czwartek, 24 listopada 2011

w roli głównej: Chudy vel Houdini

Chudy vel Houdini
Pamiętacie może, jak pisałam ponad dwa tygodnie temu, że Chudy dostał kartonowy domek w ogrodzie i zaczął w nim sypiać.
Kiedy po kilku dniach temperatura spadła zdecydowanie zrobiliśmy mu nowy dom, ze styropianu, zabezpieczony grubo folią wodoszczalną. Jako, że był większy od kartonowego musiałam przełożyć część drewna by zmieścił się na starym miejscu. Uszarpałam się z tym, przywiozłam w taczce kostkę brukową co została z naprawy podjazdu, ułożyłam "fundament", ustabilizowałam budę by się nie ruszała przy wchodzeniu, wyścieliłam nowe lokum zaakceptowanymi wyściółkami z kartonowego domku, żeby mu tak samo pachniało. Jeszcze miska z karmą i druga z wodą, by nie musiał chodzić do oczka sąsiadów. Gotowe.
Jak można się spodziewać Chudy zachował się wprost odwrotnie proporcjonalnie do ilości moich wysiłków - olał nowy dom kompletnie i ostentacyjnie przeniósł się pod betonowe schody. Kitował tam trzy noce, aż pękłam i oddałam mu karton.
Chudy łaskawie przeniósł się spod schodów do kratonu.
Było zimno. Nocą cała trawa pokrywała się szronem, a w dzień wiał zimny wiatr. W zeszły poniedziałek Chudy przyszedł na jedzenie pod drzwi domu cały napuszony, ale i tak trząsł się. Zjadł podwójną porcję chrupek pozwalając się głaskać mężowi, który w końcu podniósł go i zabrał do domu. Ufff...
Kot spędził w domu dwie pełne doby, udowadniając przy okazji, że wie do czego służy kuweta, a potem zarządał wypuszczenia. Poszedł. Wieczorem znów cały zmarznięty pozwolił się podnieść i wnieść do domu. Tym razem była tylko jedna noc i ewakuacja przed świtem, jak tylko wstaliśmy, za to wieczorem wszedł do domu sam, jak mąż zostawił otworzone drzwi.
Co tu dużo mówić, ucieszyliśmy się, bo oznaczało to, że umie wejść do domu, ze się nie boi.
Radocha nie była długa, bo jak następnego ranka Chudy wyszedł to skończył nocowanie w domu. Fakt, że temperatura się podniosła, było nawet i 8 stopni, ale...
Z jednej strony wyrzekałam "Głupi kot", a z drugiej wiedziałam, ze wie jak wejść do domu i jak mu będzie źle, to przyjdzie. I faktycznie, w ostatni poniedziałek, kiedy na dworze było mglisto i mżawkowo od kilku dni, Chudy wpakował się do domu w środku dnia, korzystając z otworzonych zapraszająco drzwi. Tym razem spędził trzy kolejne doby w domu, prawie nie ruszając się z kanapy. Wstaje tylko do jedzenia, raz przeszedł się po pokoju i kuchni, no i chodzi do kuwety, ale to wszystko. Śpi całe dnie, a jak się przecknie to ładuje się na kolana człowieka, który akurat jest na kanapie. I nie przeszkadza mu w tym ani laptop na kolanach, ani żadna robótka - pcha się tak zdecydowanie i z tak głośnym mruczeniem, że wszystko inne zostaje odłożone i człowiek zajmuje się kotem.
Dziś po południu stwierdził, ze warto by zobaczyć co się dzieje na dworze - wypuściłam. Wrócił po kilku godzinach korzystając z drzwi otworzonych przez wracającego do domu Młodego. Teraz śpi.

