zakupów

Moja Bibeńka zawsze wita mnie gdy wracam do domu z zakupami.
Czy to przed domem, przy samochodzie, czy też na schodach w domu, kiedy zdejmuję buty, a ona schodzi zaspana z góry. Jeszcze ciepła od snu sprawdza czarnym noskiem co też przyniosłam tym razem.

Idziemy razem do kuchni i tam asystuje mi przy wypakowywaniu toreb. Najlepiej jest, jak postawię je nisko tak, by mogła zajrzeć do każdej. Jeśli się bardziej spieszę i wypakowywuję wszystko na blacie to pytające spojrzenie tak mocno stuka mnie palcem po plecach, że w końcu odwracam się i pokazuję co trzymam akurat w ręku.
- Widzisz, to tylko chleb, ładnie pachnie - podtykam kotce bochenek pod nos.
Wącha bez przekonania.
- Ładnie...??? - spojrzenie pełne wątpliwości.
Potem zgodnie z zasadą, że o gustach się nie dyskutuje, zagaduje o następne rzeczy.

Dziś przyniosłam warzywa z warzywniaka. Reklamówki z tego sklepu mają jakąś magię w sobie - a może tylko zapach selera, który uwielbia jak inne koty walerianę - w każdym razie Delfik dostaje dzikie oko i żąda natychmiastowego przydzielenia jednej z nich do wytarzania się.
Nawet zapach mielonego nie jest w stanie konkurować z tą mieszaniną warzyw i plastiku.
Patrzyłam na stateczną kotkę, dostojną panią w średnim wieku, jak w amoku tarza się po podłodze kuchni z łebkiem wepchniętym w reklamówkę, ściąga ją machaniem pazurzastych łap, wyciera się o nią, przewraca się pokazując cały czarno-biały brzuszek i znów próbuje wcisnąć głowę do środka.
Żadnego zmieszania, żadnego wstydu, nic. Upojenie reklamówką z warzywniaka w pełni...








środa, 9 grudnia 2009

granola - kusicielka

Odkryłam granolę.
Może i późno, ale za to z wielką pasją.
Granola okazała się być czymś, co bardzo mi odpowiada i do tego daje taki rewelacyjny pretekst do objadania się nią - jest zdrowa, zawiera mnóstwo witamin, minerałów i masę błonnika. Jest chrupiąca, pachnąca prażonym ziarnem, migdałami i karmelem z trzcinowego cukru. Miękkie żurawiny doskonale współgrają z chrupkimi płatkami, a ich delikatnie kwaśne owoce są znakomitym kontrastem dla słodyczy pozostałych składników.
Jeśli w najbliższym czasie zrobię się podobna do pączka to będzie to wina granoli, nie moja.

Po przejrzeniu kilkunastu przepisów robię swoją granolę mniej więcej (modyfikacje są tworzone na gorąco, w zależności od zawartości szuflad) tak:

Granola



Składniki(proporcje na 1,5 litra objętości):
225 g płatków owsianych
50 g cukru trzcinowego
200g musu jabłkowego (tego mam duuuużo - mam dwie jabłonki przecież ;) )
100g łuskanego słonecznika
100g całych migdałów
2 łyżki oleju
2 łyżki miodu
100g suszonych żurawin( ew. rodzynek, ale to już nie to samo ;) )



Nagrzewam piekarnik do 170 stopni.
W misce mieszam płatki owsiane, słonecznik, migdały, cukier, mus jabłkowy. roztapiam w miód, dodaję olej i wymieszane wlewam do miski z mieszaniną.
Blachę wykładam papierem do pieczenia i rozkładam na nim mieszaninę równą warstwą.
Wstawiam po piekarnika i piekę 20-30 minut w zależności od stopnie zrumienienia składników. W czasie pieczenia mieszam całość 2-3 razy.
Po uprażeniu dodaję żurawiny (lub rodzynki), mieszam i zostawiam do ostygnięcia na blasze.
Po ostygnięciu kruszę na kawałki i wsypuję do słoja.
Podobno można przechowywać w szczelnym naczyniu kilka tygodni, ale nie miałam okazji tego sprawdzić - granola znika u mnie w ciągu tygodnia.

Można ją jeść samą, lub z jogurtem, można też z mlekiem, można posypać nią lody.

Smacznego :)

poniedziałek, 7 grudnia 2009

pan Mate, Samochwała

W zeszłym roku przeczytałam książkę "Pod słońcem Toskanii" F. Mayes i byłam nią zachwycona. Później spotkałam się z opinią, że warto też przeczytać książki Ferenc'a Mate o Toskanii.
Skusiłam się.
Mocno się skusiłam, bo od razu kupiłam zamiast pożyczyć z biblioteki. I jak to mówią "co nagle to po diable".

Zaczęłam czytanie od "Winnicy w Toskanii". I myślę, że jednak nie skończę, mimo, że przebrnęłam z uporem przez ponad 200 stron i do końca zostało mi bardzo niewiele. Ale już nie zdzierżę.
Pan Mate, Węgier, jak to podkreśla przy byle okazji, jest wyjątkowym samochwałą i niestety, nie umie pisać o tym z wdziękiem. Czytając książkę, odnosi się wrażenie, że cała ludzka populacja dzieli się na przyjaciół pana Mate i resztę, którą jest zbiorowisko niewydarzonych palantów. Przyjaciele to osoby wyjątkowe, wysoko postawione, a jeśli akurat nie, to okazują się być świetnymi fachowcami obdarowanymi darem bożym w dziedzinie jaką się akurat zajmują. I wszyscy oni za punkt honoru stawiają sobie pomaganie panu Mate. Bo pan Mate ma marzenie. Chce mieć winnicę i robić wino, więc pół Toskanii staje na głowie, by dostał to co chce.
Pan Mate wiele razy w książce podkreśla, jak to stoi na skraju bankructwa, jak remont, a właściwie restauracja zabytkowego domostwa i zakładanie winnicy wykańczają go finansowo, co nie przeszkadza mu zostawić wszystko na głowie wynajętych ludzi i spędzać sobie kilkutygodniowe urlopy w górach (gdzie następna dobra dusza wynajmuje mu dom, dba o niego i jego rodzinę).
Rozumiem, że pisarz musi koloryzować, że suchy opis remontu to żaden materiał na książkę, ale są granice. Granice dobrego smaku i jakieś hamulce w przechwalaniu się.
Z kart tej książki przebija jedno: "Ja, ja, ja... i jeszcze raz ja."

Żałuję, że zwiedziona zachęcającymi opisami kupiłam od razu dwie części tego czegoś, trzeba było nie kupować, pożyczyć, sprawdzić, znaleźć pół godziny, przysiąść w empiku i przeczytać na miejscu kawałek.

Teraz mam na zbyciu "Winnicę w Toskanii" (czytane raz) i "Wzgórza Toskanii" (nawet nie otwierane) i niezbyt mam pojęcie co z nimi zrobić.
Jacyś chętni? ;)


Dodam tylko, że panu Mate nie udało się jednak obrzydzić mi Toskanii dokumentnie - dalej mam ochotę zobaczyć ten kawałek świata.