czwartek, 30 września 2010

jesienno śliwkowy szalik i kawałek mgiełki

Skoro przestało padać i światło jest jako-takie to porobiłam zdjęcia robótkom. Tej skończonej i tej rozbabranej.
Skończony jest szalik dla Młodego. w czasie robienia nieodmiennie nazywałam go w myślach Jesienne Śliwki. nie ma tu fioletu, ale za to jest łagodny brąz kakao pobity nutką brudnego bordo, kolor błękitnego nalotu jaki mają późne węgierki, zgniła zieleń liści, trochę butwiejących gałązek, jasnozielone plamy glonów rosnących na mokrej korze śliwkowego drzewa i trochę siwego dymu z ogniska. Piękna symfonia przytłumionych, zdecydowanie męskich kolorów, uzyskana przez ręczne farbowanie (każdy motek ma odrobinę inny układ i proporcje kolorów) na cudownie mięsistej i ciepłej włóczce firmy Araucania. Jest to mieszanka 80% wełny owczej, 10% wełny wielbłądziej i 10% jedwabiu - idealne połączenie.
Szalik zrobiony jest wzorem półpatentowym (po jednej stronie żeberka, po drugiej perłowe oczka), dość włóczkożernym, stąd na całość poszły mi dwa motki po 100g. Użyłam drutów 4.5. Wymiary szalika to 107 cm długości i 23 szerokości (w stanie spoczynku, bo patentowy wzór jest rozciągliwy).

całość na leżąco


tu widać przenikające się kolory i różnice między stronami wzoru

Teraz czekamy z Młodym na zimę, bo szalik za ciepły jest, bo używać go już teraz.


Rozbabrana robótka to Błękitna Mgiełka - będzie z tego coś w rodzaju bolerka, możliwe, że z rękawami, zależy na ile starczy mi włóczki. Włóczka to urugwajska merino, cienizna, ręcznie farbowana, o pięknej nazwie Haiku. Kolory są pastelowe, bardzo delikatne: blady błękit, szarość, lawendowy. robię wzorem ze starej książeczki o nazwie 'wachlarze" - całość układa się w fale i pasuje mi to do koncepcji kotłujących się mgielnych oparów.

plecy, jeszcze nie całe

zbliżenie wzoru

środa, 29 września 2010

politechniczna meduza

Gmach Główny Politechniki Gdańskiej jest zbudowany w stylu zwanym neorenesansem niderlandzkim. Lubię ten gmach, lubiłam tam studiować. Lubiłam i lubię oglądac te wszystkie płaskorzeźby i rozmaite gargulce pousadzane na elewacji. Ale do tej pory nie zwróciłam nigdy uwagi co jest umieszczone nad głównym wejściem.
Dopiero kilka dni temu, kiedy akurat napatoczyłam się na PG z aparatem, stanęłam oko w oko z... Gorgoną.
Sami popatrzcie, przecież to wyraźnie jej głowa, z wężami we włosach, wytrzeszczonymi, przerażającymi oczami...


Zastanawiam się jakaż to myśl przyświecała budowniczym Gmachu Politechniki, że ją tu umieścili. Czyżby mieli nadzieję, że słabe umysły skamienieją ze strachu i nigdy nie przestąpią progów Uczelni?

wtorek, 28 września 2010

zielony Dan z Shetlandu

Zrobiłam synowi nowy sweter. Tym razem zamówiony, włóczkę wybierał sam, łaskawie zgodził się na zaproponowany wzór.
Wybrałam darmowy wzór Dan ze strony Berooco, która okazała się kopalnia świetnych wzorów rozmaitych dzianin.
Sweter jest zrobiony z włóczki o nazwie Shetland (45% wełna, 55% akryl) miękkiej, niegryzącej świetnie zachowującej się w robótce i w gotowym wyrobie. Druty 3,5 na ściągacze, 4,0 na resztę.
Zdjęcia jakości nieszczególnej, ale światło jest do bani, ale kolor na zdjęciu pokazującym całość jest prawie identyczny z naturalnym.
Ozdobne paski to podwójne żeberka z oczek przekręcanych sprytnie w każdym rzędzie, nie tylko po prawej stronie. Zostały zaakceptowane jako "niewarkocze" ;)