Wychodzi na to, ze zaakceptował przebywanie w domu, kiedy na dworzu jest zimno. Nareszcie :)

Żeby nie było tak różowo, to okazało się, że Chudy stracił wszystkie zęby. Udało się to podejrzeć jak ziewał. Wciąż nie otwiera pyszczka do końca, ziewa "wąsko", ale żadnych zębów nie widać. Jak śpi to z pyszczka sączy mu się ni to krew ni inna wydzielina, nie dużo, troszkę tylko, ale podejrzewam, że nie ma wszystkiego pogojonego w mordce.
Jakby to był domowy kot, to zabrałabym go do weta, ale Chudy to wciąż napięta struna - szybszy ruch,  i głośniejszy odgłos, machnięcie kocem czy szalem i kot wystrzela z miejsca jak z procy. Wraca, ale z takim ostrożnym okiem, a potem jest czujny i spięty przez następne kilka godzin. Obawiam się, że jak go właduję do przewozówki to dostanie ze strachu zawału. Haker i Kocica to boją się weta tak "po wierzchu", raczej dla zasady niż z faktycznego strachu - Chudy boi się całym sobą, jak dzikus.
Myślę, że jak wrócę z weekendu (wyjeżdżam jutro), to podejdę do weta i może da mi jakiś antybiotyk zaocznie.
Tak w ogóle to  zastanawiam się nad przyczyną. Fakt, ze problemy z pyszczkiem miał od samego początku jak tylko się pojawił w kwietniu w ogrodzie. Ale wet przy okazji leczenia go ze świerzba zaglądał mu tam i twierdził, że zęby ma w porządku. Może dopiero się zaczynało wtedy? Jakieś powikłania po kocim katarze? A może to wynik awitaminozy, może za późno zaczął jeść regularnie i porządnie? A może jest na coś chory? Z pewnością życie go nie rozpieszczało, a teraz jak jest bezzębnym kotem to bez ludzi raczej nie ma szans na przeżycie, przecież nie upoluje niczego. Dobrze, że zdecydował się zamieszkać z nami.

Oczywiście Bibi i Haker nie pochwalają naszych samarytańskich zapędów - Bibi syczy na Houdiniego jak tylko ma okazję, a Haker większość dnia mieli pod wąsem przekleństwa. Oba sypiają z nami w sypialni demonstracyjnie wchodząc wieczorem na schodach - Chudy sypia w dużym pokoju. Cieszę się jednak, że wszystko odbywa się na poziomie demonstracji i nie dochodzi do żadnych rękoczynów. Byłoby raczej cudem, jakby powitały go jak zaginionego brata, więc i tak nie jest źle. Myślę, że z czasem i ustabilizuje się wszystko.

No to tyle o Chudym. Dziergadła się dziergają, skończyłam kilka rzeczy, ale pokażę je następnym razem, jak porobię im wreszcie zdjęcia.

piątek, 18 listopada 2011

Siedem dni upierdliwca

/obrazek znaleziony gdzieś w sieci, nie pamiętam gdzie./

Właśnie tak wyglądam ostatnio, albo raczej nie wyglądam, bo mnie prawie  nie widać zza stosu chusteczek. Katar mnie dopadł i, leczony czy nie, ma zamiar utrzymać się na mnie swoje siedem dni.
Ehh... upierdliwiec jeden...

niedziela, 13 listopada 2011

Ciasta z dynią hokkaido

Zafascynowana relacjami Bei z dyniowych farm opisanych we wpisie Festiwal Dyni 2011 bezskutecznie poszukiwałam którejkolwiek z opisanych przez nią dyń. Niestety, kiedy pytałam sprzedawców o nazwę odmiany sprzedawanej dyni słyszałam "No, dynia." lub "Najlepsza!". Sytuacja powtarzała się, aż któregoś pięknego dnia trafiłam na dynię odmiany Hokkaido i oczywiście natychmiast ją kupiłam.
Dynia nie była duża, wielkości główki kapusty, i po pokazowym odleżeniu się na parapecie okiennym w charakterze ozdoby została przeznaczona na produkcję ciast.

