wtorek, 21 czerwca 2011

Jak Chudy leczył sobie uszy

Opowiem Wam, jak to było z tym leczeniem.
Dziś właśnie minął drugi tydzień smarowania maścią i tym samym Chudy skończył leczenie uszu. Dziś również mija czterdziesty czwarty dzień pobytu Chudego "u nas".
Maść zdecydowanie pomogła - kot słyszy, uszy sterczą wysoko, obracają się leciutko nieustannie wrażliwe na każdy szum i trzaśnięcie. Są jeszcze tłuste w środku od maści, ale to kwestia kilku dni, kiedy Chudy domyje je do czysta.
Z początku smarowanie nie było problemem - przynosiłam mu śniadanie, a po godzinie szłam z maścią, przytrzymywałam trochę i wkładałam maść do uszu. Jednak gdzieś po dziesięciu dniach, w ostatnią niedzielę, Chudy uznał, że uszy są już zdrowe i nie dał się dotknąć. Wychodziłam do niego trzy razy i za każdym razem wyprowadzał mnie w pole - nie uciekał, siedział, kładł się na trawie, chodził za mną po ogródku (udawałam, że przyszłam coś tam robić, a nie mu smarować uszy), ale wciąż pozostawał o 20 cm od mojej wyciągniętej ręki. Jak mu się nudziła zabawa w ciuciubabkę to szedł do sąsiadów, układał się tuż przy siatce i łypał na mnie okiem. Brakowało tylko by mi pokazał język.
Dorwałam go wreszcie przy obiedzie - złapany nad miską był oburzony i za nic nie chciał słuchać, że pani doktór kazała smarować przez dwa tygodnie. Chciał, nie chciał, po chwili miał uszy pełne maści.
Smarowanie w poniedziałek i dziś też odbyło się przy posiłku, śniadaniu, i co prawda nie podobało mu się to, ale nie na tyle, by zrezygnować z jedzenia.

Sumując, Chudy ma się całkiem dobrze, z weterynaryjnych zaleceń pozostały jeszcze krople na odrobaczenie za dwa tygodnie.
Jest coraz czystszy, przy łbie sierść odzyskuje powoli czarny kolor, reszta pozostaje czekoladowa. Kilka fotek na dowód ;)
Chudy ziewa
moment zastanowienia...

...i odchodzi sprężystym krokiem.
Jak widać na ostatnim zdjęciu, boki ma jeszcze trochę zapadnięte, ale to już tylko lekkie wgłębienia, a nie przepastne dziury jak na początku.


Codziennie wieczorem, około ósmej, przynoszę mu kolację, a potem siadam przy stole i czekam. Chudy zjada połowę porcji i po chwili wygląda zza rogu czy jestem. Jak mnie widzi przy stole to podbiega dziarskim krokiem do stołu i wskakuje na niego - czas na wieczorną porcję głaskania. Kocisko mruczy jak stary diesel jeszcze zanim go dotknę. Podtyka łepek, ociera się, wspina na palce przy głaskaniu grzbietu. Łapy drepczą w miejscu, ogon zadarty, wąsy nastroszone. Nadstawia gardło i każe się drapać za uchem.
Po dziesięciu minutach odsuwa się i siada wlepiając we mnie spojrzenie. Drapię go wtedy między uszami na pożegnanie i wstaję. Idziemy razem do miski i Chudy zaczyna kończyć kolację, a ja idę do domu.

piątek, 17 czerwca 2011

Candy ze wzorem Semele

Kai na swoim blogu womb. art ogłosiła bardzo kuszące Candy - można wylosować polskie tłumaczenie wzoru na chustę Semele.
Oczywiście ustawiłam się w kolejce, bo chusta jest piękna.


Chustę w całej okazałości można zobaczyć na stronie jej autorki na Ravelry - TUTAJ

