piątek, 28 października 2011

Candy fioletowo-zielone u Miriel

Bardzo lubię ładne rzeczy, a Wy? Lubicie kwiaty origami, słodkie kokardki i gwiazdki szczęścia? Koraliki?
Jeśli tak, to macie szansę wygrać te cuda u Miriel, na jej blogu Ame to umi.
Mnie szalenie podobają się te papierowe irysy, i inne cudeńka, które wyszły spod jej ręki, więc ustawiłam się w kolejkę do losowania, chociaz znając mojego pecha w e wszelkich candy, pewnie ich nie wygram.
Ale może Wy wygracie?
Zapraszam więc na Candy fioletowo-zielone u Miriel.

czwartek, 27 października 2011

Głos z Kanapy - co lekarze powiedzieli

Tak, dalej przesiaduję na kanapie. Może już nie tak dużo, bo przejęłam obowiązki domowe, ale niemniej wciąż spędzam na niej sporo czasu.
I samochodem już jeżdżę, o! I zakupy zrobię - wprawdzie zajmuje mi to dwa razy więcej czasu, ale za to mogę dokładnie obejrzeć co leży na półkach ;)
Niemniej jednak na wizycie kontrolnej u ortopedy pan doktór nie był zadowolony z mojej nogi. Z jakiś powodów staw jest zbyt usztywniony, a właściwie nie staw tylko mięsień czterogłowy uda szwankuje. Kazał więcej ćwiczyć, szczególnie na stacjonarnym rowerze i chodzić na basen.
Rower kupiliśmy (ehhh...cóż zrobić), a basen znalazłam sobie kawałek od domu - świeżutko otworzony, prywatny basen, średniej wielkości, ale ja nie potrzebuję olimpijskiego, za to ma masaż dyszami podwodnymi i bardzo kameralną atmosferę. Co najważniejsze jadę tam 3 minuty samochodem.
Za to pani doktór od rehabilitacji kazała zrobić usg kolana, bo nie podobało się jej, że jest wciąż cieplejsze i chciała wiedzieć co jest w środku.
No to poszłam na to usg. Dowiedziałam się, że oprócz tego co mi zreperowali, to złamałam sobie jakiś kłykieć dostawowo, znaczy odłamki wylądowały w torebce stawowej. Tak przynajmniej zrozumiałam. Są to mikrozłamania, niektóre odłamki są wielkości beleczki kostnej (co by to nie znaczyło). W każdym razie, tego typu złamań nie ma jak zaleczyć ani zoperować, bo tam nie ma dostępu. Już mi tak zostanie i co jakiś czas będzie się odzywać, bo organizm nie leczy sam takich mikrozłamań. Co najwyżej mogą nastąpić zwapnienia.
Na dodatek dowiedziałam się, ze ten czterogłowy mięsień uda nie działa jak trzeba, bo został naderwany i teraz jego struktura wygląda jak wielka czarna gąbka. W każdym razie na ekranie aparatu usg tak wygląda. To, na szczęście, się zaleczy, ale potrzebuje czasu. Reszta stawu, rzepka, wiązadła, ścięgna itd. jest w porządku.
Wyszłam z tego usg i pomyślałam sobie, że jednak trzeba było nie wsiadać na konia...

Na drutach dalej dłubię, trochę wolniej, bo dwie rzeczy na raz. Mąż zamówił sobie sweter z tej samej włóczki, z której robiłam Listopad. Zaczęłam więc robić, trochę innym wzorem i nie bezszwowo tylko normalnie, w częściach, i dałam mu na imię Październik.
Jak na razie to dużo nie mam, bo zaczęłam dopiero robić podkrój pod pachy na plecach. Włóczka jest ciemna i w pochmurne dni patrzenie na nią wpędza mnie w posępny nastrój, więc dla odmiany zaczęłam robić Baktus'a z kolorowej skarpetowej włóczki. Również nie mam go dużo, ale posuwam się do przodu ;)

