czwartek, 28 kwietnia 2011

Santa Ana, konie i tulipany

W międzyczasie, pomiędzy jazdami i grzebaniem się w ogródkowych grządkach, robię na drutach letni sweterek Santa Ana.
Wełny mam tylko 200 gram, a nigdy nie robiłam z tak cienkiej na grubych drutach, więc nie miałam pojęcia na jak długi mogę sobie pozwolić. Robię od góry, więc przy karczku wydawało mi się, że będzie to raczej krótki sweter i martwiło mnie to trochę, bo ten na filmie jest długi i ma długie rękawy, bardzo długie. Postanowiłam zatem, że jak wyrobię jeden kłębek (50gram), a będę już po zamknięciu podkroju pach, to najpierw zrobię rękawy, na które idzie trochę mniej włóczki niż na przód czy tył, a potem z pozostałej wełny zrobię tak długi sweter jak się da. I tak robię, ale coś mi się zdaje, ze niepotrzebnie się martwiłam - włóczki starczy na taki sweter jaki gra w filmie.


Na zdjęciu w całości - niestety ściągnięty na dole, bo drut na którym robię jest krótszy niż całość swetra - widać za to kawałek zrobionego rękawa. Zmniejszyłam go powoli o 24 oczka, by nie szedł w dół szerokością podkroju, ale ogólnie ma być luźny i szeroki, więc już więcej nie będę zbierać. Wciąż zastanawiam się jak go zakończyć i czy dać ozdobny pasek ażurowych listków na końcu. Jeszcze zobaczę :)

Tu lepiej widać kolory nitki - delikatne przejścia między pastelowym błękitem, bardzo jasnoszarym i przydymioną  jasną śliwką. Kolory układają się w nieregularne paski na tułowiu i w plamy na rękawach, gdzie jest mniej oczek.

~~~~~


Byłam też dziś na jeździe i ćwiczyłam galop w pełnym siadzie, w rotundzie. Wygodniej niż na lonży, bo rotunda ma większą średnicę, a i konia mniej rzeczy rozprasza. Dodatkowo zwierzę zna rotundę, wie gdzie są ściany i jego golop jest równiejszy i spokojniejszy - trochę jak na arenie cyrkowej. Skojarzenie nie do odparcia, bo cała rotunda wysypana jest grubo trocinami.
Pod koniec ćwiczeń udało mi się wypchnąć Kamę do galopu bez pomocy instruktorki - jestem bardzo zadowolona. Z minusów to dorobiłam się pęcherza od wodzy na czwartym palcu, który zdążył się zrobić i zedrzeć w czasie jazdy, a teraz piecze. Muszę kupić sobie rękawiczki.

~~~~~


W ogrodzie zakwitły tulipany - czerwone jak ogień, prześliczne śliwkowe, ogromne pudrowo-różowe i bladożółte o ostro zakończonych płatkach. Wszystkie są cudne...








środa, 27 kwietnia 2011

w pocie czoła - czyszczenie i nauka galopu

Do stajni przyjechałam przed czasem.
Konie biegały jeszcze po padoku i ostatnia rzecz jaką miały w głowie to było siodłanie i noszenie ludzi. Zostały przyprowadzone i przywiązane do koniowiązu. Kama po drodze uparła się poskubać trochę trawy i za nic w świecie nie chciała się ruszyć znad kępki, póki całej nie zerwała. Zadowolona z siebie, przeżuwając zielone, stanęła wreszcie spokojnie czekając na czyszczenie i siodłanie.
W pewnej chwili Graal też postanowił zerwać sobie trochę trawy. Jako, że już był przywiązany, przełożył linę dookoła kołka i szarpnął łbem - lina trzasnęła jak nitka, a koń przeszedł kilka kroków i spokojnie zabrał się za skubanie. Szybko przyniesiono nową linę i trawiasta rozpusta skończyła się.
Kama była bardzo zakurzona. Lubi się tarzać, a potem cała jest w plamach z zaschniętej ziemi i w kurzu. Wyczyściłam ją, a kiedy już prawie skończyłam Graal prychnął resztką zjedzonej trawy (i ziemi) i pokrył jej białą szyję masą ciemnych kropek. Musiałam poczekać chwilę aż wyschną i dopiero je wyczyścić. Co tu dużo mówić - zmachałam się przy tym czyszczeniu, bo koń jednak wysoki jest i intensywne wyczesywanie czegoś, co ma się powyżej wysokości oczu nie jest łatwe.
Potem już tylko wyczyszczenie kopyt (całe szczęście, że Kama chętnie podaje nogi) i siodłanie, i już byłyśmy gotowe do jazdy.

