piątek, 30 lipca 2010

Attenti al Gatto

Jadąc do Toskanii, tuż po lekturze "Przewodnika subiektywnego" spodziewałam się całych stad kotów. no, może nie stad, ale częstego widoku kotów wygrzewających się na murkach, siedzących w oknach i na schodkach. Rozczarowałam się. Albo koty się chowają w upał i dlatego ich nie widać, albo jest ich jakoś mało.
W rezultacie spotkałam tylko trzy koty, wszystkie na terenie Fattori.

Szylkretowa koteczka przychodziła do nas od pierwszego dnia, dokładnie w porze śniadania i kolacji (jakiś podgląd z kamery miała, czy co? ;) ) Była bardzo miła, ale jednocześnie szalenie czujna i byle szurnięcie nogą powodowało, że kot odskakiwał gotowy do ucieczki. Po pierwszym dni, kiedy dzieliliśmy się z nią ricottą kupowaliśmy jej kocie saszetki.


***

Tego młodego, trójkolorowego kociaka spotkaliśmy tylko dwa razy - raz widziałam go, jak był na wczesnej kolacji u jakiejś rodziny mieszkającej w pobliżu basenu, a drugi raz w czasie wieczornego spaceru. Wyraźnie każdy z kotów miał swój rewir i nie odwiedzały się wzajemnie.


***

Rudego kocura spotkaliśmy w czasie wędrówki po dolinie, patrolował winnicę. Na nasz widok spokojnie podążył ku drodze, obejrzał i obwąchał nas dokładnie, dał się pogłaskać i poszedł w swoją stronę.



ps. jutro wyjeżdżam na cały tydzień, więc dalsze części Dziennika Podróży opublikuję po powrocie. Trzymajcie się :)))

środa, 28 lipca 2010

z dziennika podróży - Toskania, część 5

Dzień siódmy - środa.

Budzę się przed siódmą. Jako że reszta śpi, biorę aparat i wychodzę zrobić kilka kadrów. Niskie słońce, ciepłe światło i lekka mgiełka zasnuwająca wzgórza zachęcają do dłuższego wałęsania się.

wejście do "naszego" apartamentu i "nasz" stół, przy którym jadaliśmy


widok z kwatery lawendowej na XII-wieczną wieżę i wejście na patio


widok na dolinę z murku kwatery lawendowej


wejście na patio


przejście pomiędzy kościołem a budynkiem mieszkalnym


limonaia -
- budynek przeznaczony do przechowywania drzewek cytrusowych przez okres zimy.


kapliczka w oknie na terenie fattorii


mur porośnięty kaparami (rosną w szczelinach, właściwie bez ziemi


Jak skończyłam robić zdjęcia, a raczej jak skończyła mi się bateria, to wróciłam zobaczyć, czy śpiochy wstały. Wstały.
Przy leniwym śniadaniu oświadczyłam, że wczorajsza wizyta w wytwórni donic pod Imprunettą sprawiła, że zapałałam miłością do ich wyrobów i muszę tam wrócić po jakąś donicę lub doniczkę lub cokolwiek. Zaproponowałam, że mogą zostać i moczyć się w basenie albo jechać ze mną. Chcieli jechać, więc zapakowaliśmy się do samochodu i śmignęliśmy do Imprunetty.