czwartek, 16 czerwca 2011

pierwszy teren

Pierwszy wyjazd w teren był świetny.
Poszły trzy konie: prowadząca Kamelia, Szasza i zamykająca Lama (konik polski, który lubi kopać tych co z tyłu, więc szła ostatnia)
Jechałam na Szaszy - dwudziestoletnim gniadoszu - który jest stary, doświadczony, nie płoszy się z byle powodu i zawsze wsadzają na niego w pierwszy teren. Dziadek jest też kościsty i ma wybijający kłus, co moje siedzenie odczuło w całej pełni. Nie lubi również się śpieszyć bez powodu, a według niego powodu nie ma nigdy chyba, że się jeździec uprze. To i się upierałam, co zaprocentowało względnie żwawym stępem i zdecydowanie żwawszym kłusem. Niemniej jednak miałam cały czas wrażenie, że jak tylko Szasza przechodzi z kłusa do stępa to natychmiast zasypia.
W czasie jazdy były dwa galopy - okazało się, że w galopie w Szaszy budzą się ambicje i pruje za Kamą aż miło. W wyniku tych galopów mam potężne siniaki na nogach od sprzążek puślisk, które porobiły się "same". Ale przynajmniej wiem, że nie odstają mi kolana od siodłai nie wyglądam jak garnek z uszami ;)
 Muszę powiedzieć, że galop w terenie  to coś pięknego. W ogóle w czasie jazdy po polach i lesie w człowieku budzą się atawizmy, spada z niego cywilizacja, odnawia się jedność z przyrodą (ehh... jak to górnolotnie brzmi, ale co mi tam :D )
Jeździliśmy po terenach lasów Otomińskich i rezerwatu przyrody "Bursztynowa Góra". Rany, jakie tam są piękne miejsca. Katedralne, wysokie lasy bukowe, rozświetlone słońcem polany, wąskie dróżki porośnięte trawą i rozlewiska z całą masą roślin bagiennych aż huczące od żab (mieszkają tam kumaki nizinne). Wzdłuż rozlewisk jechaliśmy po ścieżce, która cała podeszła wodą, konie brodziły spokojnie, kopyta plaskały w błocie, gałęzie drzew wisiały nisko i co rusz trzeba było schylać się na szyję konia, by zmieścić się pod nimi. Lubię same wizyty w lesie, ale taka jazda po leśnych ścieżkach jest czymś nieporównywalnie przyjemniejszym niż spacer pieszo po szerszych duktach.
Konie dwa razy spłoszyły się od czegoś i nawet Szasza zatańczył zdenerwowany, zwłaszcza, że za drugim razem Lama postanowiła wyładować na kimś nerwy i kopnęła go.
Nikt nie spadł, co też się liczy ;)

Niestety nie mam zdjęć, może kiedyś zabiorę ze sobą mały aparat i cyknę parę fotek. Może...

niedziela, 12 czerwca 2011

zawody CSIO


Na sopockim hipodromie odbyły się Międzynarodowe Oficjalne Zawody w Skokach CSIO 3. Poszliśmy z Młodym na dzisiejszy Konkurs o Grand Prix Sopotu pod patronatem Prezydenta RP, konkurs liczony do międzynarodowej listy rankingowej pod patronatem Rollex'a, z pulą nagród: 40 000 CHF.

Jak przyjechaliśmy na teren wyścigów, zawodnicy zapoznawali się z parkurem, oglądali każdą przeszkodę. 

 Potem znaleźliśmy miejsca na trybunie i przyglądaliśmy się rozgrzewce zawodników.
 

Parkur był trudny,przeszkody miały wysokość od 150 do 160 cm. Pierwsza była stacjonata wysokości 145cm.
 

potem był rów z wodą


okser w kombinacji

 
i znów stacjonata
 
Łącznie było czternaście przeszkód.

Część koni skakała bezbłędnie, niektóre robiły zrzutki czy tez zawodnik przekraczał limit czasu (80 sekund). Zdarzało się też, że koń wpadał, a raczej wdeptywał, w rów z wodą.

Był też koń, który zdecydowanie odmówił skoku, wyłamał, a po zrobionej wolcie i ponownym najeździe również wyłamał i zaczął stawać dęba.
 Po dwukrotnej odmowie skoku następuje dyskwalifikacja - koń i zawodnik opuścili parkur żegnani oklaskami pocieszenia.

Spędziliśmy bardzo przyjemne popołudnie.

