niedziela, 31 lipca 2011

Ogrodowa ścieżka

Na początku zakładania ogrodu zrobiłam ścieżkę prowadzącą łukiem na tyły domu do właściwej części mojego małego królestwa. Ścieżka powstała, bo zostały nam płyty, które układaliśmy na balkonie.
Początkowo spełniała swoje zadanie bardzo dobrze, ale z czasem, kiedy krzaki się rozrosły, zaczęła prowadzić spod krzaka pod krzaki.  Korzenie wierzby podniosły jedną z nich, a kilka krzaków ligustru udającego żywopłot spychało długimi gałązkami idącego ścieżką na trawę.
Postanowiłam poprawić przebieg ścieżki i ją przełożyć. Dokupiłam 4 nowe płyty, bo idąca pod innym kątem ścieżka miała być dłuższa i pewnego dnia wszystkie płyty zostały podniesione, wydłubany został żwir co był pod nimi. W nowych miejscach zostały wycięte kwadraty darni, którymi załataliśmy miejsca po poprzednim położeniu płyt i nowa ścieżka zaczęła prowadzić z chodnika do ogrodu.

Jak tylko skończyliśmy Haker przyszedł na odbiór, sprawdził całość i zatwierdził do użytkowania. Nie ma to jak porządny odbiór techniczny ;)
ścieżka DO ogrodu - odbiór techniczny
ścieżka Z ogrodu - po odbiorze

sobota, 30 lipca 2011

o kocich gościach, którzy byli wiosną

Wiosną byli u mnie rodzice ze swoimi kotkami.
Rzadki moment, kiedy Rozalka wybudzona z letargu przez zaczepiającą Nikitę, umyka w popłochu.
 Rozalka jest starszą, stateczną kocicą, która przesypia  większość dnia. Znaleziona dwa lata temu, w pierwszą ciężką zimę, kiedy to dom w którym mieszkała z właścicielami poszedł do rozbiórki, a właściciele nie zabrali jej ze sobą na nowe mieszkanie. Po zamieszkaniu z moimi  rodzicami i napełnieniu żołądka na maksa, zasmakowała w wylegiwaniu się na miękkich miejscach (łóżko, fotel, poduszki) i postanowiła przeżyć dalsze życie metodą letargu. Śpi 23 godziny na dobę, ostatnią przeznacza na jedzenie. Mało co jest w stanie to zmienić.
Późną jesienią poprzedniego roku (przed druga ciężką zimą) rodzice znaleźli małe czarne kocię. Wet "wycenił" je na 7 tygodni.
Nikita - bo takie imię otrzymało to małe diablę - jest dokładnym przeciwieństwem Rozalki. Smukłe, czarne, ciekawskie, psotne i bardzo szybkie stworzonko i u mnie buszowało po domu i balkonie unikając spotkań z Hakerem i Kocicą. W razie takowego Mała (już nie taka mała, bo półroczna) jeżyła się i syczała jak mały smok.

Któregoś dnia udało mi się przyłapać Nikitę na buszowaniu w donicach z kwiatami na balkonie.
Oto mała fotorelacja:

"Ciekawe, może da się trochę pokopać..."
"No nie, nawtykali zielska tak gęsto, że ziemi nie widać..."
"Kopać?! Ależ skąd! Nawet o tym nie pomyślałam!"
"OK, pomyślałam, pomyślałam... Pech, nie dała się nabrać..."
"Już wychodzę, już wychodzę... pstrykaczu."

piątek, 29 lipca 2011

Zakrapiamy? Nie zakrapiamy.

Po wizycie u weta (bez kota) dostałam dla niego krople do oka.
Chudy jednak odmawia współpracy i udaje mi się zakropić mu oko raptem dwa razy dziennie, zamiast ośmiu :/ Dziś rano zacisnął powiekę już po wkropieniu, wycisnął i wytrzepał lekarstwo z oka.
Nie ucieka, nie panikuje, stoi 20 cm od ręki, patrzy jednym okiem i zdaje się mówić "Lubię cię, ale nie dam grzebać sobie o oku, przecież widzę."

Kupiłam mu znów karmę dla kociąt z lizyną, może wspomagany w ten sposób wyleczy się sam.

wtorek, 26 lipca 2011

Co u Chudego?