Wytwórnia Poggi Ugo - Antica Fornace do Terrecotte leży na ziemiach należących do rodziny Poggi od 1500 roku. Jest tu bogate złoże cenionej gliny lokalnie nazywanej "terra turchina" lub "błękitna ziemia". Mimo, że w dokumentach historycznych pojawiają się wzmianki o wyrobach powstających w tym miejscu już w XVII wieku, dopiero w 1919 roku powstaje firma, która działa do dziś sygnując swoje wyroby nazwiskiem POGGI UGO, które stało się znakiem handlowym
Chodziłam długo po placu oglądając setki większych i mniejszych donic i pojemników, figur i figurek, aż poprosiłam o podanie cen kilku z nich. No cóż... powiem tylko, że z wysokiego na 60 cm tubusa zdobionego wzorem winorośli zrezygnowałam na rzecz niewielkiej doniczki (średnica ok 20 cm) we wzór antyczny z widocznym znakiem handlowym (niektóre miały go odbitego we wnętrzu).
W biurze, gdzie miałam zapłacić siedziała pani, tak pod sześćdziesiątkę, i uśmiechała się miło. znów padło pytanie skąd jestem, tym razem zadane prostą angielszczyzną.
- From Poland.
- Oh.. Poland! - pani ożywiła się, zawołała siostrę. - We were in Poland this Spring!.
Rozmowa popłynęła jak rzeka. Dowiedziałam się, że były w Krakowie, Warszawie i Wrocławiu, że Polska jest pięknie zielona i bardzo im się podobała. Rozmawiałyśmy o pogodzie, ciężkiej i śnieżnej zimie, roztopach i powodzi czerwcowej. Później chwaliłam Toskanię i zachwycałam się nią z nieco większą elokwencją niż wczoraj, bo po angielsku, a nie po włosku ;)
Rozmawiałyśmy chyba z 15 minut (według reszty towarzystwa czekającej na rozgrzanym słońcem placu były to 4 godziny, ale oni są tendencyjni) i rozstałyśmy się zachwycone sobą nawzajem.

Wracając zatrzymaliśmy się na głównym placu Imprunetty na ekspresso i lody.

główny plac Imprunetty


szyld cukierni, do której wstąpiliśmy


wnętrze cukierni

Po kawie poszłam na krótki spacer po okolicznych uliczkach i wypatrzyłam małe kapliczki wmurowane w ściany domów.

