wtorek, 28 grudnia 2010

sweter kamieńczyk - odsłona 1

Tuż przed świętami zakochałam się we włóczce.


Jest to merino 100% , a kolor nazywa się Stonechat, co oznacza małego ptaszka z rodziny muchówek, kamieńczyka lub inaczej kląskawkę.

/fotografia kamieńczyka pochodzi ze strony http://www.birdfood.co.uk , na którą można się przenieść po kliknięciu na zdjęcie /


Zaczęłam robić z niej ciepły sweter, mam już trochę ponad połowę pleców i uważam, ze kolory układają się w świetny drobny melanż. Wełna w ogóle nie gryzie i jest pod każdym względem idealna.


Zdjęcia robione na słońcu, niskim i grudniowym, stąd taka ciepła tonacja fotek. W naturze kolory są odrobinę spokojniejsze, mniej złotawe i mają więcej brązów.

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt !


Moi drodzy Odwiedzający-Blog-Wiewiórki,
pragnę złożyć Wam serdeczne życze
nia
radosnych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia,
rodzinnej atmosfery,
samych pyszności na stole,
wymarzonych prezentów pod choinką,
smacznej herbaty i aromatycznej kawy i dni świąteczne
i kawałka pysznego ciasta,
błogiego i leniwego świętowania,
upojnego Sylwestra,
oraz
wszelkiego dobra w nadchodzącym roku :)

Wesołych Świąt!!!

wtorek, 21 grudnia 2010

Trochę? Nie! Dużo kiczu

Postanowiłam dziś odpalić choinkę na blogu. Będzie stała całe Święta, zdejmę ją może dopiero po Nowym Roku (chyba, że nie wytrzymam z nią aż tyle czasu ;) )

Z innych rzeczy, to dziś trochę zeszła ze mnie para - poprzednią noc spałam 3 godziny, w tą też niewiele więcej (lukrowałam kolejną partię pierniczków, bo Młody zażyczył sobie do szkoły na "wczoraj").
Dziś Pan Malarz pojawił się znowu. Postanowiliśmy poprawić prysznic, bo woda bardzo wolno spływała. Jako że żaden prysznic w sklepie mi się nie podobał, a te co mi się podobały kosztują ponad 5 TYSIĘCY (zgroza i rozbój!), zdemontowaliśmy ten co mamy. Został podniesiony, dostał nowe rury i jutro będzie montowany na nowo.
W każdym razie test został zrobiony i woda spływa lepiej, a o to głównie chodziło.

W międzyczasie byłam w sklepie i znów wróciłam z siatkami - zaczynam czuć do siebie niecheć, jak widzę się zapełniającą koszyk. Zastanawiam się jakbym się czuła jeśli nie poddałabym się temu świątecznemu amokowi, ale jakoś boję się spróbować. A nuż nie będzie mi się wtedy podobało? ;)

Po południu upiekłam ciasteczka marcepanowe (nie robiłam zdjęć, więc nie będzie wpisu) i zagniotłam ciasto na ciasteczka orzechowe. W międzyczasie pilnowałam gotującego się bigosu - to drugi dzień.
Posprzątałam kuchnię po raz enty, zrobiłam sobie herbatę, wzięłam kilka marcepanowych ciasteczek - trzeba przecież wypróbować - i usiadłam do komputera.
I tu zeszła ze mnie para - snuję się po necie jak dziecię we mgle...

Kawy? O, tak... poproszę... ;)

poniedziałek, 20 grudnia 2010

niedziela, 19 grudnia 2010

dzienny koszyczek Bibi

Koszyczek w przedpokoju przy płytkach grzewczych jest miejsce, gdzie Delphi spędza 3/4 dnia.
Nocą, średnio od 22.00 do 8.00, śpi w koszyku w naszej sypialni, też ustawionym przy płytkach.
Pozostała część doby przeznaczona jest na intensywną aktywność typu: jedzenie, mycie, jedzenie, ziewanie, jedzenie, prychnięcie na Hakera, jedzenie... ale to tak na marginesie.
Wracając do tematu, to w dziennym koszyczku Bibeńka, starsza pani w czarnym futrze, grzeje sobie na zmianę: łopatki, brzuszek, nereczki - co widać na załączonym obrazku ;)

sobota, 18 grudnia 2010

przedświąteczne muffinki

Zainspirowana wypiekami Dorotus i Bei oraz korzystając ze swego "stałego" przepisu na babeczki upiekłam zdecydowanie zimowe muffinki. Są rozgrzewające, a ich słodycz złamana jest kwaskowatą nutą cierpkich żurawin. Piekąc się, roztaczają zapach piernika i świąt.