Sweter jest noszony ^^ ;)

poniedziałek, 27 września 2010

ogrodowy weekend

W piątek przyjechało drewno do kominka. Na zimę. Jako, że grzejemy się głównie kominkiem, więc zamawiamy go całkiem sporo - w tym roku 8 metrów sześciennych. "Tylko" osiem, bo z poprzedniego roku zostało nam ze dwa.
No i to drewno przyjeżdża na ciężarówce, jest wysypywane przed domem na duuuużą hałdę, no i trzeba je poukładać.
Układamy wzdłuż budynku, pod okapem, bo działka za mała, by zbudować coś w rodzaju drewutni. Po kilku godzinach pracy hałda drewna zamienia się w równą ścianę, pachnącą suchym drewnem i lasem.
Skutkiem ubocznym układania jest ból ramion i pleców utrzymujący się od jednego do pięciu dni ;)
Za to w ogrodzie zaczęły spadać antonówki. Tym razem już te dojrzałe, gotowe do jedzenia - jak kto lubi kwaskowate, twarde, strzelające pod zębami jabłka - lub do przerabiania na mus do szarlotek zimowych.
Zbieram je i układam najpierw na stole w ogrodzie, a potem zanoszę do domu i tam zielenią się w kuchni czekając na swoją kolej.

Ładna pogoda w sobotę zaowocowała Ogniskiem_W_Taczce. Z racji braku miejsca palę ogrodowe śmieci (liście, gałęzie, badyle, itp) w starej taczce.

Na początek poszła kora i inne śmieci drewniane, które przyjechały z drewnem, więc dymiłam radośnie na całą okolicę, wędząc sobie włosy, skórę i ubranie.
Palenie ogniska w ogrodzie ma dla mnie coś z obrzędów czarownicy, ten dym, ten duszący jak kadzidło zapach... każde drewno, każdy badyl ma inną woń przy spalaniu, jabłoniowe gałązki pachną słodko, a wierzbowe gałęzie wydzielają zdecydowanie mniej przyjemny odór. Szyszki trzaskają wesoło.
W miarę jak mijało popołudnie, słońce zniżało się na niebie, w ogrodzie zapadał cień i robiło się coraz bardziej tajemniczo i nastrojowo.
To było pierwsze Ognisko_W_Taczce w tym sezonie - zrobię przynajmniej jeszcze jedno, późną jesienią, kiedy na drzewach nie będzie już liści, a na rabatach zostaną tylko zeschnięte badyle i zwarzone przez pierwsze mrozy, liście.

czwartek, 23 września 2010

dlaczego technika lubi facetów

Wiecie co Wam powiem?
Powiem Wam, że przedmioty martwe potrafią być wredne. I to bardzo. Pewnie nie odkryłam żadnej Ameryki, sami to dobrze wiecie, niemniej jednak...
Wczoraj wieczorem zniknął prąd z gniazdek w całym domu. Sam zniknął. Nikt mu nie pomagał.
Zajrzałam do skrzynki rozdzielczej i widzę, że jeden z przełączników jest wyłączony. Czytam opis: wyłącznik różnicowo-prądowy. Ki cholera? Sprawdzam w necie - ów wyłącznik wyskakuje jak jest zagrożenie przebiciem, porażeniem, itp. No dobra.
Obeszłam dom, wymieniłam przepalone żarówki, których do tej pory nie chciało mi się wymienić, wróciłam do skrzynki i próbuje załączyć. Guzik, nie da się.
Nie muszę Wam chyba mówić, że męża nie ma w domu. Jakby się akurat przydał to go nie ma. Jest na drugim końcu Polski, a ten wredny prąd na pewno to zwąchał.
Kapitulując przed wyłącznikiem różnicowo-prądowym zadzwoniłam po Pana Elektryka, który przyszedł po godzinie i bez problemów włączył tą cholerę. Nie wymienił, tylko włączył - zrobił to co ja, tylko ta swoją profesjonalną ręką. Wredny prąd.

Za to dziś rano, uszykowana na ważne spotkanie, wyjeżdżam z garażu, jadę uliczką i coś dziwnie ciężko, coś chlapie z boku.... zrobiło mi się zimno. Myślę w panice, "Nie, tylko nie to..." Zatrzymuję się na poboczu, obchodzę samochód dookoła i... Oczywiście, że to jest TO. Mam flaka. Gumę. Kapcia. Jak by tego nie nazwać nie da się na tym jechać, chyba, ze chce zniszczyć sobie felgę.
Doczłapałam się do domu.
Wygrzebałam książeczkę z pomocą techniczną. Jedno, co trzeba przyznać, że dobrze, że kupiliśmy przedłużoną gwarancję - za pół godziny przyjedzie Pan Mechanik i mi coś zaradzi - albo napompuje, albo zaholuje do wulkanizacji.
Wredny samochód.
Wredne koło.
I znowu poradzi sobie z tym facet.

