niedziela, 28 lutego 2010

una bella giornata

Buon giorno, una bella giornata* czyta się miękko i radośnie.
Słoneczne dni wypełnione zapachami i smakami. Pochwała prostoty życia i kuchni włoskiej - "Bella Toskania" F. Mayes to przyjemna lektura, która może zaszczepić jeśli nie miłość, to na pewno ciekawość do Toskanii.
Umiejętnie przeplecione ze sobą fragmenty osobiste i opisy różnych regionów Italii sprawiają, ze lektura nie tylko nie nuży, ale sprawia, że chcemy wiedzieć więcej. Lub może nawet więcej zobaczyć. Zabytki, muzea, senne miasteczka z kościołami wypełnionymi sztuką tak wszechobecna, ze oddycha się nią bez przerwy prawie. A wszystko to przeplecione przepisami na różne smaczności rodem prosto z Italii, niezbyt wymyślne, dostępne dla każdego chętnego do spróbowania swych sił.
Pasta al limone, risotto primavera, orecchiette z zieleniną - nazwy te brzmią w moich uszach jak zaklęcia.
Prozę pani Mayes czyta się łatwo i przyjemnie w przyjemny sposób przyswajając masę wiadomości na temat win, zabytków, zwyczajów i kuchni poszczególnych regionów.

Dzięki jej książkom ("Pod słońcem Toskanii" i "Bella Toskania") tytułowa Toskania znalazła się na mojej liście Miejsc do Odwiedzenia.

" Chianti, Brunello i Vino Nobile - te trzy najznakomitsze wina toskańskie mają wspólny charakterystyczny - szlachetny i esencjonalny - smak winogron. Poza tym są różnice, których niekończące się odcienie Toskańczycy mogą omawiać do późnej nocy. Vino Nobile zaczęli wytwarzać w czternastym wieku, więc mieli dość czasu, żeby je dobrze poznać. Ale nazwa toskańskich winogron sangiovese świadczy, że produkcja wina zaczęła się w znacznie dawniejszych czasach - pochodzi od sanguis, po łacinie "krew" i Jove, Jowisz; razem krew Jowisza. Miejscową odmianę sangiovese nazywają tu Prugnolo gentile, delikatne śliweczki.
Wjeżdżamy w długi szpaler wysokich cyprysów, pod którymi strada bianca, biała szosa, jest jak tunel. Jedziemy przez smugi bladozielonego światła padającego ukośnie spomiędzy tych drzew. Ed tylko przytakuje, kiedy mu przypominam co napisał o świetle Octavio Paz:" Światło to czas myślący o sobie". Trafnie i zarazem nietrafnie."
Frances Mayes "Bella Toskania"

*) Buon giorno, una bella giornata - (wł.) dzień dobry, piękny dzień

sobota, 27 lutego 2010

razem...

... już bardzo tęsknimy za wiosną.

piątek, 26 lutego 2010

faroese

Zrobiłam sobie faroese.
To ażurowa chusta o sprytnym kształcie, który pozwala jej trzymać się samej na ramionach. wymyślono ja na Wyspach Owczych. Spryciule ci wyspiarze, a raczej wyspiarki.

Ilość czasu jaką spędziłam przy komputerze szukając opisu wykonania tej chusty, oraz wysiłek włożony w rozszyfrowanie anglojęzycznych opisów była, delikatnie mówiąc, dość znaczna. Wcześniej nie używałam anglojęzycznych opisów wzorów na druty. Ale uparłam się na ta chustę jak osioł, a raczej jak baran ;D

W każdym razie moje faroese zostało zrobione, uprane i właśnie się blokuje na tapczanie. Zdjęcia są z fazy blokowania, więc proszę o wyrozumiałość dla żółtych ręczników - jednak tylko w taki sposób mogę pokazać całość.
Chusta ma wymiary 200 cm szerokości i 80 długości (znaczy od karku wzdłuż pleców w dół). Jest to wzór ze środkowym karczkiem. Zużyłam na nią 200 g włóczki (niestety, nie pamiętam jak się nazywała) , w motku 100gramowym było 530 metrów nitki.
Tak więc będę się owijała dobrym kilometrem nici ;)

całość w czasie blokowania:



wzór w "listki" z bliska:

środa, 24 lutego 2010

popyt na koszyk

Kota polubiła grzać się o płytki w przedpokoju.
Polegiwała na zimnej terakocie przytulając plecki do ciepłego. Dostała tymczasowo koci kocyk, by jej nie ciągnęło po nerkach, aż niedawno wypatrzyłam odpowiedni koszyczek z jednym bokiem niższym.
Koszyczek stanął w miejscu kocyka, wyścielony tym ostatnim, i został zaakceptowany przez Kotę.
Ha! Sukces!

Na drugi dzien okazało się, że sukces przerósł moje oczekiwania , bo koszyczek spodobał się nie tylko Kocie - zastałam w nim Hakera, który grzał sobie stopy i... hmmm... nasadę ogona (jak na obrazku poniżej)



Zagadnięty i uświadomiony, że to koszyk Bzibzieńki rzucił mi spojrzenie mówiące właściwie wszystko, czyż nie?


