środa, 30 czerwca 2010

świętowanie u Sowy

Cukiernia "Sowa" pochodzi z Bydgoszczy, ale w ostatnich latach rozrosła się w imponującą sieć. Gdzie się człowiek nie obróci to może natknąć się na jej ptasi szyld i pyszne wyroby. Bo trzeba przyznać, że mimo ogromnej ilości sklepów wypieki trzymają jakość i są naprawdę pyszne.

Chodząc dziś po Wrzeszczu schroniliśmy się przed parnym upałem do klimatyzowanego wnętrza Cukierni Sowa.

W środku chłodno, ale nie zimno, przyjemnie... Ciasta i torty kuszą złocistymi, apetycznymi kolorami, jest też kawa i lody. Czy wy też tak macie, że na widok takiej masy pysznych rzeczy chcielibyście spróbować wszystkiego? ;)
Opanowując łakomstwo zamówiłam cappucino i trzy gałki lodów: ciasteczkowe (wśród waniliowej bazy smugi czekolady i kruche ciasteczka), pistacjowe (uroczo zielone z drobno posiekanymi pistacjami) i grapefruit'owe. Te ostatnie po prostu świetne - idealny smak czerwonych grapefruitów, słodkie w pierwszej nucie z charakterystyczną goryczką w następnej. Świetne na upalny dzień i dla osób, które nie chce się zasłodzić lodami.
Młody raczył się cytrynowymi o barwie zimnej bieli, truskawkowymi i waniliowymi całymi w czarne kropeczki od wanilii.

Kawa również jest bardzo dobra, podawana w miłych dla oka firmowych filiżankach.
Szyby kawiarni są przydymione, wchodząc do niej właściwie nie widzimy osób w środku. Ten zabieg powoduje, ze siedząc w środku czujemy się kameralnie, mimo przepływających za oknem strumieni ludzi i samochodów.

Cukiernia Sowy we Wrzeszczu przy Grunwaldzkiej, to naprawdę dobre miejsce by odpocząć w czasie miejskiej wędrówki, wypić kawę i przekąsić coś słodkiego, czy też, tak jak my, świętować.
A świętowaliśmy, bo Młody dostał się do wymarzonego liceum :)

wtorek, 29 czerwca 2010

Smutne Lwy

Gdańsk lubi lwy.
Podtrzymują mu herb na Ratuszu i obserwują go w rozmaitych miejscach. O zwariowanych Lwach z Cheshire już pisałam, a teraz chcę pokazać bezzębne, Smutne Lwy z Oliwy.

Dom przy ulicy Poczty Polskiej, duży balkon na parterze.

Leżą sobie na barierze, jeden patrzy w kierunku dworca oliwskiego, drugi w stronę wylotu ulicy. Możliwe, że pilnują komunikacji miejskiej - lewy liczy pociągi SKMki, prawy tramwaje na pętli. Dzierżą puste tablice herbowe, a ogony zwisają im smętnie na postumenty.

Niestety, nie udało mi się znaleźć informacji o historii tej kamienicy, więc żadnych konkretów - tylko Smutne Lwy.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

niedziela, 27 czerwca 2010

a dom zarasta zielenią

Nie, jeszcze nie wyjechałam. Ani nie porwali mnie kosmici.
A może jednak porwali i te szalenie intensywne ostatnie dni nie zdarzyły się naprawdę, tylko były projekcją podświadomości wywołaną eksperymentami na mojej korze mózgowej? Wszystko możliwe.
Chociaż...
... hmmm... wizyta rodziców, uroczyste zakończenie roku w szkole syna, rozdawanie nagród, nagród, nagród, wyróżnień, świadectw, oklaski, przemówienia, oklaski, kwiaty, prezenty, dziewczęta na niebotycznie wysokich obcasach, nagle szalenie przystojni chłopcy w garniturach, dyrektorka zaróżowiona z radości, oklaski, szkrab wychowawczyni biegający między krzesełkami gości, wiersze, oklaski, fałszująca prymuska szkoły śpiewająca przebój ABBY w głębokim przekonaniu, że jest wschodzącą gwiazdą światowego showbiznesu... nie, kosmici nie mogli tego wszystkiego wymyślić.