Chusta Dusty Pink nosi się wspaniale, jestem zachwycona tą wełną i już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę robić sweterek dla siebie z tej w kolorze jeansowym. Najpierw muszę skończyć Październik, więc do roboty! ;D

środa, 26 października 2011

Cat Week 2011


PETA ogłosiła bieżący tydzień Tygodniem Kota 2011, w związku z tym wiewiórka i mieszkające z nią Koty składają wszystkim odwiedzającym i ich Kotom wszystkiego najlepszego!
Delphi vel Bibeńka
Haker vel Strachajło
Chudy vel Dr Jekyll & Mr Hyde

niedziela, 23 października 2011

chusta Dusty Pink skończona

Nareszcie mam swoje cudo.
Skończyłam chustę z pimposhkowej bfl, "cienizny" i jestem nią zachwycona. Raczej powinnam napisać "nimi zachwycona"?
Po pierwsze zachwycająca jest chusta, miękka, leciutka (dokładnie 94 gramy), a przy tym ciepła. Po drugie zachwycona jestem wełną bfl, która wcale, a wcale nie gryzie, świetnie się z niej dzierga, ma delikatny połysk, który sprawia, ze zaczyna się ją podejrzewać o dodatek jedwabiu. A wreszcie - chociaż ten zachwyt jest najmocniejszy - nie mogę się nacieszyć prześlicznymi kolorami, które wyszły spod ręki Pimposhki. Są ustawione w gamie perfekcyjnie, świetnie pasują jeden do drugiego, jak zmieniałam nitkę to łapałam się na tym, ze nie widziałam początkowo różnicy w kolorze. Do tego całe motki są bardzo równo ufarbowane, żadnych przebarwień koloru czy odbarwień, żadnego "melanżu", po prostu ideał :D
Zdjęcia oddają kolor prawie idealnie.

 



 Robiłam na drutach 3.75mm, ściegiem pończoszniczym, tylko na brzegach jest po kilka oczek francuskiego i zakończyłam również kilkoma rzędami francuza, by się nie zawijała. Za całą ozdobę są "rozsypane" po całości bąbelki, no i oczywiście gradacja koloru. Bardzo przyjemnie się ją robiło, mimo że pod koniec miałam na drucie dobrze ponad 300 oczek.

Na pewno będę wracać do wełny bfl , nie mogę się już doczekać kiedy zacznę sweterek z jeansowego bfl-u, który mam od Mirabelki, ale najpierw muszę zrobić następny męski sweter z tej samej włóczki co Listopad, bo dostałam zamówienie domowe ;) Zaczęłam już i mam 7 cm, ale pokażę następnym razem jak będzie co pokazać, bo na razie nic nie widać.

sobota, 22 października 2011

Chudy i jesienny ogród

Chudy sypia w domu mniej więcej co drugą noc. Znaczy co drugi wieczór daje się złapać wieczorem, a co drugi w ogóle nie podchodzi do nas, a z jedzeniem czeka, aż sobie pójdziemy. Cierpliwie czekamy, aż sam dojrzeje do nocowania w domu.
Kiedy już jest w domu, to siedzi w tym pokoju co my, ładuje się na kolana, baranek, mruczanki, dreptanie i całe przedstawienie pod tytułem "Jestem pieszczochem".
Wygląda wtedy tak jak na fotce (sorry za jakość - zdjęcie z komórki)

Za to w ogrodzie, gdzie go dziś spotkałam, po nocy spędzonej na dworze, wygląda wcale nie gorzej:
Jak widzicie, nie ma już zrudziałej sierści, jest cały czarny, sierść, mimo że krótka ma solidny podszerstek - wiem, bo sprawdzałam czy mu widać skórę przy głaskaniu pod włos i nie dokopałam się do niej. Oprócz suchej karmy zaczęłam mu rano i wieczorem dawać karmę z puszki lekko podgrzaną, by miał "coś ciepłego" w brzuchu.