Zrobiłam dwa różne, jedno z surową dynią, a drugie z pieczoną. Oba pyszne, co niewątpliwie jest zaletą dyni hokkaido.
Pierwsze jesienne, wilgotne, aromatyczne, rozgrzewające przyprawami ze zdecydowanie wyczuwalną nuta dyni. Drugie lekkie, troszkę piaskowe i delikatne w smaku, o ślicznej żółtej barwie, idealne do kawy lub herbaty.
Przedstawiam oba:


Dyniowa wiewiórka

składniki:

4 jajka
175 g cukru trzcinowego
175 ml oleju słonecznikowego
200 g mąki pszennej
100 g orzechów laskowych posiekanych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
200 g dyni, obranej i startej na tarce "duże wiórki"
1 cukier waniliowy
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki kardamonu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki imbiru

wykonanie:
Piekarnik nagrzać do temperatury 180 st C.
Formę "keksówkę" nasmarować masłem i wysypać mąką.
Jajka utrzeć z cukrem, następnie dodać olej - wymieszać dokładnie.
Mąkę, sól, proszek, sodę i przyprawy przesiać przez sitko, a następnie połączyć z jajkami - wymieszać. Dodać posiekane orzechy, a na końcu tartą dynię i dokładnie połączyć składniki.
Przelać do formy i piec 35minut do 40 minut, do "suchego patyczka".
Smacznego!

~~~~~~~~

Do drugiego ciasta trzeba najpierw upiec dynię. Po usunięciu nasion, pokrojoną na kawałki ułożyłam w żaroodpornym naczyniu i wstawiłam do gorącego piekarnika na 30 minut. Po ostudzeniu zmiksowałam blenderem na puree.

Ciasto ucierane z pieczoną dynią

składniki:
200 g miękkiego masła
4 jajka
150g cukru
1 cukier waniliowy
200 g puree z pieczonej dyni
150 g maki pszennej
100 g maki ziemniaczanej
1 łyżeczka proszku do pieczenia

wykonanie:
Nagrzać piekarnik do temp. 150 stopni.
Formę "keksówkę" wysmarować masłem i oprószyć mąką.
Utrzeć masło z cukrem i cukrem waniliowym na pulchna masę. Następnie dodawać po jednym jajku za każdym razem dokładnie ucierając masę.
Dodać puree z dyni i wymieszać. Obie mąki i proszek do pieczenia przesiać przez sitko i całość dokładnie wymieszać.
Ciasto wlać do formy i piec około 45 minut na złoty kolor, do "suchego patyczka".
Smacznego :)

środa, 9 listopada 2011

szalik Wielokropek skończony

Kolejny prezent gwiazdkowy skończony - szalik Wielokropek, a raczej Wiele Kropek ;)
Tym razem jest dwustronny, w dwóch kolorach, ozdobiony kropkami z pojedynczych oczek przetykanych na zasadzie żakardu.
Powstał z włóczki Regia Silk (55% Merino, 25% Nylon, 20% Jedwab)- miękkiej i przyjemnej dla skóry - na drutach 3.0mm, z dwóch kolorów: szarostalowego i stonowanego granatowego. Zużyłam 80 gram, szalik ma długość 90 cm a szerokość 15cm.

edycja - jak to jest zrobione?

Jako, że kilka osób spytało się mnie o sposób jakim zrobiony jest ten szalik, postanowiłam dodać tu krótki opis. Nie jest on profesjonalny, ale mam nadzieję, że będzie pomocny.
Szalik robiłam go na bazie ściągacza, który w domu określany był jako “ściągacz z dziurą w środku”.
Robi się go tak:
Pracujemy z dwoma kłębkami na raz.
Nabieramy oczka kolorem nr1 i pierwszy rząd przerabiamy pojedynczym ściągaczem. W następnym rzędzie dołączamy kolor nr 2 i przerabiamy oczka naprzemiennie: prawe kolorem nr1, a lewe kolorem nr2. Nitki prowadzimy “w środku” robótki, znaczy jak robimy prawe oczko to z tyłu, a jak lewe to z przodu.
