wtorek, 10 sierpnia 2010

z dziennika podróży - Toskania, część 7

Dzień dziewiąty – piątek

Odsypiamy Florencję i spędzamy leniwy czas na późnym i długim śniadaniu. Później wyjazd do Pontassieve, ostatnie ekspresso w Jolly Caffe, ostatnie zakupy.
Dzień przesiąknięty atmosferą pożegnania. Już czujemy gorączkę wyjazdu, myślimy o drobiazgach dla rodziny i pakowaniu.
W południe cykady hałasują ostro, w pokoju jest chłodno i tylko przez otwarte drzwi wpadają fale gorąca.
Po Południu pojechaliśmy do Rignano po dodatkową saszetkę dla Gatto i na ostatnie lody. Pasticeria Feroci była niestety zamknięta.
Wieczorny spacer z ostatnią serią zdjęć z terenu faktorii.



słoneczniki i wzgórza Toskanii


karczochy i wzgórza Toskanii



***

Dzień dziesiąty – sobota


5.00 - pobudka, śniadanie, dopakowanie, sprzątanie

6.43 – wyruszamy

13.40 – stajemy za Bonzano w korku na autostradzie. Sznur samochodów ciągnie się po horyzont, a raczej znika z widocznym w dali tunelu. Ludzie wysiadają, chodzą po autostradzie, jakaś para wyniosła z przyczepy krzesła i rozsiadła się w jej cieniu. Kamilka poszła się przejść, bo taka okazja może się już długo nie trafić. Stoimy na wysokim wiadukcie, w dole wije się rzeka i obok niej droga. Na poboczu pojawia się samochód służb pomocniczych. Zatrzymuje się, wysiadają dwie osoby i zaczynają rozdawać wodę ludziom w samochodach. Bierzemy jedną wodę i dowiadujemy się, że oni są już tu drugi raz z wodą i nie mają pojęcia jak długo potrwa zator. Temperatura 36 stopni


14.10 – przesuwamy się o 1000 metrów.

14.25 – znów kawałek, teraz stoimy w tunelu.

14.30 – wytaczamy się z tunelu i znów stoimy. Temperatura 40 stopni.

14.48 – między samochodami przeciska się policja i ambulans.

14.55 – przesuwamy się o 3 km. Temperatura wokół 44 stopni.

15.14 – następne 700 metrów. Temperatura 45 stopni.

15.23 – znów około 500 metrów do przodu. Temp. 45.5 stopnia.

15.48 – temperatura 46.5 stopni.
Na poboczu stoją samochody, którym zagotowała się chłodnica. Nie mamy klimatyzacji, bo gaszę silnik na postojach by nie podzielić ich losu. Otwieramy drzwi na przestrzał by uzyskać przewiew, złudzenie chłodu. Betonowa jezdnia bucha gorącem jak wnętrze pieca.

15.50 – ruszamy. Po przejechaniu 17 kilometrów mijamy miejsce wypadku – ślady wskazują, że samochód obijał się między skalną ścianą a barierą, cała jezdnia wysypana jest czerwonym proszkiem dezaktywującym olej.
Temperatura nagle zaczyna się obniżać, a Alpy spowijają pasma chmur i mgły. Na termometrze odczytuję miłe dla oka 21 stopni.

Dalej jedziemy bez przeszkód i około piątej po południu docieramy do Schwaz, gdzie zatrzymujemy się w Gasthof Einhorn, znaczy „Pod Jednorożcem”.
Głodni jak wilki pałaszujemy pyszny, tyrolski obiad: grillowane mięso z opiekanymi ziemniaczkami i eskalopki w sosie cordon blue z austriackimi kluseczkami. Po ponad tygodniu prawie bez mięsa delektujemy się jego smakiem, ale wstajemy od obiadu ciężcy. Dobitnie stwierdzamy, że napełnianie się mięsiwem to zupełnie coś innego niż pomidorami i makaronem.
Po takim posiłku należy się spacer – idziemy obejrzeć miasteczko. Właściwie wszystko jest już pozamykane, jedynie przed samotną restauracją na głównym deptaku siedzi kilka osób. Niedługo potem zaczyna padać więc wracamy do pensjonatu odpocząć i spać.
W nocy szaleje burza…





***

Dzień jedenasty – niedziela

Po śniadaniu znów mkniemy przez Austrię.
Zaliczamy kontrolę winiet (brak ważnej winiety grozi karą wysokości 250 euro plus koszt winiety) na czymś w rodzaju bocznicy autostrady, gdzie jest kierowany cały ruch. Odbywa się to szybko i sprawnie, bez zatorów.

Alpy żegnają nas deszczem i mgłą. Zasnute szarymi pasmami są tajemnicze i surowe, o wiele bardziej majestatyczne niż w radosnych promieniach słońca.










Przez Niemcy przejeżdżamy bez problemów i odnajdujemy swój pensjonat na tyłach ogrodów Sans Sousi. Meldujemy się, zostawiamy bagaże i szybko do Ogrodów.







złota figura Chińskiego Pawilonu




cień z przeszłości ;)

Zmęczeni oglądaniem ogrodu i głodni jak wilki poszliśmy na główny deptak by znaleźć coś do jedzenie. Znaleźliśmy Bistro XXL, a w nim pyszne kebaby.

***

Dzień dwunasty – poniedziałek

Znów wczesna pobudka.
Śniadanie w PP (Postdam Pension) było dostosowane do zabytkowych wnętrz (XVIII-wieczna willa), znaczy, bardzo wystawne. W stylowej jadalni można było wybrać sobie między innymi jajka z czarnym kawiorem, ananasy w plastrach, melony i szparagi w szynce. Na szczęście był też dżem i żółty ser.
Ruszamy.
Zmęczona kolejnym dniem za kierownicą mam wrażenie, ze autostrady nigdy się nie skończą i będę tak jeździła nimi do końca świata. Wreszcie przekraczamy polską granicę i przed 18.00 jesteśmy w domu.

„- Ano, wróciłem…”

4 komentarze:

  1. Przeczytałam całą relację z podróży i jestem zachwycona tym bardziej,że lubię Włochy. Byłam tam nawet 2 razy, ale nie udało się jeszcze odwiedzić Toskanii. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. anula3333 - dziękuję za miłe słowa, cieszy mnie bardzo, że zajrzałaś tutaj i że moja relacja z pobytu w Toskanii przypadła Ci do gustu :)
    To był mój pierwszy pobyt we Włoszech, więc nie mając skali porównawczej uważam zupełnie subiektywnie, że to najpiękniejsza cześć Italii ;)
    Wiem też, że będę chciała tam wrócić, koniecznie.

    pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję Wiewiórko za całą toskańską relację :-) Miło się z Tobą podróżuje, z przyjemnością oglądałam wszystkie zdjęcia i czytałam o tym, co się Tobie w Toskanii podobało. Alpy są piękne na zdjęciach, podejrzewam, że w rzeczywistości robią jeszcze większe wrażenie. Chciałabym je kiedyś zobaczyć. Współczuję tego strasznego postoju-korka w straszliwym upale. No i dobrze jest z podróży wrócić do domu :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedyś trzeba będzie tam pojechać posmakować włoskiego życia i nakarmić oczy widokami. :D Zdjęcia tymczasem mile wypełniają czas. ;) Wzgórza to istny Hobbiton ;)

    OdpowiedzUsuń

Miło mi, że do mnie zaglądasz :) Bardzo mnie to cieszy, jak i każde kilka słów pozostawione przez Ciebie w komentarzach.
Życzę miłego dnia, pozdrawiam serdecznie i zapraszam ponownie :)