Poza tym w ogródku mam jesień na całego. Jako, że przez kolano nie wychodziłam do niego prawie wcale, to jesienne kolory zaskoczyły mnie i oczarowały bardziej niż zwykle, kiedy śledzę ich powstawanie. Trawa urosła i położyła się trochę, przez co ogród wydaje się być zarośniętym i "kosmatym".





piątek, 21 października 2011

kardigan Leśne Paski skończony


Skończyłam, uprałam, wysuszyłam, pochowałam nitki i jest gotowy. Wesoły kardigan z włóczki Noro Kureyon Sock. 
Robiłam go z dwóch kłębków jednocześnie, zmieniając je co drugi rząd, bo zależało mi na wąskich paseczkach i nie powtarzaniu się ich układu na długości swetra. Dziergany na drutach 3,5mm, ściągacze na 3.0mm, bezszwowy, robiony od góry. Zużyłam 260 gram włóczki, rozmiar M.

poniedziałek, 17 października 2011

Dusty Pink - z motków ku chuście

Dojrzałam do zamienienia fetyszowych motków pimposhkowej wełny na Coś.
Będzie to chusta, raczej nie za duża, bo nie będzie ażurowa. Chcę ją zrobić na gładko, a jedynymi ozdobami będą zmiana koloru i rozsypane po chuście bąbelki. W rezultacie ma być miękka i przytulna, w sam raz do owijania szyi w zimne dni.
Na razie tylko zajawka.

niedziela, 16 października 2011

wolność za cenę zmarznięcia

Chudy to dziwny kot.
Jak jest w domu, to jest bardzo spokojny, nie chowa się po kątach, nie rozgląda z dzikim, wytrzeszczonym okiem, nie miauczy rozpaczliwie. Mało, że pozwala się głaskać to do tego przychodzi i sam ładuje się na kolana z głośnym mruczeniem.
Jak tylko wyjdzie na dwór staje się dziki i nieufny. Nie da do siebie podejść, do miski podchodzi jak sypiący jedzenie się od niej odsunie.
Mimo dwóch nocy spędzonych w cieple i bezproblemowym wypuszczeniu z domu rankiem, kiedy tylko chciał, ostatniej nocy nie dał się namówić na przyjście do domu. Ani nie dał się złapać, ani nie przyszedł sam. Ostatnie namawianie mąż uskuteczniał o dwunastej w nocy i też na darmo - w rezultacie nasypał mu tylko jedzenia do miski, która stoi tuż przy jego posłaniu.
Chudy spędził noc pod swoim fotelem ogrodowym, gdzie ma zrobione prowizoryczne schronienie. Tyle, że wieczorem zaniosłam mu tam dodatkowo złożoną grubo stara narzutę na łóżko, by nie spał bezpośrednio na ziemi, a właściwie korze.
W nocy było zero stopni, a rano Chudy spał sobie na tej narzucie pod fotelem i miał nawet niedojedzoną karmę. Ehhh... dziwny kot.
No i co będzie zimą?

sobota, 15 października 2011

mitenki "Wierzba Iwa"

Z potrzeby zrobienia czegoś małego wydłubałam następne mitenki, które nazwałam "Wierzba Iwa". Jakoś tak mi się kojarzyły z wierzbą nad wodą.

Zdjęcie nie jest idealne, ale trudno zrobić zdjęcie własnej ręki. niemniej mitenki prezentują się zdecydowanie lepiej na dłoni niż leżąc na płask.
Włóczka Regia "Design Line", druty pończosznicze 3.0mm. Wykorzystałam około 65 gram włóczki.

Teraz wracam do kardiganu, który dostał imię "Leśne Paski" - jestem już na finiszu, pozostało mi zrobić ściągacze w rękawach, więc już niedługo zaprezentuję to pasiaste cudeńko.

