po pierwsze - zaczynało mi się jak po grudzie, jakoś nie mogłam wejść w atmosferę książki, może dlatego, że tyle czasu upłyneło od poprzedniego tomu? W każdym razie gdzieś za połową było już całkiem fajnie.
Po drugie - zakończenie. Tak się nie robi, panie Jarosławie. Kto to widział ucinać tom książki jak brazylijską telenowelę lub sesję rpg? Nieładnie.
Śledząc postęp wydarzeń w opowieści zaczynam się obawiać, że nie skończy się na jeszcze jednym tomie i wcale mi się to nie podoba. Lubię grube książki, ale lubię też, jak mają jakieś określone z góry ramy. Wolę wiedzieć, czy dana rzecz składa się z dwóch czy z dziesięciu tomów - nie cierpię, kiedy dowiaduję się o istnieniu następnej części, kiedy właśnie kończę poprzednią, a moja wiedza nie pochodzi z informacji odautorskiej, tylko ze zdekapitowanej treści.
Ogólnie rzecz biorąc coraz mniej mnie obchodzi jak skończą się przygody Vuko, a to nie wróży dobrze książce - zamarza ona jak ów tytułowy lodowy ogród.
Cos w tym jest. Podobnie myślę o cyklu Martina. Fajnie kiedy książka jest gruba, ale jeszcze fajniej kiedy ta objętość czemuś służy, a nie jest efektem samopowielającego się wzorca latynoskiej telenoweli. Tym bardziej, że na kolejny tom znowu przyjdzie czekać ze dwa lub trzy lata. Sorry, jeszcze w poprzednim tomie widziałem te ramy. Jasnym dla mnie było, że spotkanie dwóch kluczowych bohaterów będzie początkiem końca opowieści. A tu, ...
OdpowiedzUsuńJednak uważam, że nie powinno się wydawać książek przed ich ukończeniem.
MumakiL