Kolejne rzędy przerabiamy oczka tak, jak schodzą z druta i według koloru, którym były robione. Po kilku rzędach pojawia się wolna przestrzeń pomiędzy warstwami robótki, owa "dziura".
Jako, że przy dużych powierzchniach robótka może się zbytnio rozwarstwiać, wprowadziłam kropeczki, które uzyskuje się zamieniając kolor pojedynczych oczek. Można oczywiście wrabiać bardziej skomplikowane wzorki, na przykład takie, jak w norweskich swetrach.
Przy nabieraniu oczek należy koniecznie pamiętać, że robótka jest dwa razy węższa niż próbka zrobiona wzorem pończoszniczym, bo oczka dzielą się pomiędzy dwie warstwy.
Jeśli nie będziemy używać dwóch różnych kolorów, ale jednego, to można w ten sposób zrobić również mocne, nierozciągające się ściągacze do swetra lub czapki - ciepłe, bo dwuwarstwowe.

O ile udało mi się zorientować, to ten sposób robienia na drutach ma angielską nazwę "double knitting" i pod nią można znaleźć w sieci sporo filmików lub przepisów ilustrowanych zdjęciami.

Życzę powodzenia w tworzeniu dwustronnych cudów :)

wtorek, 8 listopada 2011

złamany drut, baktus, Chudy i jesień

Wczoraj wieczorem złamałam drut przy dzierganiu Października. Pech. Oczka połapałam, drut zaślepiłam zatyczkami, ale na razie sweter poszedł w odstawkę, bo nie mam drugich takich drutów. Będę dziś zamawiać i zastanawiam się, czy nie zdecydować się na metalowe, skoro akrylowy pękł mi w ręku.
Tak więc sweter leży odłogiem, ale baktusa skończyłam już kilka dni temu - na tyle dawno, że w międzyczasie wydłubałam następny szalik, który od wczoraj schnie i się blokuje - więc mogę Wam pokazać zdjęcia.
Wyszedł kolorowy i wesoły. Włóczka po upraniu zmiękła i zrobiła się przyjemna w dotyku. Myślę, ze będzie się dobrze nosił.
Robiłam na drutach 3.0mm, zużyłam 80 gram, a baktus ma wymiary 128cmx32cm - jest akurat.

W ogrodzie jesień.
Chudy od ostatniego pobytu w  domu, ponad dwa tygodnie temu, nie przekracza naszego progu. Ba! nie pozwala do siebie podejść bliżej, niż na pół metra. Mąż ma czasem farta i uda mu się go pogłaskać przy jedzeniu, ale ja mam całkiem przechlapane (pewnie za  to łapanie do domu) - mogę zbliżyć rękę na max 30 cm i na tym koniec. Potem kot się odsuwa.
W związku z takim zdecydowanym umiłowaniem wolności i świeżego powietrza przez Chudego - wiadomo, że jeśli chodzi o upór to z kotem nie  wygrasz - zrobiłam mu jakiś czas temu prowizoryczny "domek" z pudła, by miał gdzie się chować w wietrzne i chłodne noce, i ustawiłam pod jego ulubionym starym krzesłem ogrodowym.
Nie jest porywający i tylko taki "na razie", póki nie zrobimy mu czegoś cieplejszego na zimę, ale chroni. Chudy raczył zaakceptować schronienie, sypia  w nim i czasem w mokre dni też można go w nim zastać.

A w ogrodzie jesień na całego. Liście spadają z drzew, ale wciąż kwitną ostatnie dzielne  kwiaty. Ku mojemu zdziwieniu oprócz jesiennych marcinków kwitnie tez kosmos, maczki kalifornijskie, a z balkonu, łapiąc się żółknących liści glicynii, zwiesza się powojnik. Jest pięknie...
marcinki, astry nowoangielskie
kosmos
maczki kalifornijskie
powojnik
owoce kaliny