Jeździ mi się coraz lepiej i łatwiej mi utrzymać prawidłową postawę. Zaczyna być fajnie, miło i przyjemnie, więc żeby nie było za dobrze, instruktorka postanowiła, że czas na "progres".
W związku z tym znów był galop na lonży.
Ćwiczebny.
Wysłuchałam najpierw instrukcji, która noga gdzie ma leżeć: wewnętrzna na popręgu, biodro wypycha konia przy każdym foule, zewnętrzna za popręgiem zamyka konia na okręgu; wodze skrócone, ręka zgięta w łokciu, usiąść głęboko w siodło, odchylić się do tyłu i kołysać w rytm konia. Pięknie brzmi, ale wykonanie tego nie jest już takie piękne. Jak na razie moje wysiłki skupiają się na siedzeniu w siodle i odchylaniu się do tyłu, by nie lecieć na szyję konia. Precyzyjne ułożenie nóg jest poza moim zasięgiem, toteż Kama przechodzi z galopu w kłus jak tylko przestaje być poganiana przez  instruktora. Ćwiczenie trwało 15 minut i jak skończyliśmy to była zmęczona tak, jakbym sama biegała na tej lonży. Coś mi się zdaje, że nauka galopu jeszcze potrwa.
Dowiedziałam się też, że jak się nauczę galopować na maneżu to  pojadę w teren. Kuszące, ale nie wydaje mi się, by to szybko nastąpiło.

To wszystko było wczoraj. Dziś, już tradycyjnie boli mnie siedzenie, obite klepaniem po siodle.
Jutro następna jazda.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Spot, Spotek, Spotunio,Spotik, Mały, Mordeczka, Mruczajek

Rok mija od dnia, kiedy Spotek poszedł na nocną przechadzkę i nie wrócił do domu.
Wiele codziennych rzeczy przypomina mi go, miseczka z której jadł jak był kociakiem, poduszka, na której lubił spać.

Jak do nas przyszedł miał 7 tygodni i uwielbiał spać,


miał cętki na pleckach i brzuszku i to dzięki nim dostał imię Spot,

uwielbiał spać na ludziach,


wąchać bez w wazonie,


być polującym tygrysem

 
i królem kanapy,


ale przede wszystkim uwielbiał wygodne miejsca i, pochlebiamy sobie, nas...

Smutno nam bez Spotka.

czwartek, 21 kwietnia 2011

robótkowe plany i bambusowe bluzki

Widzieliście film "The Holiday"?
Obejrzałam go sobie po raz kolejny i zapragnęłam swetra, sweterka, jaki ma na sobie Iris w scenie z Milesem. Lekki, zwiewny sweterek na lato, na ciepłe dni z wiatrem. Wygląda tak:

a w całości tak:

W związku z tym sprułam plecy bluzki Błękitnej Mgiełki, którą robiłam w zeszłym roku z urugwajskiej merino Haiku i postanowiłam stworzyć z niej coś na podobieństwo sweterka Iris. Będzie nazywał się Santa Ana.

W czasie ostatniego miesiąca przerobiłam 12 małych motków włóczki Cotton Bamboo Batik na dwie letnie bluzki. Jedna dla mnie, druga dla kuzynki. Obie robione od góry na drutach 3.5.
włóczka bardzo fajna w wyrobie, chłodna i ładnie się układa. W robieniu mniej fajna, bo ma słaby skręt i trzeba uważać, by nie rozwarstwić nitki.
bluzka nr 1, dla mnie
bluzka nr 2, dla kuzynki
detal rękawa bluzki nr 2

Tym razem nie przekręcałam oczek dobierając je przy reglanie, bo chciałam uzyskać rząd ozdobnego ażurku biegnącego po skosie.