Aha, mam pomysł co zrobię z tych pięknych, fetyszowych motków od Pimposhki, ale na razie cicho sza! Najpierw muszę skończyć kardigan.

czwartek, 13 października 2011

Chudego pierwsza noc w domu

Temperatura w nocy spada teraz do 4-3 stopni, więc postanowiliśmy zabrać Chudego z ogrodu do domu przynajmniej na noc. bo widzicie, ten kot wcale nie pcha się do domu, wydaje się być całkowicie zadowolony z prowizorycznego zadaszenia od deszczu, jakie mu zrobiłam w kąciku przy drewnie w ogrodzie.
Jako, ze od dwóch miesięcy dostaje jeść właściwie sześć razy dziennie, przytył na tyle, że nie czuje się już kości przy głaskaniu i zmieniając sierść na zimę pozbywa się z powodzeniem czekoladowego koloru. Już jest prawie cały czarny.
Bardzo to wszystko nas cieszy, ale noce są coraz zimniejsze, a wizja, ze znów się zaziębi i doprowadzi do stanu w jakim przybył do nas wiosną, spędzała mi sen z powiek.
Więc została zakupiona dodatkowa kuweta i kot został przyniesiony do domu. Najpierw na kilka godzin, od rana, by zobaczył co i jak. Ku mojemu zdumieniu Chudy nie miota się w panice, nie chowa się po kątach tylko zachowuje się bardzo spokojnie. Był zdenerwowany, mlaskał intensywnie i mruczał nerwowo, poleciało trochę sierści przy głaskaniu, ale ogólnie to był bardzo spokojny. Po tej kilkugodzinnej porannej próbie wypuściliśmy go na dwór by przemyślał sobie wszystko i dopiero późnym wieczorem znów zgarnęliśmy z ogrodu.
Znów trochę nerwów, ale tylko trochę. Zdecydował się trzymać się na dole, pod schodami, więc dostał tam koszyk z kocykiem, jedzenie, wodę i, w dalszym kącie, kuwetę. Spędził wieczór na schodach, to na dole, to na samej górze przyglądając się nam. Kocica obsyczała go dla porządku, ale nie goniła, a i on nie przejął się zbytnio jej syczeniem. Haker powarczał chwilę a potem poszedł na górę pilnować swojego miejsca w łóżku.
Chudy jadł mało, ale nie rozpaczał ani nie szukał wyjścia.
Noc upłynęła spokojnie - Bibi w naszej sypialni w swoim koszyczku, Haker na mnie (dosłownie), tym razem prawie na głowie, a Chudy gdzieś na dole, prawdopodobnie na schodach. Chyba nie wszedł do koszyka, ale i na dworzu ma zwyczaj sypiać na zupełnie twardych nawierzchniach.
Rano powitał mnie lekkim miałknięciem, zjadł odrobinę i przyszedł się pogłaskać. Jako, że nie skorzystał z kuwety doszłam do wniosku, że trzeba go wypuścić na dwór - w końcu noc spędził w ciepłym miejscu i spokojnie poradzi sobie z porannym chłodem.
nie mogę powiedzieć, by się nie ucieszył, kiedy zaczęłam otwierać drzwi. Wyszedł, zaczerpnął świeżego powietrza i ruszył w stronę furtki. Zawrócił natychmiast, jak usłyszał, ze sypię jedzenie do miski przy drzwiach - wrócił na śniadanie i zaczął szybko jeść. Widać jednak stres związany z nowym miejscem nie dawał mu spokojnie się najeść w domu, ale tuż za drzwiami to całkiem co innego.
Myślę, że jakoś się przyzwyczai chociażby do sypiania w domu.


Jak już zrobiło się jasno i wyjrzałam do ogrodu, to liście krzaków były całe w szronie - oj, zmarzłoby futro pod tym swoim fotelem, zmarzło...

środa, 12 października 2011

rocznicowe CANDY w Zagrodzie

Myszoptica z okazji rocznicowych urządza na swoim blogu Zagroda dla wełnistych CANDY, znaczy rozdawajkę. Można wylosować przepiękne wełenki, o takie:


Zapraszam serdecznie w jej imieniu :)

wtorek, 11 października 2011

cudowna blf z Wysp

Wczoraj wieczorem Rodzina zlitowała się nad Kanapową Wiewiórką i przyniosła z poczty dwie przesyłki, na które wiewiórka niecierpliwie oczekiwała.
Później, Rodzina zajęła się własnymi sprawami zostawiając Wiewiórkę sam na sam z jej skarbami. W przesyłkach z Wysp były... wełenki.
Cudowna, mięciutka bfl, cudo od ciemnogłowych owiec, którą dwie niesamowicie zdolne dziewczyny - Pimposhka z blogu Pimposhkowe dzierganie i Mirabelka z blogu Druty nad oceanem - ręcznie ufarbowały według zachcianek Wiewiórki.