środa, 22 września 2010

Uczone Lwy

Ten właśnie lew przysiadł na murze portrierni przy Głównej Bramie prowadzącej na teren Politechniki Gdańskiej. On, i jego lustrzane odbicie, lustrują brać studencką zbliżającą się ku bramie Uczelni. Silne, pazurzaste łapy, bujne grzywy wskazują na silnych, pewnych swej pozycji osobników, a lekko marszczący się nos odsłania potężne kły i powoduje, że niemal słychać głuchy warkot narastający w krtani.
Grube tablice trzymane przez lwy są jak tomy wielkiej księgi pełnej wiedzy.

wtorek, 21 września 2010

candy - herbaciany igielnik

Widzicie to cudo na zdjęciu poniżej?

Piękny igielnik, prawda? Otóż wyobraźcie sobie, że Marysia z blogu Baju Baju postanowiła dać w prezencie wzór jego wykonania osobie, która w komentarzach. do 30 września, zgłosi chęć posiadania go.
Oczywiście, że się zapisałam w kolejkę i teraz czekam...
Może mi się poszczęści? ;)

piątek, 17 września 2010

5.30 też godzina ;)

Zaczęłam dzień o 5.30.
Wcześnie, bo Młody miał do szkoły na 7.30. Przy śniadaniu okazało się, że gardło Młodego zbuntowało na całego. Krzywiąc się i pojękując jadł jajecznicę i zerkał na mnie załzawionym spojrzeniem. Rozjaśniło się ono kiedy usłyszał: "Wracaj do łóżka, nie idziesz do szkoły."
Kiedy po pół godzinie weszłam do jego pokoju to spał zwinięty w kłębek pod kocem - więc jednak chory.
W każdym razie, mam dłuuugi dzień wypełniony filiżankami z kawą - zawsze jakiś zysk ;)

czwartek, 16 września 2010

Różany ogród i Chopin

W ostatnia niedzielę przechadzałam się, w przemiłym towarzystwie Miriel, po ogrodzie botanicznym w Powsinie. Jest duży, pełen zakamarków, ukrytych ścieżek i późnoletnich i wczesnojesiennych kwiatów.
Gdzieś w ogrodzie odbywał się właśnie koncert chopinowski, więc kaskady dźwięków spadały pomiędzy kwitnące róże.
To było bardzo miłe popołudnie .


ukryte przy kosodrzewinie ścieżki,


łany zimowitów,


a potem już tylko róże, róże, róże...




środa, 15 września 2010

ziołowe koty

Bibieńka jest typowo ziołowym kotem, jednak nie leci na tak trywialny zapach jak kocimiętka, o nie! Jej gust jest o wiele bardziej wyrafinowany.
Najlepiej się czuje na słońcu, wśród zapachu świeżo zgniecionych łodyżek lubczyku, oregano i tymianku, wzmocnionych sosnową wonią potrącanego rozmarynu.

W dni deszczowe zadowala się gałązką selera, której zapach sprawia, że wyzbywa się charakterystycznego dla siebie dystansu do otoczenia i w pełni oddaje cześć uwielbianemu zapachowi.



Haker natomiast zadowala się porzuconą (i już wywąchaną) gałązką, która nadaje się zarówno do nacierania jak i do podgryzania.

czwartek, 9 września 2010

już jesień?

"Raz staruszek spacerując w lesie,
ujrzał listek przywiędły i blady
i pomyślał: - Znowu idzie jesień,
Jesień idzie, nie ma na to rady!"

"Może chłodno się zrobi już jutro,
lub pojutrze, lub może za tydzień.
trzeba wyjąć z kufra futro
Nie ma rady, jesień, jesień idzie!"

środa, 8 września 2010

pomidory, pomidory

Będzie dalej czerwono, a dokładnie to pomidorowo.
Kupiłam ostatnio na giełdzie owocowo-warzywnej 10-cio kilową "krzynkę" pomidorów "lima" i spędziłam upojne dwa dni na przerabianiu ich na sos pomidorowy i zamykaniu w słoikach. Wyszło mi ogółem jedenaście słoików po 450 ml każdy. Całkiem dobrze.
Sos robiłam z dodatkiem czosnku, oregano i bazylii. Było z nimi trochę zabawy, bo najpierw pomidory myłam w zlewozmywaku.

Lubię patrzeć jak podskakują w wodzie, jak pchają się jeden przez drugiego ku powierzchni. Po umyciu parzyłam je partiami wrzątkiem i obierałam ze skóry. Pokrojone z grubsza na plastry lądowały w naczyniach do zapiekania wraz z pokrojonymi ząbkami czosnku. Piekarnik nagrzany do 200 stopni i półtorej do dwóch godzin pieczenia.

W międzyczasie wyciągałam dwa razy, by zamieszać je, bo przypiekały się na górze. Jak uznałam, że już się dość piekły to takie gorące pakuję do blendera miksuję. Przelewam sos do garnka, wsypuję zioła i gotuję, ale tylko trochę, kilka minut, tyle ile zajmuje wyparzenie słoików.
Gotujący się sos wlewam do słoików, zakręcam je i ustawiam do góry dnem jeden koło drugiego. Opatulam całą baterię ścierkami kuchennymi, ręcznikiem a na wierzch kładę grube rękawice kuchenne, by całość stygła jak najwolniej.
Na drugi dzień rozwijam wszystko i sprawdzam, czy słoiki się zamknęły.

