niedziela, 11 listopada 2018

człowiek jak królik - też może mieć czerwone oczko

Nie ma to jak człowiek obudzi się rano zadowolony z życia jak norka i zobaczy w lustrze czerwono-białe oko. Własne. Po dokładnym przyjrzeniu się nie dało się wmówić, że jest zaczerwienione od spania.
Przepłukałam solą fizjologiczną i poszłam robić śniadanie w nadziei, że czerwone wchłonie się lub zniknie w jakiś czarodziejski sposób.
Guzik, nie zniknęło! Po śniadaniu było tak samo. Westchnęłam i zajrzałam do netu, no i się dowiedziałam, że takie cudo powinien obejrzeć lekarz. nie zwykły tylko lekarz okulista! Ha!
Oczywiście, nie mogło wredne oko zczerwienić się w tygodniu, nie! Ono musiało w świąteczną niedzielę, przed nieczynnym poniedziałkiem,  bo tak jest zdecydowanie weselej. Mam super rozrywkowe oko, nie ma co.
No to ubrałam się i pojechałam na miasto szukać lekarza okulisty. Najpierw do NOCHu (cudny skrót!) i tam się dowiedziałam, że mam do wyboru albo czekanie na izbie przyjęć szpitala aż dyżurny lekarz z ocznego mnie obejrzy, albo wizytę w Poradni Okulistycznej w drugiej dzielnicy. Wybrałam drugą dzielnicę i kiedy, po dłuższym błądzeniu po całkowicie pustym budynku przychodni, trafiłam wreszcie do odpowiedniego gabinetu to uszczęśliwiłam swoją obecnością dwie panie: panią doktór i panią pielęgniarkę, które siedziały na dyżurze już dwie godziny i nudziły się strasznie, bo nikt się jeszcze nie pojawił. Jakieś wyjątkowo zdrowe ludzie mieszkają w mym mieście ;) W każdym razie byłam pierwsza pacjentką i trzecią uszczęśliwioną kobietą, bo nastawiałam się na godziny siedzenia na krzesełku w poczekalni.
Wśród miłej rozmowy zostałam fachowo przebadana, a oko obejrzane profesjonalnie i dodatkowo przedmuchane aparaturą do badania ciśnienia oka. Diagnoza: wylew podspojówkowy i (jakby mało było krwiaka na oku) zapalenie spojówek. Czerwone się wchłonie za 10 dni, a w międzyczasie będę straszyć ludzi na ulicach i w sklepach. Mogłabym założyć ciemne okulary, ale mało co w nich widzę, więc raczej nic z tego.
Wyszłam z receptą na dwa rodzaje kropel i spędziłam następną godzinę kręcąc się po mieście  w ich poszukiwaniu, bo były tylko w jednej z tych całodobowych i to nie była ta, od której zaczęłam poszukiwania.
Uzbrojona w krople wróciłam do domu i nareszcie mogłam napić się kawy. Dochodziła 11.00.

A w lesie było dziś złotawo i mgliście, i mokrawo, i pachniało grzybami i mokrymi liśćmi.


wtorek, 23 października 2018

z kartek szkicownika vol.4

Radocha z rysowania trwa. Tym razem kłania się jesień, a jakże  by inaczej ;)

Dysponując raptem sześcioma kolorami (żółty, pomarańczowy, czerwony, fioletowy, zielony i niebieski) i postanowieniem niekupowania następnych penbrush'ów, musiałam troszkę pokombinować z mieszaniem tych co mam. Uzyskałam świetny brąz z czerwonego i zielonego oraz oliwkowy z pomarańczowego i zielonego. Czerwony z fioletem też dodają sobie nawzajem głębi.
Co do tematu to jak widzicie, wzięło mnie na wianki - cóż zrobić ;)





czwartek, 11 października 2018

a może coś wyhodujemy?



Wiecie, jak się zwykle kończy bywanie na wystawach rzeczy-które-zachwycają? Człowiek chce  mieć tak samo, a przynajmniej podobnie. 
Po wystawie haftu krzyżykowego wyciągam kanwę albo przeszukuję net w poszukiwaniu wzoru godnego zaspokoić moje rozdmuchane zachcianki stworzenia czegoś pięknego.

Po wizycie na wystawie storczyków też mnie wzięło. Na szczęście nie na samo posiadanie/kupienie roślin, ale na coś ambitniejszego – na wyhodowanie, może nie od nasionka, ale od szczepki.  Akurat tak się złożyło, że storczyk koleżanki, z którą byłyśmy w Berlinie, miał cztery keiki i dostałam aż dwa. Do tego szczepkę innego storczyka – dendrobium nobile. Zostałam lojalnie uprzedzona, że na dendrobium „coś wlazło”, ale i tak ją wzięłam. Władowałam w pudełko i pojechałam do zaprzyjaźnionego sklepu ogrodniczego. Tam roślinka została obejrzana i dostałam środek na owo „coś”. Jeden oprysk za nami, za tydzień drugi i powinno być po kłopocie.

Keiki falenopsisa rozdzieliłam i zostawiłam bez wody aby cięcia obeschły.

Dziś wyprażyłam w piekarniku podłoże, żeby żadne „coski” się nie przyplątały, kupiłam przezroczyste doniczki i posadziłam całe towarzystwo. Potem polatałam po domu szukając dla nich odpowiedniego miejsca, bo mają kwarantannę i muszą mieć własne parapety.




Na razie wyglądają niepozornie, ale mam nadzieję, że się przyjmą i zaczną rosnąć. Jakaż to będzie satysfakcja. 

A może za zakwitną i będą takie piękne jak mój biały storczyk, który właśnie kwitnie na całego, co widać na pierwszym i ostatnim zdjęciu.