środa, 20 kwietnia 2011

kowal-podkuwacz i pierwszy galop

Kiedy dziś rano przyjechałam do stajni był już w niej kowal-podkuwacz. Okazało się, że trafiłam na dzień okresowej pielęgnacji kopyt.
Pierwszy był Szasza - dwudziestoletni wałach, który w życiu nie jeden raz miał czyszczone kopyta, toteż przysypiał spokojnie w czasie, kiedy kowal-podkuwacz pracował przy jego nogach. Najpierw z kopyta ściąga się stare podkowy - Szasza jest okuty na przednich nogach. Pod podkowami były gumowe podkładki wielkości podkowy. Potem kopyto było odpowiednio ścinane ostrymi "kozikami" i cęgami, następnie wygładzane pilnikiem. Kowal przednie nogi konia trzyma przy czyszczeniu pomiędzy swoimi nogami (ubrany jest w taki fajny, dwunogawkowy, skórzany fartuch), a tylne nogi opiera na specjalnym stojaku, który na górze ma miękkie miejsce na oparcie kopyta, a na bokach magnesy, do których przylegają poszczególne narzędzia.
Czyszczenie kopyt u Szaszy trwało niecałe 15 minut. Na koniec dostała nowe  podkowy i tak "ubrany" został odprowadzony do boksu.
Najbardziej niezadowolony z zabiegów był Lucky, który zdecydowanie dawał temu wyraz drobiąc i kręcąc się, kładąc uszy i wyrywając nogi.

Przyglądałam się temu wszystkiemu z czarnym kociakiem na rękach - mały spotkał mnie i głośnym miałkiem zażądał ponoszenia i wygłaskania.

Potem był czas na jazdę.
Wyczyściłam Kamelię (Kamę), osiodłałam samodzielnie bardzo uważając, by nic się nie zawinęło pod siodłem , i na maneż.
Z każdą jazda lepiej mi idzie. Coraz rzadziej słyszę uwagi o prostowaniu pleców, dosiadzie, łydce i łokciach. Coraz dłuższe są momenty, kiedy zgrywam się z koniem i nie myślę o tym co robić - wszystko się robi "samo".
Dziś, w ramach rozwoju, miałam pierwszy galop. Na początek na lonży - Kama została przypięta, ja usiadłam głębiej w siodło, wypchnęłam ją do kłusa, a potem wspólnymi siłami - znaczy moje mizerne wysiłki i podniesiony bat instruktorki - spowodowały, że Kama zagalopowała.
Pierwszy był galop ćwiczebny. Polega on na tym, że siada się głęboko w siodło, odchyla do tyłu i buja się razem  z koniem w rytm jego kroków. Galop ćwiczebny jest bardzo potrzebny, właściwie na maneżu jeździ się głównie tak, łatwiej też panować nad koniem w takim dosiadzie. O ile oczywiście już umie się nad nim panować. Bo w moim przypadku to skupiłam się raczej na utrzymaniu się na siodle i utrzymaniu rąk z wodzami przy łęku siodła, by nie szarpać Kamy wędzidłem -. niestety, ręce mi jeszcze latają jakby żyły własnym życiem :/
Po kilkunastu okrążeniach zmieniliśmy kierunek jazdy i galopowałam z drugą stronę - w tą Kamie było chyba wygodniej, bo lepiej nam szło. Pod koniec galopu pojechałam jeszcze kilka okrażeń galopem w półsiadzie - jest o wiele przyjemniejszy dla jeźdźca i częściej wykorzystuje się go przy jazdach w terenie.
Samo galopowanie, jak się już złapie rytm, jest szalenie przyjemne, niemniej jednak po tym pierwszym czułam się jakbym to ja nosiła Kamę, a nie na odwrót ;)
Po skończonych ćwiczeniach z galopu lonża została odpięta i wróciłyśmy do ćwiczeń w kłusie.
Galop doskonale zrobił nam obu - Kama rozruszała się, szybciej i chętniej kłusowała, podobało jej się przejeżdżanie drągów, a ja pewniej się czułam i rozluźniłam się zdecydowanie. Bo na maneżu p.Marta krzyczy do mnie: "Proszę się wyprostować i ściągnąć łopatki, zgiąć ręce w łokciach, i rozluźnić górną część ciała! Nie spinać się!" A ja się zastanawiam, gdzie pomiędzy tym prostowaniem i ściąganiem łopatek a roluźnianiem ciała, jest miejsce dla mnie? ;)

Jak tak jeździłam po maneżu widziałam kotłujące się na niebie dwa duże ptaki - duży czarny ptak, możliwe, że nawet kruk, bo naprawdę wielkie ptaszysko było, ganiał jakiegoś drapieżnika, sokoła chyba. Krzyczały w powietrzu, kotłowały się nad drzewami a potem nad polem, aż sokół gdzieś zapadł na ziemię i na niebie został tylko majestatyczny wielki kruk (gawron?). Zrobił nad polem dwa okrażenia dla porządku i odleciał do lasu. Prawdę mówiąc nie miałam pojęcia, że sokoła coś może przegonić.