Gotowe!

poniedziałek, 6 września 2010

sobota, 4 września 2010

Różano-pistacjowy Melanż

Pamiętacie dziko kolorową włóczkę o której wspomniałam jakiś czas temu, przy okazji pokazywania Waniliowego Szala?
Otóż włóczka wyraźnie nie miała szcześcia do wyrobów. Najpierw była kawałkiem szalika, potem przybrała formę jednej skarpetki i kłebka, az na koniec została zamknięta w kształcie trójkątnej chusty.
Chusta najpierw dłuuugo leżała w oczekiwaniu na upranie. Potem jeszcze dłużej blokowała się rozpięta szpilkami na włochatym ręczniku. Wreszcie zdjęcta została obfocona i nareszcie znalazła przytulnu dom - zabrała ją właścicielka czarnego, gładkiego płaszcza zimowego i wielbicielka pastelowych melanżów z przewagą różanego fioletu i pistacji.
Mnie zostały zdjęcia:

w całości

i zbliżenie

piątek, 3 września 2010

to lubię



" Idących w błota zawiodę lub w gaje,
Jadącym konia uskubię;
A każdy naklnie, nafuka, nałaje,
Tyś pierwszy wyrzekł: to lubię."

A. Mickiewicz "To lubię"





Zabawa w "To lubię".

Zasady zabawy:
1) podaj kto zaprosił Cię do zabawy.
2) wymień 10 rzeczy, które lubisz.
3 )przekaż nagrodę kolejnym 10 blogerom i poinformuj w komentarzach o tym fakcie.


Więc po kolei:

ad. 1.
Do zabawy zaprosiły mnie abigail i JAgnieszka, za co im serdecznie dziękuję.
Abigail z wdziękiem i humorem opisuje codzienne życie swojego zwierzyńca domowego, głównie dwóch pięknych syberyjczyków: Urwisa i Małego (właściwie Denisa, ale i tak wszyscy, wraz z autorka bloga, mówią o nim ":Mały" )
JAgnieszki blog jest pełen haftów i innych cudów, które tworzy z wielka pasją.

ad. 2.
1. lubię wstawać, kiedy świeci słońce, może to nawet być dziki letni świt.
2. lubię zapach świeżo skopanej ziemi.
3. lubię gorące drożdżowe ciasto, najlepiej z kruszonką.
4. lubię film "O Angliku, który wszedł na wzgórze, a zszedł z góry".
5. lubię tolkienowskie Śródziemie.
6. lubię zapach jesiennego lasu.
7. lubię patrzeć jak pada śnieg.
8. lubię słuchać jak nocą szumi deszcz.
9. lubię czytać.
10. lubię haftować skomplikowane hafty.

... uuuu... koniec, a dopiero się rozkręcam ;) Trudno, ma być dziesięć jest dziesięć.

ad. 3.
do zabawy zapraszam:

Miriel
Małą żabkę
Porcelankę
xmas_eve
pimposhkę
Natashę
Beę
chance
Vespertine
Vespę

środa, 1 września 2010

kocia prasa

W pracowni znów pojawiły się tony wielkich arkuszy papieru, które wymagały przycięcia i złożenia do bardziej praktycznego formatu o nazwie A4. Stałam, kroiłam, składałam i odkładałam do pudełka.
Przyszedł Haker. Przywitał się, otarł o nogi, usiadł na arkuszach rozłożonych na podłodze.
- Już, już, przecież już schodzę! - Mruknął chwilę potem lekko oburzony, kiedy próbowałam wyciągnąć spod niego kolejny rysunek.Wstał i znów otarł mi się o nogi, ale tym razem zamarł przytulając się do pięt i głaszcząc końcówka ogona moje piszczele. "Pięknie..." pomyślałam sobie skupiając się na tym, by nie wywalić się na kocie.
Znudziło mu się stanie, zajrzał do pudełka, w którym właśnie wylądował kolejny złożony rysunek.
- Aaa... pudełko... Trochę zajęte, ale całkiem, całkiem... - kot mamrocząc pod nosem ładował się do środka depcząc kartki. Kręcąc się i przymierzając ułożył się w końcu w miarę wygodnie i spojrzał mi prosto w oczy.
- Uprasuje ci je, nie będziesz musiała szarpać się z tymi wielkimi książkami - zaoferował, uśmiechając się po kociemu.Nie mogłam odmówić. Ba! Wypadło tylko podziękować ;)