Wróciliśmy do domu zmęczeni upałem i polecieliśmy na basen.

~~~~

Po południu była wycieczka po "naszej" fattorii.
Zwiedzanie zaczęliśmy od starego kościoła, który jest na terenie posiadłości. Chociaż od kilku lat ksiądz już tu nie mieszka i msze nie odbywają się regularnie, wciąż jest czynnym kościołem otwieranym przy okazji różnych uroczystości. Można tu, np. wziąć tu ślub (i urządzić wesele w fattorii). Kościół jest stary, ale nie starszy niż wieża, więc o ile pamiętam pochodzi z XV wieku.


Następnie poszliśmy obejrzeć muzeum fattorii. Janice, która była naszym przewodnikiem, powiedziała, że w owym muzeum znajdują się przedmioty, które obecni właściciele znaleźli na terenie posiadłości po jej zakupie. Były to sprzęty gospodarcze, niezliczone ilości starych drzwi i okien, które obecnie stoją na antresoli muzeum. Jeśli któreś istniejące ulegną uszkodzeniu, to nigdy się nic nowego nie kupuje, tylko przychodzi do muzeum i wybiera jakieś pasujące. było tam tez pełno różnego rodzaju wag, przyrządów do wyrobu sera, części końskich uprzęży, kilka maszyn do szycia, kilka powozów i jedne sanie.

Kolejnym miejscem jakie obejrzeliśmy było koło do gniecenia oliwek i prasa do oliwy.

Koło to jest wciąż wykorzystywane w fattorii do produkcji oliwy. Oliwki dojrzewają w grudniu, są wtedy ręcznie zbierane i przynoszone w to miejsce. Wsypuje się je do kamiennej misy i podlewając zimną wodą miażdży się za pomocą ręcznie obracanego koła. Miazgę przenosi się na pasy płócienne układane w stos w prasie. Wyciska się oliwę, która wraz z zimną woda dodaną do oliwek spływa do naczyń. Posiadają one przy dnie kranik - jak mieszanina oliwy i wody się ustoi i woda opadnie na dół naczynia, to spuszcza się ją kranikiem, a w naczyniu zostaje sama oliwa.

widok na dolinę spod zadaszenia przy prasie oliwnej

Po obejrzeniu oliwiarni poszliśmy do kuchni, gdzie Paola, Włoszka, pokazywała jak się robi makaron. Stała przy dużym marmurowym blacie i wprawnymi ruchami osoby, która całe życie nic innego nie robiła, zagniatała ciasto, wałkowała, a potem tworzyła z niego: spagetti, tiagiatelle, farfale, ravioli i tortelini. Przepis sobie zapisałam, podzielę się nim przy okazji chwalenia się własnoręcznie wykonanym makaronem znaczy, za jakiś czas ;)


Widzicie na dole zdjęcia małe przybory? To sprytne radełka, które wykrawają kwadraciki i kółka. Zakochałam się w nich natychmiast. "Chcę takie mieć!" krzyczała we mnie żądza posiadania. Niestety, mimo poszukiwania takich sprytnych radełek po wielu sklepach we Włoszech, nie znalazłam ich. Byłam niepocieszona, póki nie wytłumaczyłam sobie, że to znak. Że muszę tam wrócić po te radełka, więc czeka mnie jeszcze jedna wyprawa do Toskanii. Od razu poczułam się lepiej i poszłam do sąsiedniego pomieszczenia na degustację wina Vin Santo.

Vin Santo to słodkie, białe wino o prześlicznej bursztynowo-miodowej barwie, gęstości podobnej do półtoraka i o podobnej mocy. Mówię Wam, kopie jak smok, zwłaszcza, kiedy jest serwowane w 38 stopniowym upale.


Po degustacji mogliśmy wspiąć się po schodkach na górę, (w grupach po 6 osób, bo więcej mógłby nie wytrzymać strop) i obejrzeć Vinsanterię.

W Vinsanterii było ciepło, bardzo ciepło, sucho, pachniało nagrzanym drewnem i boskim zapachem leżakującego wina. Odniosłam wrażenie, że drewno tych beczek przesiąknęło na wskroś tym słodkim i mocnym winem.


Następnie obeszliśmy budynki i weszliśmy do piwnic. Najpierw pomieszczenie, które kiedyś było sklepem z winem.

Później kolejne piwnice gdzie leżakowało i dojrzewało czerwone, wytrawne wino (Fattoria produkuje trzy gatunki czerwonego wina). Wino dojrzewa w małych beczkach