sobota, 11 czerwca 2011

Chudy, Peacock, konie i garaż

Znów mamy piękną pogodę, po deszczowym i pochmurnym dniu, dziś niebo jest błękitne jak niezapominajka, a powietrze świeże i chłodne.
Chudego na śniadanie musiałam zawołać z działki sąsiadów, gdzie chodzi w  słoneczne poranki wygrzewać się, kiedy u mnie jeszcze słońca nie ma. Dla tych, co nie zaglądają "wtórnie" do komentarzy - obrażony Chudy wrócił, już po dwóch godzinach znalazłam go wylegującego się pod pigwowcem. Spojrzał na mnie "z góry" i oświadczył "Niech Ci będzie, wróciłem."
Od czwartku smaruję mu uszy raz dziennie maścią, a poprawę widać prawie natychmiast - kot dostał apetytu jak nie wiem co. Do tej pory jadł mało, tyle co musiał i czasem namawiałam go by wracał do miski dwa lub trzy razy.
Teraz je szybciej i dużo. Prawdopodobnie uszy przestały boleć, bo maść ma działanie znieczulające, a przy leczeniu węzeł chłonny zmniejsza się i nie przeszkadza tak w gryzieniu. Dostaje teraz karmę mieszaną - dla kociąt i dla dorosłych kotów (samców) - i najpierw wybiera groszki "samcze". W końcu nie ma co się dziwić, ile czasu można jeść kaszki ;)

~~~~~~

Dojrzałam do decyzji w sprawie sweterka Peacock'a - nie będzie prucia ogólnego. Skończyłam ściągacz dolny i zmieniłam ściągacz przy szyji. Nabrałam oczka dookoła dekoltu i jako, że nie  da się pruć robótki od drugiej strony, OBCIĘŁAM nożyczkami stary ściągacz dwa rzędy nad nabranymi oczkami. Pierwszy raz w życiu potraktowałam dzianinę nożyczkami - ogólnie straszne uczucie. W każdym razie teraz robię ściągacz dekoltu takim samym wzorem jak dół (oczko lewe, dwa prawe przeplatane) i z tej samej włóczki co dół. Jak skończę to podzielę pozostały kłębek na pół i wyrobię go w rękawach. Jeśli zabraknie, to będę kończyć z następnego motka i dzięki temu rękawy będą symetryczne. Powinno być dobrze :)