Więc rok szkolny się skończył, rodzice wyjechali, przyjechała siostrzenica męża, z mężem, i też wyjechała, i nagle w domu zrobiło się nagle tyyyyle miejsca ;)
Pogoda jest śliczna, jadamy na balkonie w cieniu parasola i towarzystwie kotów, z ogrodu dopływa falami zapach jaśminu, a sikorki uczą młode latać między gałęziami sosny.
Mąż mówi: "I po co jedziesz do tej Toskanii? Zobacz, jak tu dobrze..." :)
I ma rację, jest dobrze.

A dom zarasta zielenią...

wtorek, 22 czerwca 2010

niebiesko mi


kosaciec syberyjski, cebulica hiszpańska, niezapominajka

śnieżnik, przetacznik ożankowy, irys brodaty pumila

piątek, 18 czerwca 2010

przedsmak

"W lipcu najwyższą terasą władają zastępy wielkich słoneczników, moja osobista orkiestra o płomiennych twarzach. W sierpniu pochylają głowy jak zbyt liczne, przerdzewiałe sitka pryszniców. Wtedy pojawiają się bażanty. Skąd wiedzą? Ucztują do syta, ich zdławione okrzyki w tym czasie obżarstwa przywodzą na myśl odgłosy dobiegające z warsztatu samochodowego."
Frances Mayes "Codzienność w Toskanii"

Uwielbiam takie żonglowanie słowami. Porównania niecodzienne, w pierwszym momencie zdumiewające, lecz już w następnym jakże trafne. Bardzo lubię prozę pani Mayes, czytając ją widzę, słyszę i czuję, niemal namacalne piękno Toskanii, jej pofalowane wzgórza, smukłe cyprysy, głosy, wonie i smaki...

Za trzy tygodnie będę już mogła sama przekonać się, czy jest ona taka urocza jak ją opisują.
Jadę do Toskanii!

czwartek, 17 czerwca 2010

tony różu

Serduszka okazała, peonia (pąk), firletka smółka
czosnek wysoki (owoce), goździk brodaty, serduszka piękna

środa, 16 czerwca 2010

zakaz...

... wypasania i wyprowadzania jednorożców!

Gdańsk-Oliwa, tuż przy pętli tramwajowej

wtorek, 15 czerwca 2010

będą nowe okulary

Już od jakiegoś czasu podziwiałam okulary na cudzych nosach w modnych, prostokątnych oprawkach. Bardzo mi się podobały, ale że na codzień noszę soczewki, a okulary tylko czasem, to niezbyt po drodze mi było do optyka.
Na szczęście zadecydowały za mnie stare patrzałki i ułamały sobie zausznik. Podreptałam więc dziś do optyka i wybrałam nowe. Śliczne, w zielonej tonacji z ukochanym przezemnie tartanem. Tak, mają zauszniki w szkocką kratkę :D
Jutro je odbieram, więc zrobię im zdjęcie i się pochwalę.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

niedziela, 13 czerwca 2010

żółcienie, kremy i miód

To co żółte i kremowe w wiewiórczym ogrodzie.


Swoją drogą, to nazwa wiciokrzew przewierceń nie ma w sobie za grosz romantyzmu. Już lepiej brzmi kapryforium, a najbardziej podoba mi się nazwa, którą nadali tej roślinie Anglicy - 'honeysuckle', co można przetłumaczyć jako "karmiący miodem". Zważywszy na słodki zapach kwiatów i ten kremowy, zdecydowanie jadalny kolor, to taka nazwa ma o wiele większy sens niż używana w Polsce.
No i oczywiście, jest o wiele ładniejsza :)

piątek, 11 czerwca 2010

Zielona Żaba i Japończyk

Znalazłam dziś czas i chęci, zwłaszcza chęci ;) , by zrobić kilka zdjęć rzeczom, które ostatnimi czasu wydziergałam na drutach. więc po kolei przedstawiam:

Zielona żaba - bluzka z bawełny 100%. Wzór w listki z jakiejś starej książeczki, druty 3,5, szydełko takiej, jakie akurat pasowało do wykończenia dekoltu. Zużyłam 55 dkg włóczki.