i w ogromnych, dwa raz wyższych od człowieka (zdjęcie robione ze schodków przy beczce, osoby za beczkami stoją również na podeście schodów).



Wyszliśmy z chłodnych i wilgotnych piwnic i poszliśmy obejrzeć mieszkanie właściciela Fattorii. znajduje się ono w najmłodszej, bo XVII-wiecznej części założenia. Obecni właściciele wciąż zamieszkują te wnętrza, ale pod ich nieobecność salon i gabinet są udostępniane do zwiedzania.

salon

To mieszkanie to ostatni punkt wycieczki po Fattorii. Wróciliśmy do siebie i zrobiliśmy sobie kawę w zaparzarce - czarną i mocną , istnego Ankalagona Czarnego, a potem graliśmy w karciankę do późnej nocy.

Acha, przy okazji dam zdjęcia pokoi, w których tak dobrze się nam mieszkało przez ten tydzień:pokój dzienny


sypialnia

wtorek, 27 lipca 2010

Z dziennika podróży - Toskania, część 4

Dzień szósty – wtorek

Budzę się przed siódmą rano.
Po wczorajszych rajdach samochodowych bolą mnie łydki czuję się na tyle nieszczególnie, że mało mnie zachwyca wizja planowanej na dziś wycieczki do Vinci. Jest tam muzeum Leonarda z jego machinami. Właściwie, to nie wiadomo do końca, czy w tym miasteczku Leonardo przyszedł na świat. Jego dziad, uradowany z narodzin wnuka, zapisując w rodzinnej Biblii to wydarzenie zapominając dodać gdzie dokładnie to było. Jednak całe dzieciństwo spędził młody geniusz właśnie w Vinci.

Jest spokojnie, siedzę na dworze, ptaki śpiewają, szylkretowa kotka reagująca na imię Gatto przyszła na śniadanie. Poczęstowana ricottą zjadła wszystko i ułożyła się pod lipą na poranną toaletę.

Wyruszamy w stronę Vinci przed 9.00.
Tym razem mamy sporo do przejechania, więc zatrzymujemy się tylko w Grassinie na tankowanie. Jedziemy przez San Donato, Grassinę, Imprunettę, S.Casciano V.P., Montelupo i Empoli prosto do Vinci. Podróż zajęła nam trochę ponad godzinę. Zaparkowaliśmy na darmowym parkingu u podnóży miasta i ruszyliśmy na zwiedzanie.

Najpierw kawa. Koniecznie, bo po porannej pozostało już tylko mgliste wspomnienie, a do tego temperatura w cieniu wynosi już 36 stopni i upał wygniata resztki energii. Azymut - Gelateria.

Różowa w środku, wesoła, z miłą dziewczyną, która po podaniu mi obowiązkowego ekspresso z cierpliwością wyjaśniała jak smakują lody, o które pytam. W końcu biorę creme di riso (kremowe z ryżu) i carmelopinioli (karmelowo-piniowe). Rozśmieszam dziewczynę nazywając te z ryżu risottem. Oba smaki są pyszne, rozkosznie i dekadencko słodkie.

Z nowymi siłami ruszamy w górę miasteczka, prosto do Muzeum Leonarda da Vinci. Zbiory są rozmieszczone w dwóch budynkach: nowoczesnym pawilonie i starym zamku.

W nowym pawilonie są wystawione maszyny użytkowe zaprojektowane przez Leonarda: dźwigi budowlane ze skomplikowanymi systemami wielokrążków, dźwig obrotowy do budowy latarni na zwieńczeniach wież, kołowrotek, krosna i zegar wskazujący minuty, godziny, fazy księżyca i położenie słońca według znaków zodiaku.
Muzeum nie jest bardzo duże, ale bardzo dobrze przygotowane do przekazywania wiedzy odwiedzającym. Obok każdego modelu są zawieszone szkice Leonarda, obszerne objaśnienia każdej maszyny w kilku językach (angielskim, niemieckim, francuskim i włoskim) można znaleźć w przegródkach przy wejściu na salę. Jest ich sporo, a organizatorzy proszą, by po zapoznaniu się z treścią odłożyć je na miejsce. Na niewielkich ekranach odtwarzane są prezentacje multimedialne ukazujące sposoby działania poszczególnych maszyn.
W sali krosien była wyświetlana prezentacja pokazująca proces tkania brokatów z Verony z użyciem złotych i srebrnych nici.