~~~~~~

Na koniach jeżdżę ostatnio dwa razy w tygodniu - wczoraj miałam galop na maneżu i tym razem Kama galopowała bo ja chciałam a nie bo ją ktoś poganiał. Już nie jestem tak szalenie sztywna i dzięki temu nie bolą mnie tak mięśnie po jeździe. Młody jeździ już ze mną na maneżu i robi tak szybkie postępy, że wczoraj instruktorka pochwaliła go i powiedziała, że jak tak dalej pójdzie, to za dwie, trzy jazdy może pojechać w teren na jazdę bez galopu. Jest nieźle.




~~~~~~

Z prozaicznych rzeczy to zaczynamy mały remont przy garażu - zimą mróz zniszczył nam płytki na wjeździe i teraz trzeba wszystko skuć i zrobić od nowa, porządnie, z dobrą izolacją i elastycznymi fugami, by za rok nie było tego samego problemu.

środa, 8 czerwca 2011

Chudy u weta


Wczoraj udało mi się zajrzeć do ucha chudego i okazało się, że coś mu się z niego sączy. "Cholera...", pomyślałam sobie, "pewnie jakieś powikłanie po katarze lub zapalenie od zęba, bo to ta sama strona. Jak nie urok to przemarsz wojsk rosyjskich..."
Jako, że opowiadanie wetowi i gdybanie od czego może mu się to robić uznałam za przegięcie (prawdę mówiąc uznałam, że powie mi, że on leczy, a a nie uprawia jasnowidztwo, i żeby przyjść z kotem), podstępem wsadziłam Chudego do przewozówki i pojechałam.

Chudy nie zna przewozówki, Chudy był przerażony, uznał to za zdradę, miotał się po kontenerku, miauczał i był bardzo nieszczęśliwy. U weta trzymałyśmy go razem z asystentką, a pani doktor zaglądała mu do tych uszu.
Dobrze, że go zawiozłam, bo okazało się, że Chudy ma świerzb w uszach. Zostały one wyczyszczone, zaaplikowana została maść z antybiotykiem działająca również przeciwgrzybicznie i dostał dodatkowo krople na skórę by świerzba zabić. Pyszczek został obmacany, obejrzany od środka i z nim jest wszystko ok. Znaczy zęby są całe i zdrowe, ma za to powiększone węzły chłonne, ale to od tego stanu zapalnego w uchu.
Obyło się bez zastrzyków i ponownej wizyty u weta. Krople działają przez miesiąc, maść mam mu aplikować raz dziennie jeszcze przez dwa tygodnie. Omówiłam sposób karmienia, bo kocięca karma jest dobra w rekonwalescencji, ale na dłuższą metę dorosłe koty nie powinny jej jeść, bo jest zbyt bogata i powoduje zaparcia.

Przywiozłam Chudego do domu - nie chciał wracać do kontenerka u weta i znów jęczał całą drogę i dyszał strasznie zdenerwowany - zaniosłam do ogrodu i otworzyłam przewozówkę. Wyszedł i spokojnie, z ogonem sztywnym z oburzenia, ruszył przed siebie w stronę rabaty, minął Hakera, który zobaczywszy przewozówkę przyjrzał mu się ze współczuciem, dalej między kwiatami, pod siatką do sąsiada, przez jego działkę aż zniknął na trzeciej, opuszczonej działce pełnej chaszczy... Wyglądał na obrażonego i zdecydowanego nie wracać.

Teraz siedzę i się martwię, czy nie poszedł na dobre, czy wróci, a jak nawet, to czy da mi się dotknąć i nasmarować uszy? Ehhh... Tkaitka napisała pod którymś wpisem o Chudym: "Nie miała baba kłopotu, to się zamartwia obcym kotem... "  i chyba miała rację ;)

wtorek, 7 czerwca 2011

wrzeszcząc na Peacock'a

"- Czy wiesz, dlaczego paw tak okropnie krzyczy? Bo spojrzał w dół i zobaczył swoje nogi - zapomniał, że je ma zajęty podziwianiem ogona..."
R.Godden "Indyjska wiosna Uny"

Tym razem nie krzyczy paw tylko ja i powodem nie są nogi, lecz sweterek o wdzięcznej nazwie Peacock. Taa... wkopałam się jak nic. Po uszy.
To piękne merino superwash, które sobie na niego kupiłam, jest ręcznie farbowane. Ogłupiałam z zachwytu jak je zobaczyłam na zdjęciu, a jak przyjechało w paczce ogłupienie tylko się pogłębiło. Na efekty tego stanu nie trzeba było długo czekać. Otóż...
Tego pięknego koloru posiadam trzy motki. Każdy po 400 metrów. Każdy odrobinę inny niż poprzednie, z czego jeden wykazywał większą ilość żółtego koloru niż pozostałe.
Zaczynając robótkę naiwnie sądziłam, że pójdą mi wszystkie trzy motki, a nawet może starczyć tylko na rękawy 3/4.
Postanowiłam zacząć motkiem z większą ilością żółtego, by najjaśniejszy kolor był przy twarzy. miałam zamiar zrobić z niego cały karczek i kawałek w dół, a potem robić z następnego motka. Byłoby się wszystko udało jakby włóczka nie była tak diabelnie wydajna - pierwszy motek skończył się około 37 cm poniżej dekoltu, w połowie ściągacza. Przewinęłam następny i robię dalej, ale po kilkunastu rzędach widzę, że nowy kolor odcina się jak nożem, że jest zdecydowanie ciemniejszy. A tu jeszcze czekają rękawy do zrobienia z tego samego ciemniejszego motka. Niedobrze... Nie chcę sweterka, który będzie wyglądał jak z dwóch różnych włóczek.
Teraz cały wieczór próbuję wymyślić jakieś rozwiązanie, ale wychodzi mi, że bez prucia się nie obejdzie. I to dużego prucia...
Mogę też zostawić toto jak jest, odłożyć na "niewiadomokiedy", i zrobić nowy sweterek z dwóch pozostałych motków, bo na pewno wyjdzie, skoro to diabelstwo jest tak upiornie wydajne. Ehh...
Żeby chociaż było brzydkie, czy szorstkie, to bym rzuciła w kąt i zapomniała, ale nie - kolory układają się idealnie, w pełen melanż, bez pasków czy plam, w dotyku jest mięciutka i aż się nie chce zdejmować z siebie po przymiarce - po prostu ideał.