W pierwszej, większej, paczce były cztery motki bfl 4ply, każdy po 100gram, w cudnym jeansowym kolorze - dzieło Mirabelki. Wszystkie cztery są identyczne i ich jeansowy melanż jest równomierny. nie wiem jakim cudem można otrzymać  kolor z tak drobnymi przejaśnieniami i przyciemnianiami, ale wełna wygląda jak klasyczne jeansy. Jest świetna.
Każdy motek ma osobną banderolkę ozdobioną kryształkowym motylkiem, która na odwrocie posiada wypisane dane techniczne wełny, sposób prania i inne, podstawowe zalecenia. Całość była zapakowana w pasująca kolorem bibułę. Aż żal było rozpakowywać to wszystko.

Druga przesyłka, pękata koperta bąbekowa, zawierała równie wielkie cudo - cieniutką wełnę bfl 2ply, przewiniętą na cztery motki po 25gram ufarbowane w gamie kolorystycznej. Pimposhka - autorka tych fetyszowych motków - spełniła moje marzenie o wełnie w kolorze pudrowego różu, angielskiego "dusty pink".
Moteczki są niesamowite, idealnie pasują do siebie, są puchate i... ach, jakże trudno będzie sprofanować je przewinięciem w kłębek, nie mówiąc już i dzierganiu jakiejś próbki! Chciałoby się jednocześnie mieć te moteczki i mieć przyjemność z tworzenia z nich jakiegoś zwiewnego cuda. Trudny dylemat.
Jak widzicie do moteczków dołączona jest banderolka z owieczkami (cudny stempelek, Pimposhko:) ), z danymi wełny. Całość również zgrana kolorystycznie i zawinięta w bladoróżową bibułę.
Ach, jak ja lubię takie dopracowane do ostatniego szczegółu rzeczy, natychmiast uzyskują swój własny klimat i osobowość.

Tak więc jak widzicie, zostałam uszczęśliwiona Pimposhkową i Mirabelkową wełenką.

poniedziałek, 10 października 2011

Jesień przyszła

No i przyszło zimno. Dziś w domu mieliśmy 19.0 stopni, więc doszłam do wniosku, że czas napalić w kominku.
Posprzątałam letnią dekorację z kawała palmowego liścia i wielkich szyszek nazwożonych różnych cieplejszych (niż Polska) krajów i rozpaliłam pierwszy w tym sezonie ogień.
Od razu zrobiło się przytulniej i jakoś weselej, choć za oknem szaro i wietrznie. Jak na zawołanie pojawiła się Bibeńka - wielka miłośniczka kominkowego ciepła - i objęła je w posiadanie rozkładając się na dywaniku przed kominkiem.

Patrzyłam na ogień i kota, i dotarło do mnie, że znów zaczął się schyłek roku i przyszła jesień.

sobota, 8 października 2011

Głos z Kanapy - Jesienne Śliwki i szalik Kamieńczyk

Dziś mijaja cztery tygodnie jak spadłam sobie z konia. Taka mała rocznica, nie? ;)
W każdym razie to zawsze jakaś okazja by świętować, więc w ramach owego świętowania pokażę Wam następne dwie robótki :D

Skończyłam szalik Kamieńczyk dla taty - gotowy, uprany czeka na Gwiazdkę. Wełna Worsted, 100% merino, kolor Stonechat, druty 5, wzór półpatent. Szalik ma wymiary 104cm na 24cm, jest miękki, mięsisty i bardzo ciepły.





W międzyczasie zrobiłam następne krótkie mitenki, tym razem dla przyjaciółki. Dostały imię Jesienne Śliwki i powstały z wełenki 100% merino superwash firmy malabrigo.
Są długie na 18 cm.