Chudy mieszka w ogrodzie na stałe. W każdy razie spędza w nim 3/4 doby, bo czasem spotykam go wieczorami przed domem lub rankiem, wygrzewającego się w sadzie sąsiadów.
Odkarmił się trochę, głaszcząc go już prawie nie da się wyczuć kości biodrowych czy kręgosłupa. Nie jest to jeszcze "pełen" kot, ale jest na najlepszej drodze do uzyskania takiej sylwetki. Sierść przestała być szorstka w dotyku, podrasta powoli podszerstkiem i jest czysta - po dłuższym głaskaniu nie mam już brudnych rąk. Co do koloru to ściemniała mu głowa i kark - reszta pozostaje czekoladowa. nie wiem, czy kiedykolwiek odbuduje kolor pokrywy włosowej, możliwe, że już taki zostanie.
Jeść dostaje trzy razy dziennie, w podzielonych porcjach, bo jak zostawia w misce to mu wyżerają i dochodzące rude i nasze domowe.
Haker i Kota tolerują go w ogrodzie, troszkę syczą jak za blisko podchodzi, ale bez zdecydowania. Chudy ignoruje je kompletnie. Odbijają to sobie na Rudych, które przeganiają aż na trzecią działkę z wrzaskiem i trzaskaniem pazurami. Przoduje w tym Haker, a Kota mu kibicuje z parapetu.

Żeby nie było za różowo oko Chudego postanowiło sobie spuchnąć. Spuchnąć i zakleić się. Jednego dnia mocno, drugiego prawie wcale. I tak od ponad tygodnia. Oczywiście nie da sobie tego obejrzeć, co do tego jest bardzo zdecydowany.
Podglądane oko nie ropieje, ale też się nie leczy. Uszykowałam dziś napar z rumianku i mam zamiar złapać go i mu je umyć - może się uda.
Myślę, że to wirus. Spotek też go miał (bo to koty mają w sobie i on się uaktywnia), oko mu puchło jak bania i trzeba było zakraplać je lekarstwem. Umyję mu dziś to oko, ale możliwe, że skończy się na kroplach od weta i większej łapance na zakrapianie oka. Zobaczymy.

niedziela, 24 lipca 2011

Crème brûlée

Odwiedzamy kawiarnie i zamawiamy crème brûlée.
W Cafe Julka w Sopocie jest bardzo dobry, w płaskim naczyniu co gwarantuje duża ilość pysznej karmelowej skorupki. W Mon Balzac na Starówce serwują go z kulką gruszkowego sorbetu na wierzchu i kiślo-dżemem wiśniowym na spodzie. Pomijając te niepotrzebne udziwnienia krem jest pyszny, z dużą ilością prawdziwej wanilii. tylko, że jest go zdecydowanie za mało, następnym razem zamówimy podwójną porcję bez kiślo-dżemu i bez sorbetu ;)
Jak na razie najlepszy jedliśmy w restauracji Ewa Zaprasza w Sasinie. Idealny, z odpowiednią ilością chrupiącej, karmelowej skorupki.
Wlałam do garnka pół litra śmietany kremówki, wsypałam cukier, dodałam ziarenka z całego strąka wanilii. Zagrzałam mocno, prawie do wrzenia mieszając. W misce wymieszałam sześć żółtek i po przestudzeniu śmietany wlałam ją porcjami do żółtek cały czas mieszając. Całość wlałam do kokilek, które wstawiłam do naczynia, wlałam gorącą wodę do połowy ich wysokości i umieściłam
na godzinę w piekarniku nagrzanym do 120 stopni.
Teraz krem się piecze, a na noc wstawię go do lodówki. Rano wyczaruję na nim karmelową skorupkę z cukru trzcinowego i będziemy testować domowy crème brûlée :)

poniedziałek, 11 lipca 2011

Sweterek Peacock skończony i skarpetki w bonusie

W międzyczasie skończyłam sweterek Peacock.
Zużyłam na niego 228 g włóczki malabrigo, 100% merino superwash - świetnie się z niej robi, a sweterek jest miękki i bardzo przyjemny w noszeniu. Ciepły :)
Robiłam na drutach 4mm, bezszwowo od góry.
Zmiany proporcji kolorów w poszczególnych motkach których tak się obawiałam, w gotowej robótce nie są az tak rzucające się w oczy, w rezultacie jestem bardzo zadowolona z efektu.
na płask
szczegół ściągacza rękawa
na modelu ;)

~~~~~~~~

Jako, że włóczka okazała się być bardzo wydajną i zostało mi 72 gramy z ostatniego motka, zrobiłam sobie skarpetki z warkoczykami, z których również jestem szalenie zadowolona.  Mają wysoki ściągacz i można je nosić zawijając go (niższe) lub prostując (wyższe).
Skarpetki robiłam zaczynając od palców, na drutach nr 3,5, pięta zrobiona metoda rzędów skróconych.
na płask z pokazaniem możliwości wywijania ściągacza
na modelu w dwóch wariantach ściągacza

środa, 6 lipca 2011

w zgodzie z ciśnieniem atmosferycznym

Za oknem chmura rozłożyła się na ziemi i pada sobie do środka. Przygniotła ciśnienie i skutecznie morzy wszystkich do snu. Ludzie się bronią kawą, ale koty nie mają w zwyczaju walczyć z przyrodą... w każdym razie nie Haker ;)