Nie wiem czy będę to nosić, jesli już, to z małym topem pod spodem (już kupiłam), ale przy dzisiejszej temperaturze wizja założenia dwóch bluzek jest przerażająca.

Następny "produkt" to cudownie kolorowy Japończyk czyli szalik

Włóczka japońska NORO, o nazwie Silk Garden - czyż już sama nazwa nie jest cudna? - nr 236 (mieszanka 45% jedwab, 45% kid mohair i 10% wełna jagnięca). Z racji ręcznego przędzenia skręt jest różny na długości, przez co wyrób uzyskuje dodatkową fakturę. Co tu dużo mówić - jest piękna...

Szalik zrobiony jest podwójnym ryżem, na drutach 4,5 i ma długość 105 cm, szerokość 25. Zużyłam 100g włóczki (2 motki)


Na koniec pochwalę się tym, co poczta z e-dziewiarki przyniosła razem z tym pięknym NORO.

Ciemna zieleń to włóczka Shetland (45%wełna, 55% akryl) - Artur wybrał sobie ją na sweter, więc do jesieni muszę się wyrobić.
Morska to Mohair Classic (80%mohair, 20% akryl) - skusiłam się bo wymyślałam sobie taką morską rozpinaną kamizelkę. Myślę, że będzie na jeden guzik lub w ogóle bez guzików.

czwartek, 10 czerwca 2010

jak w palmiarni

Parno.
Telewizja, z właściwym sobie brakiem umiaru, krzyczy od wczoraj: "Tropiki!"
Ehh...
Wiem, że gorąco jest, ale bez przesady, w naszym klimacie zdarzają się temperatury po trzydzieści parę stopni i nie jest to żaden ewenement.
Niemniej faktem jest, że od rana czuję się jakby ktoś mnie przepuścił przez wyżymaczkę, ciężkie dłonie, ciężkie nogi i duszno, ciężko oddychać.
Jak w szklarni.
Albo jak w palmiarni.
Na przykład takiej, jak w Parku Oliwskim. Nie jest duża, lecz udało się w niej zmieścić kilka stref klimatycznych - od wejścia a'la pustynny, z kaktusami, dalej zwrotnikowy z lianami, karłowatym bananowcem i ketmiami. Na końcu schodzimy kilka stopni w dół i stajemy na mokrej kamiennej ścieżce mając wokół siebie dżunglę. Z boku szemrze woda, mały żółw czerwonolicy wyleguje się na kamieniu, a w kamiennym baseniku błyskają czerwienią i pomarańczem rybki koi. Ścieżka prowadzi dookoła pomiędzy bujnymi roślinami, filodendrony i monstery zwieszają ku mnie dziurawe liście, kliwia wdzięczy się pękiem pomarańczowych kwiatów. Zadzieram głowę i patrzę wysoko, wysoko, aż pod szklane sklepienie, gdzie na tle nieba rysują się ostre linie łuków liści palmowych i wielkie, eliptyczne w zarysie, liście bananowca.. Zauważam nawet kiść zielonych bananów - ciekawe kto się nimi uraczy, kiedy już dojrzeją.
Wracając tą samą droga, która przyszłam, utwierdzam się w przekonaniu, że bardzo lubię tę małą palmiarnię w Oliwie i że na pewno tam wrócę.

środa, 9 czerwca 2010

zatrzymać się

Od pewnego czasu staram się nauczyć nie spieszyć. Mieć czas na wszystko co ważne i jeszcze trochę dla siebie na nicnierobienie. Po to by, na przykład, usiąść w ogrodzie pod jasnozielonym krzewem jaśminu i popatrzeć na kwitnąca tawułę. Nie zerknąć, a popatrzeć. Długo i dokładnie - jaki właściwie ma kolor, jakimi wdzięcznymi łukami zwieszają się jej gałęzie, jak wcale nie widać liści spod kwiatów.
To bardzo cenne chwile. Nie muszą być długie - liczone zegarem okazują się pięcio-, dziesięciominutowymi interwałami - lecz bardzo skupione na sobie. Pilnuję, by myśli nie galopowały ku obiadom, zakupom, pracy i innym obowiązkom.
Uczę się odpoczywać psychicznie dzięki świadomemu oderwaniu się od codzienności, od drobiazgów. Uczę się zatrzymywać.