W twierdzy były wystawione machiny wojenne, latające i jeżdżące oraz sala eksperymentalna, w której można było „pobawić” się urządzeniami, jakie Leonardo zaprojektował do swoich badań nad optyką i perspektywą. Była tam camera obscura, urządzenie, dzięki któremu można było zapoznać się z zasada powstawania cieni pozornych, tubus z soczewkami do rozszczepiania światła. Były też opisy i multimedialny model oka ludzkiego wg Leonarda, oraz wpływ tej budowy na postrzeganie perspektywy przez człowieka. Trzeba przyznać, że to co Leonardo wybadał na temat oka ludzkiego mało się rożni od tego, co wie obecna nauka.
W następnej sali był rower - od współczesnych różnił go tylko łańcuch: był wykonany z pasa skóry z wyciętymi kwadratowymi otworami dopasowanymi do bolców zębatki. Na ścianie była tez maszyna samojezdna, której budowa posłużyła za wzór twórcom pierwszego silnika mechanicznego.
Osobną salę zajmował naturalnej wielkości model dźwigu używanego do budowy latarni na wieżach kościelnych. Maszyna, po naciśnięciu guzika, prezentował swoje działanie.
Została nam jeszcze do zobaczenia sala video w wieży. Był tam wyświetlany film o Leonardzie. Niestety były dwa minusy – film był po włosku , a sala nie miała klimatyzacji. Obejrzeliśmy tylko z zainteresowaniem wiszące pod sufitem wielkie modele brył i rozrysowane rozwinięcia ich siatek: od czworościanu przez wszystkie wielościany aż do sfery, łącznie z bryłami, które na własny użytek nazwała „gwiaździstymi” (w stylu tej, która stoi przez pawilonem muzeum).

Niestety, w muzeum nie można było robić zdjęć, ale mam klika z samego miasteczka.





Po obejrzeniu wszystkiego poszliśmy uliczką w dół i naraz miasteczko zaczęło się kończyć, więc wróciliśmy trzymając się półmetrowej szerokości cienia wzdłuż muru twierdzy. Dzięki temu znaleźliśmy niewielką manufakturę toskańskiej ceramiki. Co tu będę dużo mówić – zgłupiałam z zachwytu tak skutecznie, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia – ani z zewnątrz, ani wewnątrz. Normalnie nic. Eh…
Jak troszkę ochłonęłam to zaczęłam rozglądać się zachłannym okiem nad czymś do kupienia. I mimo rozmaitych śliczności malowanych, szkliwionych i ogólnie cudnych, wypatrzyłam coś zrobione z terrakoty – tabliczka z leżącym na górze kotem i napisem „Attenti al Gatto”. Czyż nie cudne?
Jedyny ślad jaki mam po pięknej ceramice toskańskiej to wizytówka artysty, spod którego ręki ona wyszła. Wkleiłam ją do swego Dziennika Podróży i dzięki temu mogę ją Wam pokazać.

Pan Cannatella, podsuwając mi dwie tabliczki abym wybrała mniej lub bardziej nasycony kolor, zapytał się mnie od niechcenia:
- Germania?... Inglese?...
- Polonia… polacca - odpowiedziałam, szczerząc się wesoło.
- A… Wojtyla – uśmiech rozbłysnął i został.
Wiecie, to niesamowite. Oni (dwóch starszych panów) nie mówili po angielsku, ja nie mówiłam po włosku, ale udało się nam poprowadzić rozmowę zadowalającą obie strony.
- Toscana bella, belissima – mówiłam z mocą i szerokim gestem obejmującym całą okolicę, że uwierzyli mi od razu.No cóż. Wychodząc z tej manufaktury czułam, ze jeszcze pół godzinki, a bylibyśmy no, może nie jak rodzina, ale na pewno jak przyjaciele ;)

Obiad zjedliśmy w restauracji Il Nicchio – towarzystwo wzięło po pizzy, a ja gnocchi w sosie serowym, w którym były paseczki czerwonej sałaty – bardzo smaczne. Ekspresso na deser i w drogę, wracamy.
Jeszcze tylko zdjęcie pomnika konia. Wielki, silny, z antycznymi korzeniami, wygląda jakby zstąpił wprost ze szkiców Leonarda.



Wracając zrobiliśmy zakupy, miedzy innymi jedzenie w saszetkach dla kotki - w końcu nie może kot żyć na twarożku.
Zatrzymaliśmy się też na dosłownie 10 minut w wytwórni terakotowych donic i innych cudów. Tylko popatrzeć, ale… ale o tym opowiem innym razem.