Wygląda na to, że będę musiała poszukać więcej podobnych koszyków.

wtorek, 23 lutego 2010

raport puzzlowy

Układam i układam.
Tak jak zakładałam, całą zimę :)
I myślę, że do wiosny skończę, bo już niedużo mi zostało.
Aż żal kończyć... :)

poniedziałek, 22 lutego 2010

Portret damy

"Madame Merle wyraziła kiedyś pogląd, że przyjaźń, jeżeli nie wzrasta, zaczyna natychmiast maleć i nie ma momentu równowagi między potęgowaniem się a słabnięciem sympatii. Innymi słowy, uczucie nie może być statyczne - musi zmieniać się w jednym lub drugim kierunku."
H.James "Portret Damy"


Lubię dziewiętnastowieczne powieści. Lubię czytać o ludziach, którzy zastanawiali się nad swoim życiem, nad kolejnym krokiem w nim czynionym, którzy nie mówili zbyt dużo, a jeśli już, to było to warte słuchania. Ich słowo miało swoją wagę, wypowiedzi były przemyślane, a poglądy wygłaszane po gruntownym upewnieniu się, że są świadomym wyborem. Wszak odwoływali się do nich nawet po kilku latach, przytaczali swe słowa, a one nie traciły na wartości.

Proza Henry'ego James'a jest właśnie o takich ludziach. Bohaterowie jego powieści starają się żyć świadomie, analizując otaczający ich świat i swoje miejsca na nim. Jeśli popełniają błędy to potem ponoszą ich konsekwencje bez zbytecznych jęków pt. "Dlaczego ja?".
Są inteligentni.
Myślą.

niedziela, 21 lutego 2010

środa, 10 lutego 2010

ogród zimą

Mój ogród śpi. Biedne ciemierniki przykryte półmetrową warstwa śniegu raczej nie kwitną pod nim - nie miały w tym roku szansy.

Z dachu szczerzą się sople, ustawione jak zęby rekina w kilku rzędach.


***

Do ogrodu idzie się wąską ścieżką.


***

Gospoda pod Zielonym Jabłkiem czeka na cieplejsze dni.

***

Więcej zaśnieżonych zdjęć ogrodu znajdziecie w Green Apple Inn - zapraszam :)

wtorek, 9 lutego 2010

fobia i holizm - do wyboru do koloru

Życie i rozsądek zmusiły mnie do zrobienia "ubraniowych" zakupów.
Wprawiwszy się kilkudniowymi medytacjami w stan nirwany wyruszyłam dziś na rajd po sklepach. Szukałam spodni.
Nie będę opisywać jak to było po kolei. Dość, że kupiłam jedną parę, a niesiona na fali wzbogaciłam się również o mięciutki szlafrok w przepysznym, czekoladowym kolorze.
Mimo docenienia urody szlafroczka zakupy sprawiły mi mała przyjemność. Ani chybi jestem zakupofobiczką. Na bank!

Po tym wszystkich, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, weszłam do księgarni... Taaak... przeżeglowałam między regałami, zatrzymałam się to tu to tam, odetchnęłam głębiej i... złapałam się na tym, że dopiero tu całe napięcie i nerwy gdzieś zniknęły.

Księgarnia to miejsce, gdzie czuję się pewnie, doskonale wiem co chcę czy czego nie chcę kupić, co mi pasuje a co nie. Przebywanie w tym miejscu jest zawsze przyjemne, nigdy nie wiąże się z dylematami, niechęcią czy niesmakiem. Może to dlatego, że w księgarni nie ma luster?
Czy coś kupiłam? Oczywiście, że tak! Tak w ogóle, to chciałam powiedzieć, że te moje wypowiedzi na temat embarga na kupowanie książek to była jakaś kosmiczna pomyłka. Chyba miałam zaćmienie jak to pisałam ;)

No więc kupiłam następną książkę Doris Lessing "Przed zstąpieniem do piekieł" i Frances Mayes "Bella Toskania", a na deser Jamie'go Oliver'a "Oliver w kuchni" bo miała 50% rabatu i grzech było jej nie wziąć za tą cenę, a poza tym lubię Jamie'go :)

Przyjemność i satysfakcja doznana w momencie, kiedy wychodziła z księgarni dzierżąc w ręku ciężką reklamówkę z książkami kazała mi stwierdzić, że na pewno jestem zakupoholiczką! Na bank!

piątek, 5 lutego 2010

atramenty i pióra

Wyprzedaże to cudowne zjawisko.
Nie, nie zgłupiałam. Wcale :D
Wstąpiłam dziś do sklepu Kaligraf z wiecznymi piórami i okazało się, że właśnie wyprzedają prześliczne zestawy z tradycyjnymi piórami i z piórami szklanymi. Dawali 70% obniżki. Nie udało mi się oprzeć i kupiłam.
Kupiłam zielony komplet ozdobiony kameą


i cieniutką stalówkę obsadzoną na ptasim piórze.


Do szczytu szczęścia dokupiłam sobie czerwony atrament (potrzebny, by poprawić napisy na mojej mapie Śródziemia, które z upływem czasu wyblakły, niestety), w przepięknym ciemnym kolorze i o zapachu róż. Hmmm... z tym zapachem to nie do końca tak, jak zapewniała pani w sklepie - owszem, jest jakiś inny, słodkawy, ale do róż to mu trochę daleko, niemniej kolor jest idealny i doskonale spływa z pióra.


Teraz nic, tylko siadać i pisać listy ;)

czwartek, 4 lutego 2010

numer

Nie lubię głupich numerów.
Pewnie nie jestem odosobniona w tym poglądzie, ale to wcale nie zmniejsza mojej niechęci do durnych zagrywek. Jak ci wycina głupi numer ktoś inny, to można się odgryźć, obrazić, powiedzieć parę przykrych słów. A co można jeśli głupi numer odstawi ci własne ciało?
Dbam o to to, myję zęby, karmię, ubieram, martwię się, że brak mu kondycji, więc może spacery? A może fitness? Może nordic? Może będzie lubiło inaczej się odżywiać, więc w samochód i po ryby nad morze, bo te w sklepie mają pewnie ze trzy miesiące, na wieś po jajka, mleko i nabiał bez chemii, bez sztuczydeł...
A ono ma to wszystko w d***
Wredne...

środa, 3 lutego 2010

jak to mówią...

Długi kot - długi sznur.