wtorek, 8 czerwca 2010

bielszy odcień bieli

Pastelami kwitną białe kwiaty w ogrodzie. Białymi smugami zdobią liście swoje.

funkia, tulipan, kokoryczka
wielosił, dereń biały, tawuła wczesna

piątek, 4 czerwca 2010

polowanie na mysz

Haker rozpłaszcza się na wykładzinie i trzepie uchem. Oczy wbite w ofiarę. Wąsy nastroszone. Szybka poprawka ustawienia stóp, moment bezruchu i... skok wprost na mysz.
Mam!
Teraz trzeba podrzucić w górę, przydeptać dwa, trzy razy, bo niepokojąco grzechocze, ugryźć, potrząsnąć trzymając końcem zębów, aż wypadnie z nich i poleci w bok. Wtedy znów przydeptać skacząc na nią z wysoka.
Zimny trup, ale wciąż grzechoce. No to jeszcze raz zatrzepać nią mocno, bardzo mocno.
Upss... ogon się urwał! Nic to, reszta świetnie się nadaje do dalszych działań, ogonem zajmiemy się później. Niech poczeka.

Co prawda, mysz sztuczna, ale przecież jakoś ćwiczyć trzeba ;)

czwartek, 3 czerwca 2010

Purpuraci w ogrodzie

Purpurowo fioletowe kule czosnków królują nad rabatą. Nie pachną ładnie, ale za to jak imponująco wyglądają! Już wiem, że na jesieni wsadzę więcej cebul tych olbrzymów.
Ładnie dziś, słońce świeci, jest ciepło i czerwcowo...

środa, 2 czerwca 2010

Lwy z Cheshire

Niedawno wybrałam się do Parku Oliwskiego i w rezultacie kręcenia się po alejkach zawędrowałam do Archikatedry Oliwskiej. Była otwarta i wypełniona szkolnymi wycieczkami. Udało mi się jednak tak polawirować między nimi, że dzieciaki nie wchodziły mi w kadr i udało mi się zrobić parę znośnych zdjęć.

Pod koniec obejścia ołtarza natknęłam się na coś, co, jak się doczytałam w Wycieczki z Przewodnikiem po Gdańsku jest obeliskiem ku pamięci Georga von Hülsena. Cytuję:
"Obelisk z piaskowca wykonany został w 1760 roku przez znanego rzeźbiarza gdańskiego Johanna Heinricha Meissnera. Składa się z sarkofagu, nad którym widnieje herb i popiersie Georga von Hülsena. Napis łaciński na sarkofagu informuje o zasługach zmarłego. Georg von Hülsen był podkomorzym króla polskiego Augusta II Mocnego. Pod koniec życia przekazał majątek synom i zamieszkał w Gdańsku. Zmarł w 1737 roku. Obelisk ufundowali jego synowie Georg i Johann von Hülsen, Georg był biskupem smoleńskim a jego brat Johann wojewodą mińskim."
Sarkofag, czarne pole z zasługami wypisanymi złotymi literami - to wszystko nic w porównaniu z uśmiechniętymi szaleńczo lwami.

To z pewnością Lwy z Cheshire - wyglądają na równie stuknięte co uśmiechnięty Kot z Alicji - niby drobiazg, a ileż radości... ;)

wtorek, 1 czerwca 2010

wierzba - odrastanie

Dużo pada.
To żadne odkrycie, ale o pogodzie wypada wspomnieć.
W każdym razie dzięki tym deszczom i względnie wysokiej temperaturze (wysokiej dla roślin, nie dla ludzi) wierzba zdecydowała się "zapuścić włosy", a ja odetchnęłam z ulgą.

Oto pierwsze, nieśmiałe, pędy nowych gałązek.