Kociak przez cały czas jazdy kręcił się po dworzu i w jednym momencie zdecydował się zapolować. Z trzęsącą się z emocji brodą zaczał wdrapywac się na pochyloną lekko młodą brzozę z oczami wbitymi w jeden punkt - między gałązkami przysiadł dzwoniec. Ptak nic sobie nie robił z pojękującego porządliwie smarkacza - pośpiewał chwile, popatrzył przekręcając główkę a potem odleciał na inne drzewo. Kociak złaził, a raczej zsuwał się z drzewka, oglądając się bojaźliwie pprzez ramię i sprawdzając, gdzie jest ta ziemia.

Po mojej jeździe Kama i kilka koni szło na jazdę w teren, więc nie musiałam jej rozsiodływać.

W piątek znów jeżdżę więc pewnie znów coś napisze o tym, ale postaram się w międzyczasie zrobić wpis robótkowy, tylko muszę cyknąć zdjęcia temu, co wydłubałam w międzyczasie.

wtorek, 19 kwietnia 2011

w ogrodzie przyglądam się...

Kolejny ciepły dzień wykorzystany na prace w ogrodzie. Już prawie skończyłam wiosenne porządki, w coraz większym stopniu mogę czerpać przyjemność z samego przebywania w nim.
Przysiadam na kawałku wykładziny, który służy mi za podkładkę pod kolana przy pieleniu i przyglądam się:

miniaturowym żonkilom...



... fiołkom wonnym...



... hiacyntom...


... żonkilom i śnieżnikom...



... i Bzibzieńce na słońcu.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

poidełko dla ptaków

Z porannej wizyty na Giełdzie Kwiatowej przywiozłam zawrót głowy spowodowany ilością kwiatów, głęboki wstrząs spowodowany natłokiem kiczu (zwłaszcza związanego z nadchodzącą Wielkanocą), pęk żółtych tulipanów, z których każdy ozdobiony jest smużką czerwieni biegnącą przez środek płatka i żeliwne poidełko dla ptaków.


Jako, że moja wielka szklana misa stłukła się zimą, ptaki dostały wodę w zastępczej misce "dla psa", takiej białej, emaliowanej z czarnym brzegiem. Dzielnie korzystały z niej przysiadając na moczącym się w niej kamieniu. Niemniej jednak emaliowana biała miska kłóciła mi się z wyobrażeniem balkonowych klimatów toteż pojechałam na giełdę poszukać czegoś innego.
Jestem bardzo zadowolona  z zakupu, mam nadzieję, że ptaki też będą.
Pierwszy poidełko znalazł Haker i natychmiast wypróbował. Jest super, a żeliwny ptaszek dodaje smaczku zarówno wodzie jak i samej czynności picia.

sobota, 16 kwietnia 2011

pocztówka dla Kotów

Moje koty dostały prześliczną skrapbookową karteczkę od Miriel z blogu Ame to umi
Zachwyciły się nią tak bardzo, że poprosiły o umieszczenie jej na blogu, by więcej osób mogło popodziwiać pracę Miriel.


To już druga pocztówka , którą dostały moje Koty - od dziś obie można będzie oglądać w bocznym menu, w zakładce Skrapbuszki dla Kotów

piątek, 15 kwietnia 2011

mieszkańcy stajni

W stajni, gdzie jeżdżę konno jest wiele zwierząt.
W kawiarence przy biurze, gdzie można posiedzieć, ugrzać się, poczekać na swoją jazdę lub na koniec jazdy dziecka, rezyduje rudy kocur. Najczęściej śpi. W fotelu lub na poduszce na ławie.
Wielki i mocno rudy w ciemniejsze pręgi doskonale komponuje się wyplatanym fotelem, który okupuje.

Za stajnią znajduję śpiącą parę - czarnego Labradora i czarnobiałego kociaka. Śpią na słoneczku, kociak przezornie ułożony na grubej folii, która doskonale izoluje go od wilgotnej ziemi. Pies zadowala się ciepłą słomą.

W swoim boksie stoi Kamelia, w skrócie Kama, na której jeżdżę od kilku dni. Jest po długiej jeździe w terenie, mokra jeszcze, przekąsza siano w oczekiwaniu na obiad.