Muffinki z żurawinami i piernikową nutą




składniki:
/ z tej porcji wychodzi 12 sztuk/

1 i 3/4 szklanki mąki
1/4 szklanki cukru
2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
1 ubite jajko
3/4 szklanki mleka
1/3 szklanki oleju roślinnego
1 łyżeczka przyprawy do piernika
1 szklanka suszonych żurawin

wykonanie:
Rozgrzać piekarnik do 200 stopni Celcjusza.
W dużej misce zmieszać suche składniki i żurawinę. Jeśli żurawiny są duże można poprzekrawać je na połówki. Ubić jajko z mlekiem i olejem. Dodać do maki i wymieszać szybko. Ciasto powinno być lekko grudkowate.
Formę na muffinki wyłożyć papilotkami lub natłuścić. Nakładać ciasto do 2/3 wysokości foremek.
Piec 20-25 minut na złoto.

Smacznego :)

piątek, 17 grudnia 2010

wdzianko Leśne Licho

Jakiś czas temu zachwyciłam się japońska włóczką Kureyon Sock Yarn. Widniejące na zdjęciu motki skojarzyły mi się z wczesnojesiennym lasem i natychmiast otrzymała imię "Leśne Licho".

/ zdjęcie pochodzi ze strony e-dziewiarka, gdzie kupiłam owe cudo/

Jak przyjechały motki, to udłubałam sobie wdzianko robione od góry - pierwszy raz używałam tej techniki i uważam, że jest to rewelacyjny sposób na pasiaste wyroby. Paski układają się idealnie symetrycznie, co przy tej włóczce ma spore znaczenie, bo, z racji ręcznego przędzenia, posiada ona zmienną grubość nitki, co nadaje wyrobowi ciekawą fakturę.
Różnorodność w fakturze i bałagan w paskach to byłoby za dużo, a tak jest w sam raz.

Zdjęcie na ludziu bez głowy, bo na ludziu lepiej się prezentuje niż na płask ;)


Wdzianko nie ma guzików - zapinane jest na drewniana spinkę. Robione gładkim prawym, plisy z pojedynczego ryżu, rękawy nie zwężane, równej szerokości na całej długości.
Luźne, zabawne, kolorowe - ideał ;)

środa, 15 grudnia 2010

Pani Tycia Myszka - gotowa

"Pani Tycia Myszka była okropnie schludną i drobiazgową osóbką; wciąż tylko zamiatała i odkurzała miękkie piaskowe podłogi.
Czasem jakiś chrząszcz zabłąkał się w korytarzach.

- A sio! A sio! Małe brudne nóżki! - mówiła pani Tycia Myszka i uderzała z hałasem w śmietniczkę."

Beatrix Potter "Pani Tycia Myszka"

Jak widać skończyłam haft. Uprany i uprasowany czeka na oprawienie, tylko najpierw muszę zdecydować się czy zrobić z niego obrazek czy zawieszkę.
Na sukni zamiast francuskich węzełków naszyłam koraliki - tak jest ładniej :)

poniedziałek, 13 grudnia 2010

ciężka praca w NIKKu

Spodziewamy się gości na Święta i na Sylwestra.
W związku z tym, nasze koty zawiązały Najwyższą Izbę Kociej Kontroli, w skrócie NIKK.
Celem NIKK-u jest zajmowanie się kontrolą jakości urządzeń sypialnych wszelkiego typu, które są w ofercie domostwa oraz sprawdzaniem stanu pościeli przeznaczanej dla gości, jak też tej przeznaczonej na użytek wewnętrzny.

