
Od pewnego czasu staram się nauczyć nie spieszyć. Mieć czas na wszystko co ważne i jeszcze trochę dla siebie na nicnierobienie. Po to by, na przykład, usiąść w ogrodzie pod jasnozielonym krzewem jaśminu i popatrzeć na kwitnąca tawułę. Nie zerknąć, a popatrzeć. Długo i dokładnie - jaki właściwie ma kolor, jakimi wdzięcznymi łukami zwieszają się jej gałęzie, jak wcale nie widać liści spod kwiatów.
To bardzo cenne chwile. Nie muszą być długie - liczone zegarem okazują się pięcio-, dziesięciominutowymi interwałami - lecz bardzo skupione na sobie. Pilnuję, by myśli nie galopowały ku obiadom, zakupom, pracy i innym obowiązkom.
Uczę się odpoczywać psychicznie dzięki świadomemu oderwaniu się od codzienności, od drobiazgów. Uczę się zatrzymywać.
Podoba mi się ten wpis. Jest o tym, o czym raz na jakiś czas myślę, lecz i często zapominam. O byciu "tu" i "teraz". Ja staram się połączyć dwie na pozór przeciwstawne rzeczy: chcę żyć efektywnie, w miarę szybko i napełniać życie po brzegi czym się da, a z drugiej strony staram się mieć oczy otwarte i przytomnie postrzegać wszystko to, co mnie w każdej chwili otacza. Moje chwile "tu i teraz" są bardzo krótkie, ale są :-))
OdpowiedzUsuńNie zatrzymuję się. Boję się, że zostanę w miejscu juz na zawsze.
OdpowiedzUsuńAle zazdroszczę, że ktoś potrafi.