Jeszcze pokażę Wam maneż, na którym ćwiczę się w sztuce jazdy konnej ;)
Jak się okolica zazieleni to będzie tam bardzo ładnie - już teraz przysadziste wierzby nadają całości charakter typowo polskiego krajobrazu. Leżące na maneżu opony i drągi służą do ćwiczeń ze skoków w czasie zajęć.

środa, 13 kwietnia 2011

jazda numer trzy

Kolejna, już trzecia, jazda za mną.
Tym razem Kama - śliczna srokato-gniada klacz - wróciła z jazdy w teren, więc była zdecydowanie rozruszana i bardziej chętna do biegania niż ostatnio. W związku z terenem nie musiałam jej też siodłać jak ostatnio, kiedy stała w boksie przed jazdą. Jak wspomniałam, ma srokato-gniadą maść, co znaczy tyle, że jest biała w brązowe łaty. Wygląda jak indiański, westernowy mustang, tylko ja się jej nie trzymam jak Indianin ;)
Sama jazda sprawia mi coraz więcej przyjemności, coraz rzadziej słyszę uwagi p.Marty, a momenty zapamiętania się są coraz dłuższe. Mimo że jeździłam konno całkiem dobrze i radziłam sobie i z galopem i przeszkodami, to dopiero teraz uczę się jazdy konnej tak, jak należy. Bo właściwie jestem samoukiem, mój zapał i pasja były tak wielkie, że nauczyłam się jeździć bez instruktora - wystarczył mi koń pod tyłkiem ;)
Ma to swoje minusy - nabrałam pewnych nawyków, których teraz muszę się pozbyć, bo nie są zgodne ze sztuką jeździecką, a wiadomo, że sto raz lepiej nauczyć się czegoś nieznanego, niż oduczyć się tego co się wie i nauczyć się na nowo.

Po jeździe odprowadzam Kamę do boksu, rozsiodłuję ją i zdejmuję ogłowie. Potem konia trzeba rozetrzeć wiechciem czystej słomy  - na grzbiecie, gdzie leżało siodło i wszędzie tam, gdzie się koń spocił. Dopiero po tym można zostawić ją w boksie, a siodło i ogłowie zanieść do siodlarni na miejsce. Po tym jest koniec, można jechać do domu.

Kiedy czekałam na powrót koni spotkał mnie tubylec, z półroczny, czarno-biały kociak, który zażądał miejsca na kolanach i porządnego głaskania przed snem. A, i przygotowania poduszki na dalszą drzemką, kiedy już pójdę na maneż. Kiedy po jeździe wróciłam spał kamiennym snem wtulony w wielkiego rudego kumpla. Na dworze mżawka, więc koty śpią na potęgę.
Zbierałam się ze stajni z niechęcią, jeszcze tylko pogłaskałam Bobka, czarnego labradora, a przy samochodzie zostałam obsierściona i obśliniona przez tłuściutkiego retrivera, który za punkt honoru postawił sobie okazać mi, jak strasznie kocha ludzi. Merdający ogon przewracał pół psa, a drugie pół opierało się z całej siły o moje nogi.
Jutro jadę znowu, tym razem może porobię jakieś zdjęcia, bo jeździ tylko Młody.
Ja w sobotę.
Już się cieszę :)

wtorek, 12 kwietnia 2011

szary dzień

Pokręcone sny z czarno białym tłem. Budzę się poirytowana jak kot na deszczu, łapię strzępy snu i próbuję poukładać, ale rozwiewają się jak smużki dymu.
Szybki rajd po obwodnicy, 160 km/h przez 20 sekund - tu nie da się długo szybko jeździć - jedynie wzmaga irytację skupiając ją na zawalidrodze turlającym się sześćdziesiątką.
Niskie chmury ciągną ciemne brzuchy nad dachami, zaczepiają o slupy energetyczne i topole włoskie. Jadowicie żółty neon McDrive'a rozbija szarość rozsiewając woń frytek i przesmażonego oleju. W mokrej jezdni odbijają się światła samochodów, a szare bloki powoli rozbłyskują jasnymi kwadratami ułożonymi z geometrycznym porządkiem.
Autobus zatrzymał się na przystanku , z wnętrza wysypał się tłumek rozpryskujący się w rozmaitych kierunkach. Każdy spieszy do domu, jeszcze tylko zahaczy o sklep spożywczy, kupi coś na kolację i śniadanie, a potem z oczami wbitymi w mokry chodnik, do domu.
Siedzę  na korytarzu i gapię się w okno. Czekam na koniec zajęć i powrót do domu.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