sobota, 24 lipca 2010

Z dziennika podróży - Toskania, część 3

Dzień piąty – poniedziałek

Dzień pod znakiem Chianti.
Postanowiliśmy zwiedzić tę dolinę, przynajmniej jej północną część, więc po śniadaniu zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na wąskie i kręte drogi. Tak kręte, iż mogłam tylko rzucać ukradkowe spojrzenia na mijane widoki. Za to podziwiałam je, kiedy zatrzymywaliśmy się w przydrożnych zatoczkach. Mijaliśmy kolejne faktorie i winnice, miasteczka i wioski, wszystkie malownicze i położone na zboczach.






Pierwsze miasteczko w jakim się zatrzymaliśmy to Greve di Chianti. Zaparkowaliśmy na dużym parkingu i poszliśmy w stronę głównego placu. Rynek, czy raczej główny plac, jest w planie trójkątny, okolony domami z podcieniami na arkadach. Nad arkadami widać żeliwne balustrady balkonów obwieszone pelargoniami.


Dookoła, pod podcieniami jest pełno sklepów. Obeszliśmy go wokół oglądając ceramikę toskańską, całe masy czarnych kogutów z czerwonymi grzebieniami wykonane z rozmaitych materiałów, kalendarze, starocie, haftowane obrusy i zasłonki. Wypchany dzik stał przed sklepem z szynkami parmeńskimi, których długie rzędy wisiały pod sufitem. Szyldy na słupie oznajmiały dokładnie jakie rodzaje szynek są w asortymencie, a pies z stroju markiza wyglądał identycznie, jak Ferdynand Wspaniały stworzony przez pana Kerna. Skąd Włosi znają Ferdynanda?


Wstąpiliśmy do sklepu mięsnego Storica Macelleria prowadzonego przez rodzinę Ceccatelli, obejrzeliśmy wiszące pod sufitem szynki i salami, oraz zdjęcia rodzinne masarza. Na jednym z nich, czarno-białym, mały chłopiec w wielkim masarskim fartuchu pozuje między dwoma wielkimi półtuszami wołu – taki widok wywołuje głębokie przekonanie, że jest to zawód wykonywany z pasją. Kupiliśmy kilka plastrów toskańskiego salami szpikowanego słupkami słoniny. Moje pytanie o rodzaj salami zaowocowało dokładnym wykładem (po uprzednim upewnieniu się czy wolę słuchać po angielsku czy po niemiecku) na temat produkcji toskańskiego salami, jak się je szpikuje, czym dokładnie i że musi ono leżakować 3-4 miesięcy, inaczej mięso nie jest dobre i nie można go dużo zjeść.

Obeszliśmy rynek do końca i weszliśmy do Caffe Lepanto na kawę i lody. Tym razem dokładnie uważałam jaki smak wybieram i jak on się nazywa. Wzięłam biaci (czekoladowo-orzechowe z kawałeczkami orzechów) i amaretto – były pyszne i duże.


Zwiedziliśmy jeszcze kościół i sąsiednie uliczki, ciche i prawie bezludne, jako że był już czas sjesty.


Potem półprzytomni z gorąca zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy w dalszą drogę do Castello di Chianti.

To niewielkie, średniowieczne miasteczko przycupnięte dookoła kamiennego zamku, w którym mieści się muzeum archeologiczne ze zbiorami wyrobów sztuki etruskiej znalezionymi w pobliskich grobowcach etruskich. Uliczki miasteczka są wąskie i malownicze, przed domami pełno donic z kwiatami i pnączami.






Jako, że byliśmy głodni wstąpiliśmy do restauracji na ulicy Via Ferruccio nr 25 o nazwie Il Cantuccio. W zamówieniach skupiliśmy się na primi, zamówiliśmy: spaghetti z sosem mięsnym, tagiatelle z sosem z dzika, lasagne i ravioli z serem owczym z szałwią. Jadłam ravioli – pyszności. Na deser wzięliśmy panna cottę – też pyszności.
Obeszliśmy miasteczko i poszliśmy do muzeum w twierdzy. Wdrapaliśmy się na wieżę, a widok zrekompensował nam trud wspinaczki po schodach.





Do domu wróciliśmy późnym popołudniem, zmęczeni, ale zadowoleni. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w lesie piniowym na poszukiwanie szyszek – udało nam się znaleźć kilka w różnych stadiach rozwinięcia.