Bibeńka, jako zdeklarowany tlenowiec, wzięła na swoje barki inspekcję tapczanów:


Zaś Haker, znany beztlenowiec, z przyjemnością zagłębia się w kwestie jakości bielizny pościelowej składowanej w zamkniętych szafkach:

Jak widzimy zajęcie jest równie nużące, jak wyczerpujące.
W związku z tym NIKK przedłożył ostatnio wniosek o wzbogacenie suchej racji żywnościowej w potrawy z półki luksusowej, kładąc szczególny nacisk na surowe ryby (najchętniej pstrągi) i mieloną wołowinę (ale tylko z młodych sztuk).
Jak na razie, wniosek utknął w Komisjach obradujących nad jego zasadnością.

niedziela, 12 grudnia 2010

Pani Tycia Myszka - odsłona druga

Pani Tycia Myszka powstała już w połowie.
Zrobiłam wszystkie krzyzyki, pozostały backstitch'e, znaczy wszelkie "kreseczki" by obrazek nabrał ostatecznych kształtów.
Obecnie prezentuje się tak:

Już coś widać, nie tak jak poprzednim zdjęciu, gdzie trudno było dopatrzyć się czegokolwiek ;)


Za oknem cos na granicy odwilży, ale pada śnieg nie deszcz. dobre i to, bo chlapa pośniegowa jest paskudna.
W ogrodzie biało, całkiem urokliwie ;)

piątek, 10 grudnia 2010

Pani Tycia Myszka - odsłona pierwsza

Po ponad roku dłubania na drutach zatęskniłam nagle za haftem krzyżykowym.
O ile rok temu wydawało mi się, że już dość mam haftowanych obrazków i "Ileż można ich mieć?", to teraz nagle doszłam do wprost odwrotnego wniosku : "Mam ich za mało, prawie wcale!"
Pogrzebałam w szufladzie i wciagnęłam maleństwo, klejnocik dłubany na aidzie 18 - pani Tycia Myszka według Beatrix Potter.
Zaczęłam wczoraj i narazie mam tyle:

Tak, wiem, na razie mało co widać. Mogę podpowiedzieć, że zaczęłam od białego fartucha :D Mam nadzieję, że zrobię go dość szybko, ale myślę, że będzie jeszcze jedna odsłona przed końcową prezentacją skończonego dzieła.

środa, 8 grudnia 2010

zakamarkowe porządki

Dzień spędzony na porządkach w pralnio-suszarnio-graciarni.
Czego tam nie znalazłam - przede wszystkim stare kartony po sprzęcie grającym. Trzymane latami, bo tak każą w sklepie, bo jak się popsuje to bez kartonu Ci nie przyjmą do serwisu. Paranoja.
Nie, nie wyrzuciłam wszystkich - wierzę im, że nie przyjmą sprzętu bez pudełka - ale ograniczyłam kartony do jednego z każdego rodzaju. Przecież jak się coś popsuje to nie wszystko naraz.
Poza tym znalazłam pięć pudełek po butach pełnych taśm wideo z nagranymi bajkami dla dzieci. Kiedyś obecny Młody, a wtedy Mały, nie oglądał kreskówek "jak leci". Wybierałam te, które uważałam za odpowiednie dla wieku i nagrywałam je, a potem odtwarzałam mu. Na taśmach więc tkwi kolekcja "Małego Misia", "Misia w Wielkim Niebieskim Domu", "Noddiego" o "Listonosza Pata".
Jako, że nie mamy już odtwarzacza wideo wszystkie taśmy powędrują do kosza. Żałuję tego bardzo, ale rozsądek mówi, żeby wyrzucić. Wybrałam tylko "Dźwięki Muzyki" z zamiarem przegrania ich na płytę. Taki klasyk muszę zachować ku własnej uciesze.
W czasie porządków znalazłam też taśmy magnetofonowe - swego czasu wydalismy majątek na kupowane w Pewexie TDKi.
W starym wazoniku upchniętym w głębokim pudełku znalazłam kilka pięciozłotówek "z rybakiem" - oczywiście skrzętnie je schowałam.
Tak wogóle to jak sroka jestem i chomik, wszystko mi się przydaje, wszystkiego mi żal. Argument, że rzecz nie używaną przez rok należy wyrzucić wcale do mnie nie trafia. Ba! uważam to za jakiś absurd. W rezultacje takie porządki jak dziś dają mierny skutek. To raczej układanie w innej konfiguracji tych samych gratów i oszukiwanie siebie, ze ma się teraz więcej miejsca.
Ale przecież nie mogę powyrzucać WSZYSTKIEGO!