modem wi-fi i napinanie papieru

Lało od rana.
 Jeszcze o 6.30 miałam nadzieję, że będę mogła dalej pracować w ogrodzie, ale już o 7.00 została zmyta siąpiącym deszczem. Z racji niemożności grzebania się w ziemi zabrałam się za porządek u Młodego - odgruzowywanie jego pokoju właściwie mało co się różni od prac polowych - bo miał przyjść Pan Komputer i zainstalować modem wi-fi. Jak człowiek ma tam pracować to dobrze by było, żeby nie padł z wrażenia i zgrozy na progu, a niestety podejście do neta jest akurat w pokoju Młodego.

Godzinę i kawę później zabrałam się za napinanie papieru na kartonach, bo już mi wszystkie "wyszły" na akwarelki. Jako podkładów używam kawałków grubego kartonu zrobionego z podwójnej tektury falistej - całość jest na tyle sztywna, że wysychający papier nie jest w stanie jej powyginać. Mam cztery takie plansze i dodatkowo znalazłam w domu kawałek twardej płyty pilśniowej, która tez świetnie się nadała na podkład.
Arkusze papieru moczę w zimnej wodzie przez dwie, trzy minuty (zależy do gramatury papieru), a potem układam na podkładce i przyklejam dookoła paskami szarego papieru z klejem. Całość odkładam do wyschnięcia i papier jest naciągnięty jak skóra na bębnie, nie marszczy się tak w czasie malowania, a tym samym farba równiej się na nim rozkłada i jest tam, gdzie ją położę, a nie tam gdzie sobie spłynie.
Teraz mam pięc nowych arkuszy gotowych do malowania, więc mogę znów zająć się akwarelkami.

Na jutro, co prawda, zapowiadają ładniejszą pogodę, ale i tak całego dnia w ogródku nie wytrzymam.

Po południu przyszedł Pan Komputer i zainstalował modem. Rezultat tego zabiegu jest taki, ze teraz mam internet na moim ślicznym laptopie i mogę sobie surfować po sieci w każdym miejscu domu i ponoć w ogrodzie też. Ha! Jeszcze tylko muszę się przyzwyczaić się do nowego systemu operacyjnego (laptop ma Windows 7) i będzie zupełnie fajnie.

Deszcz nie pada i widać gwiazdy - zmykam spać, bo jutro  pobudka znowu o 5.25.

niedziela, 3 kwietnia 2011

a na drugi dzień...

Od razu mówię - nie jest źle.
Ku własnemu zdziwieniu wstałam normalnie, nogi nie bolą, nie bolą ramiona ani plecy. Jedyna co boli to wyklepane o siodło siedzenie ;) W związku z tym jakoś się mnie dziś rozsiadam, co ogólnie wyjdzie mi na zdrowie ;)
Następną jazdę mam umówioną na piątek i myślę, że do tej pory będę jak nowonarodzona.  A jeśli będę się czuła bosko już w połowie tygodnia, to może pojadę dodatkowo w środę - zobaczę.




Dziś nareszcie jest zapowiadane słońce i piękna wiosenna pogoda. Wczoraj szalałam w ogrodzie przycinając krzaki aż dorobiłam się pęcherza na kciuku od sekatora i dziś muszę przystopować.  Jak ja wytrzymam, skoro cały ogród krzyczy: "Chodź tu! Zobacz, jaka masa roboty czeka! Szybko! Szybko! Sprzątaj, przycinaj, zagrabiaj, bo już rośniemy i nam ciasno!" ;)

Do karmnika wciąż przychodzą ptaki, dziś pomiędzy dzwońcami, wróblami i czyżykami zawitała samiczka gila i para grubodziobów. A wczoraj na balkonie pan Synogarlica uskuteczniał zaloty do pani Synogarlicy i namawiał ją, by została panią Synogarlicową. Kłaniał się, gruchał, nadymał, rozpościerał ogon i zamiatał nim barierkę, a ona zerkała mu ponad ramieniem na karmnik i wydać było, że myśli : "Jemu amory w głowie, a ja bym coś przekąsiła."

Normalnie wiosna. Wiosna. :D

sobota, 2 kwietnia 2011

Ja chcę jeszcze raz!