No więc pozostało mi wrzeszczeć rozdzierająco jak ten paw, bo trza było się zorientować szybciej co się kroi.

Nic to, może jutro coś wymyślę - idę przespać się z problemem, ponoć to pomaga ;)

syberyjczyki z daleka i z bliska


niedziela, 5 czerwca 2011

Limonkowe muffinki

Świetne na upalne dni, z cytrynową nutą i maleńkimi jasnozielonymi kropeczkami w żółtym środku. Dzięki limonce słodycz ciasta zostaje przełamana orzeźwiającym kwaśnym smakiem.
Zachowują świeżość przez dwa dni


Muffinki z limonką



składniki:
/ z tej porcji wychodzi 12 sztuk/

1 i 3/4 szklanki mąki
1/4 szklanki cukru
2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
1 ubite jajko
3/4 szklanki mleka
1/3 szklanki oleju roślinnego
2 limonki 

składniki na lukier:
1/2 szklanki cukru pudru
sok z jednej limonki
kilka kropel zielonego barwnika spożywczego
 

wykonanie:
Rozgrzać piekarnik do 200 stopni Celcjusza.
Limonki dokładnie wyszorować pod bieżącą wodą, a potem obleć wrzątkiem by pozbyć się pokrywającego je wosku. Po osuszeniu powinny zrobić się matowe.
W dużej misce zmieszać suche składniki i skórkę otartą z dwóch limonek. Z jednej z limonek wycisnąć sok. Ubić jajko z mlekiem i olejem. Dodać do maki i wymieszać szybko. Teraz dodać sok z limonki i znów szybko zamieszać. Ciasto powinno być lekko grudkowate.
Formę na muffinki wyłożyć papilotkami lub natłuścić. Nakładać ciasto do 2/3 wysokości foremek.
Piec 20-25 minut na złoto.
Po upieczeniu wyjąc z formy na kratkę, studzić około 10-15 minut. W tym czasie utrzeć cukier puder z sokiem i barwnikiem na gładką masę. Jeśli lukier jest zbyt płynny dodać cukru pudru do uzyskania odpowieniej konsystencji.
Polukrować przestudzone muffinki.

Smacznego :)

piątek, 3 czerwca 2011

dwa tygodnie Chudego


Dziś rano obliczałam, jak długo Chudy trzyma się koło naszego domu i stwierdziłam ze zdumieniem, że minęło dopiero dwa tygodnie. Zdawało mi się, że jest dłużej.
W środę wziął ostatnią porcję antybiotyku, czuje się zdecydowanie lepiej i wygląda lepiej. Nie kicha już wcale, a ciepłe noce i słoneczne dni pomagają mu pozbyć się resztek przeziębienia.

Zrobiłam mu miejsce do spania - w kącie ogrodu przy ścianie budynku, pod moim ogrodowym stołem do przesadzania kwiatów, postawiłam do góry nogami plastikową skrzynkę-kratkę, a na tym podwyższeniu położyłam złożoną starą narzutę. Pokazałam mu nowe miejsce do spania zanosząc go tam i wsadzając. Od ogrodu jest osłonięty drewnianą kratą z powojnikiem, na stole stoją płaskie paletki od rozsady, które chronią przed ewentualnym deszczem, ale do tamtego rogu mało kiedy dociera, bo wszystko stoi pod okapem. Dziś rano przyuważyłam go jak tam spał.
W dzień wygrzewa się między roślinami na suchej, ciepłej ziemi, rozciąga się na stole, na nagrzanym żwirze, a wieczorami przesiaduje na drewnie leżącym przy ścianie.

Dostaje jeść 3 razy dziennie, wciąż jest na karmie dla kociąt z lizyną, a jak skończy pudełko to czeka już na niego również karma dla kociąt i kotek karmiących. Jest bogata w białko i witaminy, więc będzie najlepsza do odbudowania sił takiemu chudzielcowi. Chudy zjada na raty swoją dzienną porcję i powoli nabiera ciała.
Żeby nie było za pięknie, to ma problemy z jedzeniem, bo nie otwiera pyszczka na całą szerokość i wyraźnie coś do w nim boli. Nie jest spuchnięty ani skaleczony, może to zęby, ale nie dał mi zajrzeć sobie do środka. Karma dla kociąt łatwo rozpada się w zębach, więc łatwiej mu ją jeść niż chrupki dla dorosłych kotów. Próbowałam dawać mu mokrą, ale tylko wylizywał sos zostawiając kawałki.
To co Chudy zostawi po posiłku zjadane jest przez rudzielce, więc przynajmniej się nie marnuje.

Każdego wieczora, kiedy Chudy je kolację, zostaję na chwilę w ogrodzie, bo rude przyłażą czasem wcześniej i odganiają go od miski. Więc stoję na straży ;) grzebiąc między roślinami. Jak Chudy skończy jeść, to przychodzi do mnie na głaskanie. Dzięki regularnej higienie sierść zaczyna być miękka i nie jest już tak koszmarnie brudny i szorstki jak na początku. Lubi się głaskać, pcha łepek pod rękę, wygina grzbiet i drepcze łapami. Tak na niego patrzę i coraz bardziej upewniam się, że nie jest to dzikus z urodzenia - to kot, który zna ludzi i wie jak można się z ludźmi głaskać. Wie też, że kosiarka jest do trawy i nie trzeba przed nią uciekać, a jak podlewam ogród to spokojnie przenosi się na inne miejsce kiedy zbliżam się z wężem, ale bez paniki. Wyraźnie wie o co chodzi z tym laniem wody. Podejrzewam, że albo się zgubił, albo został wyrzucony z domu.


Bibi i Haker nie są zbytnio zadowoleni z nowego lokatora. Jak są same w ogrodzie to obchodzą go na sztywnych łapach. W mojej obecności syczą na niego i warczą, Haker macha mu łapą, ale Chudy niezbyt się tym wszystkim przejmuje. Po skończonej demonstracji koty wędrują ze mną do domu, Chudy za nami, a one nagle zgodne, z zadartymi ogonami, wchodzą do domu zaznaczając, że to ICH dom.