Dziś padało cały dzień, ale wczoraj...
... wczoraj była piękna pogoda. Późnoletnia, leniwa, pachnąca słońcem i
dojrzałymi jabłkami.
Przynajmniej u mnie tak było, bo wczoraj zbierałam jabłka.
Moje jabłonki postanowiły w tym roku też mieć jabłka, mimo że obie są starej daty i owocują co drugi rok. W zeszłym uginały się od owoców - w tym też sobie nie odpuściły.
W rezultacie Grafsztynek już jest dobry do jedzenia, a Antonówka czeka na pierwsze przymrozki, by zeszklić miąsz i wykrystalizować dodatkowy cukier.
Więc zbierałam te jabłka przystawiając drabinę to z tej to z drugiej strony, wspinałam się na palce zastanawiając się, jaką krzywdę zrobiłabym sobie zwalając się razem z nią na skalniak (he he he - nie ma to jak galopująca wyobraźnia). Liście łaskotały mnie w szyję, kosmyki włosów wchodziły w oczy, drabina chybotała się, jabłka pachniały. Zrywałam po kilka do starej donicy i złaziłam na dół by poukładać je w skrzynce.
Owocne dwie godziny (ach, ta gra słów ;) )
Teraz w jedna skrzynka po winogronach stoi w kuchni (to spady, do natychmiastowego przerobienia), a druga moknie na ogrodowym stole. Kto miał dostać jabłka to dostał - reszta dla mnie.
Skończyły mi się nakrętki na słoiki.
... wczoraj była piękna pogoda. Późnoletnia, leniwa, pachnąca słońcem i

Przynajmniej u mnie tak było, bo wczoraj zbierałam jabłka.
Moje jabłonki postanowiły w tym roku też mieć jabłka, mimo że obie są starej daty i owocują co drugi rok. W zeszłym uginały się od owoców - w tym też sobie nie odpuściły.
W rezultacie Grafsztynek już jest dobry do jedzenia, a Antonówka czeka na pierwsze przymrozki, by zeszklić miąsz i wykrystalizować dodatkowy cukier.
Więc zbierałam te jabłka przystawiając drabinę to z tej to z drugiej strony, wspinałam się na palce zastanawiając się, jaką krzywdę zrobiłabym sobie zwalając się razem z nią na skalniak (he he he - nie ma to jak galopująca wyobraźnia). Liście łaskotały mnie w szyję, kosmyki włosów wchodziły w oczy, drabina chybotała się, jabłka pachniały. Zrywałam po kilka do starej donicy i złaziłam na dół by poukładać je w skrzynce.
Owocne dwie godziny (ach, ta gra słów ;) )
Teraz w jedna skrzynka po winogronach stoi w kuchni (to spady, do natychmiastowego przerobienia), a druga moknie na ogrodowym stole. Kto miał dostać jabłka to dostał - reszta dla mnie.
Skończyły mi się nakrętki na słoiki.
Wiewiorko, jaki subtelny i plastyczny opis! Przeczytalam z wielka przyjemnoscia. I pewnie wkrotce przeczytam tez... o szarlotce Wiewiorki? :) Serdecznie pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńNas uszczęśliwiono masa śliwek. Nie, nie naszych, bo nie mamy ogrodu, od brata. Moze kiedys pomyslę nad nalewką z śliwek.
OdpowiedzUsuńO tak, i opis i zdjecie, jak zwykle ujmujace...
OdpowiedzUsuńOwocne dwie godziny tez mi sie bardzo spodobaly :)
Pozdrawiam!