wtorek, 7 grudnia 2010

świat według Hakera

Na dworze zimno.
Śnieg zmarzniętymi igiełkami szczypie w stopy. Nawet na kawałku wykładziny na parapecie nie da się długo wysiedzieć. A wychodzić warto - a nuż jakaś sikorka zapomni się na tyle, że usiądzie na śniegu? A może nawet kos lub sroka. Chociaż ze srokami to lepiej nie zadzierać - ich dzioby są strasznie twarde i walą nimi jak opętane. Całkiem bez kultury.
W każdym razie, wychodzę dzielnie kilka razy dziennie i tylko pilnuję, by o mnie nie zapomnieli - to nie zabawne jak nagle wyjdą z domu i nie ma nikogo by otworzył drzwi czy okno i wpuścił zmarzniętego kota.
Jak wracam to w domu jest rozkosznie ciepło, można zakopać się w łóżku pod puchatą kołdrą. Trzeba przyznać, że mieli dobry pomysł, kiedy zmienili kołdry na łóżku. Już dawno im mówiłem, że poprzednie są za cienkie, ale oni nie słuchają. Nakrywali się kocami i udawali, że im ciepło.
Teraz to JEST ciepło. Nareszcie.
Wysypiam się, potem coś przekąszę i chętnie bym z kimś pogawędził. Młodego nie ma jeszcze w domu, a reszta...?
No tak, znajduję ich przed komputerami. Wpatrzeni w te ekrany jakby latały tam nie sikorki, a łososie. Nic ich nie rusza. Ani ocieranie się o nogi, ani zachęcanie do rozmowy. Pozostaje tylko wskoczyć na biurko i zasłonić sobą te okienka. WTEDY zauważają kota. Ba! Nawet pogłaszczą, usuną niewygodne przedmioty spod łapek - słowem starają się jak mogą, tylko dlaczego tak dziwnie kiwają się na boki i próbują zepchnąć mnie na skraj biurka?
Nie dam się!
Mogę przycupnać, ale zepchnąć się nie dam!

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Ogród pod szkłem

Dziś za oknem zimno i ponuro.
Przypomniała mi się jesienna wizyta w szklarniach Ogrodu Botanicznego w Powsinie. Potężne szklane domu, parne i upalne, pełne tropikalnych roślin i... kotów.
Jednego spotkałyśmy u wejścia do kolejnej szklarni, pogrążonego w półletargu, zamyślonego i kiwającego się lekko w takt swoich myśli. Okupował ławkę.

Dalej, przy ścieżce w głębi, była następna, wolna. Paprocie wylewały się z rabat, łosie rogi zwisały w licznych ampli.

Dalej, nad sadzawką, wrażenie dżungli jeszcze wzrosło. Chciałam posiedziec, poprzyglądac się w spokoju roślinom, lecz niestety, po niedawnym zraszaniu wszystko było mokre i nie było gdzie usiąść. Poza tym w głowie zadzwonił natrętny dzwoneczek, że zraszacze mogą znów się uruchomić...
Zielona dżungla. Coś co wydaje się być nierzeczywiste, kiedy patrzy się na śnieg i suche badyle za oknem.
W Oliwie też jest ogród botaniczny z palmiarnią, lecz niestety całą zimę jest zamknięty dla zwiedzających. Palmiarnia również, bo wejście do niej jest od strony ogrodu.
Szkoda.