Pierwsza jazda za mną!
Żyję, jestem w jednym kawałku i z każda minutą jestem tego bardziej świadoma. Pierwsze dają o sobie znać nogi - uda, a zaraz po nich łydki. Aha, i siedzenie boli od "wyklepywania" na siodle.
Ale było warto.
Było fantastycznie!
"Ja chcę jeszcze raz!!!"


Instruktorka mówiła: "Usiąść w siodło! Ręka niżej! Łokcie do ciała! Proste plecy! Ściągnąć łopatki! Palce do konia! Pięty w dół! Łydka za popręg! Zebrać wodze! Wyprostować się! Łopatki  ściągnąć! I łydką go, łydką!" A ja w panice zastanawiałam się, gdzie jest popręg, bo go namacać nogą nie umiałam, a zaglądać pod konia w czasie kłusa trudno ;) 
Ale jeździłam calusieńką godzinę, stępem, kłusem anglezowanym i wysiadywanym, ze strzemionami i bez strzemion i stojąc w strzemionach też. Przejeżdżałam w kłusie przez drągi i zmieniałam kierunek jazdy półwoltami. 
Ha, ha, będę jeździć :D
Pewnie jutro nie będę się mogła podnieść, a o chodzeniu po schodach już dziś boję się myśleć, ale będę jeździć.

Jutro napiszę Wam, co mnie NIE boli ;P

Miłej niedzieli. :)

piątek, 1 kwietnia 2011

końskie plany

 Na początek zaznaczam, że to nie jest żaden primaaprilisowy wpis. Słowo.

Jakiś czas temu, zima,  postanowiłam znaleźć sobie taką formę ruchu, która by mi pasowała. Do tego, musi pasować Młodemu, bo jemu też przyda się więcej sportu niż bieganie po ekranie za pomocą myszy ;)
Wymyśliłam jazdę konną.
Młody jeździł dziecięciem będąc, nie mam pojęcia ile mu z tego zostało. Co prawda, jest to jak jazda na rowerze - człowiek uczy się raz na całe życie, bo ciało potem pamięta - ale jak się urosło prawie drugie tyle ile się miało, to nie wiadomo jak to będzie. Tak na marginesie, to wczoraj w szkole robili bilans i nareszcie fachowo zmierzyli mi dziecko. Młody mierzy 191,5 cm i jest z tego szalenie zadowolony. Ja też, tylko żeby jeszcze nasz przemysł odzieżowy przyjął do wiadomości, że nowe pokolenie jest wysokie, to byłoby ekstra. Zwłaszcza, że Młody to szczuplak i nie może iść w XLki, bo strasznie na nim wiszą.

Wracając do koni - jeździłam konno kiedyś, kiedyś, strasznie dawno temu, ale mam nadzieję, że umiejętności same wrócą jak tylko wsiądę na siodło. Oby ;)
Pogoda się ustabilizowała, przestało mrozić, wiosna jest... powiedzmy.
W związku z tym wszystkim wczoraj pojechałam do znajomych, którzy jakiś czas temu wyprowadzili się "za miasto", zbudowali dom i stajnię, i teraz można u nich jeździć konno.
Zaraz po wyjściu z samochodu przywitał mnie prześliczny chart rosyjski, borzoj , srebrnobiały, strasznie wysoki i strasznie wąski "z góry". Wygląda jak linijka. Cudowny jest, bardzo łagodny, o mądrym spojrzeniu. Pozwolił się pogłaskać i zaprowadził mnie do gospodarzy.
Zostałam oprowadzona po stajniach i terenie -oprócz siedmiu koni, mieszka tam kilka owiec, kozy, gęsi, i nieokreślona liczbę kotów - zdołałam zauważyć trzy sztuki, ale myślę, że jest ich więcej.
Do jazdy jest duży maneż, a na dni deszczowe spora rotunda ze ścianami z poliwęglanu, dzięki czemu w środku jest jasno, mimo że nie ma okien jako takich. Oczywiście są też organizowane jazdy w teren, ale myślę, że na początku wystarczy mi maneż, w końcu trzeba sobie poprzypominać wszystko ;)
Jak już się nazachwycałam wszystkim to zapisałam się na sobotę, jutro, na pierwsze jazdy. Jak się nam spodoba (mnie się na pewno spodoba, kwestia czy Młodemu też) to będziemy jeździć regularnie.
Opiszę jak było, jak tylko będę w stanie się ruszać (przy moim braku kondycji wróżę sobie potężne zakwasy ;) )