Poza tym cały czas dłubię kardigan z Noro, którego zmieniające się nieustannie kolory są dla mnie źródłem wielkiej radości.
Będzie to najweselszy sweter jaki kiedykolwiek miałam.

środa, 5 października 2011

Głos z Kanapy - robótki, robótki, robótki...


Siedzenie na kanapie ma swoje dobre strony zwłaszcza, jeśli chodzi o robótki. Ręce mam w porządku, więc dłubię na drutach na całego.
Pamiętacie jak wspominałam o projekcie Morski Brzeg? Jako, że został skończony i dotarł już do swojej właścicielki, to mogę ujawnić jego szczegóły. Są to długie zarękawki, aż za łokcie dla osoby, która lubi mieć ciepło w stawy ;)
Zdjęcia zarękawków na rękach nie posiadam, więc mogę pokazać je tylko na płask. Nie prezentują się tak fajnie jak na rękach, ale za to dobrze widać wzór i przejście kolorów. Moim zamysłem było, by układ pasków obrazował styk wody i lądu: ziemia obmywana przez fale, małe kałuże i smugi wody na brzegu, trochę wodorostów, patyczków, kamyczków i drewienka podskakujące na falach. Nie wiem jak Wy, ale ja tam wszystko widzę w tych mitenkach ;)


Następny był szal Niebo i Chmury - pasiasty z kieszeniami. Wyszedł bardzo fajnie i bardzo mi się spodobał.


Po tym wielkim szalu (195cmx57cm) miałam ochotę zrobić coś małego. Wzięłam podwójna nitkę merino, z którego wydłubałam kardigan Santa Ana i zrobiłam z niego dwie pary krótkich mitenek, jak mówią Anglicy "wristwarmers". Dostały imiona "Puff" i "Puff Puff".
Obie pary są ozdobione potrójnym warkoczem, ale poza tym wspólnym elementem różnią się od siebie i mają różne rozwiązania "dziury" na kciuk.
Jedne dostała moja kuzynka, a drugie są dla mnie.

mitenki Puff
mitenki Puff Puff
mitenki Puff Puff
 To tyle jeśli chodzi o rzeczy skończone.

Z nowych to robię szalik dla taty na Gwiazdkę - wzięłam merino 100% worsted w kolorze Stonechat, identyczne jak na mój sweter Kamieńczyk. Szalik robię wzorem półpatentowym, będzie mięsisty i bardzo ciepły.


Za to dla siebie zaczęłam dłubać kardigan z Noro, z tego samego, z którego zrobiłam wdzianko Leśne Licho, ale robię inną technika i mam nadzieje, ze efekt będzie również zupełnie inny. Na razie mam maleńko, znaczy nabrałam oczka i przerobiłam rząd :D


Aha, chciałam się też pochwalić, że lecą do mnie cudowne wełenki blf, ręcznie farbowane przez super zdolne dziewczyny Pimposhkę i Mirabelkę, a jak tylko do mnie dolecą to nie omieszkam pochwalić się nimi bardziej zdjęciowo.

wtorek, 4 października 2011

Głos z Kanapy - c.d.

Pan doktor zdjął mi szwy i oznajmił, że kolano wygląda pięknie jak na dziesięć dni po operacji. On jest bardzo zadowolony i ma nadzieje, że ja też. Kazał chodzić ile się da, zapisać się na rehabilitację i pokazać się za trzy tygodnie.
Tyle lekarz - od mojej strony wygląda to trochę inaczej. Chodzę po domu, ale kolano boli tak, że przeprosiłam się z przeciwbólowymi, których w ramach zgrywania twardziela nie jadłam do tej pory.
Zadzwoniłam zapisać się na rehabilitację i pani doktor-rehabilitant powiedziała, że zaczniemy dopiero w następny poniedziałek, bo 10 dni po zabiegu to za wcześnie.  Mam nie kozaczyć i nie forsować nogi, wróciłam więc na kanapę i to by było na tyle.