Opowiem Wam, jak to było z tym leczeniem.
Dziś właśnie minął drugi tydzień smarowania maścią i tym samym Chudy skończył leczenie uszu. Dziś również mija czterdziesty czwarty dzień pobytu Chudego "u nas".
Maść zdecydowanie pomogła - kot słyszy, uszy sterczą wysoko, obracają się leciutko nieustannie wrażliwe na każdy szum i trzaśnięcie. Są jeszcze tłuste w środku od maści, ale to kwestia kilku dni, kiedy Chudy domyje je do czysta.
Z początku smarowanie nie było problemem - przynosiłam mu śniadanie, a po godzinie szłam z maścią, przytrzymywałam trochę i wkładałam maść do uszu. Jednak gdzieś po dziesięciu dniach, w ostatnią niedzielę, Chudy uznał, że uszy są już zdrowe i nie dał się dotknąć. Wychodziłam do niego trzy razy i za każdym razem wyprowadzał mnie w pole - nie uciekał, siedział, kładł się na trawie, chodził za mną po ogródku (udawałam, że przyszłam coś tam robić, a nie mu smarować uszy), ale wciąż pozostawał o 20 cm od mojej wyciągniętej ręki. Jak mu się nudziła zabawa w ciuciubabkę to szedł do sąsiadów, układał się tuż przy siatce i łypał na mnie okiem. Brakowało tylko by mi pokazał język.
Dorwałam go wreszcie przy obiedzie - złapany nad miską był oburzony i za nic nie chciał słuchać, że pani doktór kazała smarować przez dwa tygodnie. Chciał, nie chciał, po chwili miał uszy pełne maści.
Smarowanie w poniedziałek i dziś też odbyło się przy posiłku, śniadaniu, i co prawda nie podobało mu się to, ale nie na tyle, by zrezygnować z jedzenia.
Sumując, Chudy ma się całkiem dobrze, z weterynaryjnych zaleceń pozostały jeszcze krople na odrobaczenie za dwa tygodnie.
Jest coraz czystszy, przy łbie sierść odzyskuje powoli czarny kolor, reszta pozostaje czekoladowa. Kilka fotek na dowód ;)
Jak widać na ostatnim zdjęciu, boki ma jeszcze trochę zapadnięte, ale to już tylko lekkie wgłębienia, a nie przepastne dziury jak na początku.
Codziennie wieczorem, około ósmej, przynoszę mu kolację, a potem siadam przy stole i czekam. Chudy zjada połowę porcji i po chwili wygląda zza rogu czy jestem. Jak mnie widzi przy stole to podbiega dziarskim krokiem do stołu i wskakuje na niego - czas na wieczorną porcję głaskania. Kocisko mruczy jak stary diesel jeszcze zanim go dotknę. Podtyka łepek, ociera się, wspina na palce przy głaskaniu grzbietu. Łapy drepczą w miejscu, ogon zadarty, wąsy nastroszone. Nadstawia gardło i każe się drapać za uchem.
Po dziesięciu minutach odsuwa się i siada wlepiając we mnie spojrzenie. Drapię go wtedy między uszami na pożegnanie i wstaję. Idziemy razem do miski i Chudy zaczyna kończyć kolację, a ja idę do domu.
Dziś właśnie minął drugi tydzień smarowania maścią i tym samym Chudy skończył leczenie uszu. Dziś również mija czterdziesty czwarty dzień pobytu Chudego "u nas".
Maść zdecydowanie pomogła - kot słyszy, uszy sterczą wysoko, obracają się leciutko nieustannie wrażliwe na każdy szum i trzaśnięcie. Są jeszcze tłuste w środku od maści, ale to kwestia kilku dni, kiedy Chudy domyje je do czysta.
Z początku smarowanie nie było problemem - przynosiłam mu śniadanie, a po godzinie szłam z maścią, przytrzymywałam trochę i wkładałam maść do uszu. Jednak gdzieś po dziesięciu dniach, w ostatnią niedzielę, Chudy uznał, że uszy są już zdrowe i nie dał się dotknąć. Wychodziłam do niego trzy razy i za każdym razem wyprowadzał mnie w pole - nie uciekał, siedział, kładł się na trawie, chodził za mną po ogródku (udawałam, że przyszłam coś tam robić, a nie mu smarować uszy), ale wciąż pozostawał o 20 cm od mojej wyciągniętej ręki. Jak mu się nudziła zabawa w ciuciubabkę to szedł do sąsiadów, układał się tuż przy siatce i łypał na mnie okiem. Brakowało tylko by mi pokazał język.
Dorwałam go wreszcie przy obiedzie - złapany nad miską był oburzony i za nic nie chciał słuchać, że pani doktór kazała smarować przez dwa tygodnie. Chciał, nie chciał, po chwili miał uszy pełne maści.
Smarowanie w poniedziałek i dziś też odbyło się przy posiłku, śniadaniu, i co prawda nie podobało mu się to, ale nie na tyle, by zrezygnować z jedzenia.
Sumując, Chudy ma się całkiem dobrze, z weterynaryjnych zaleceń pozostały jeszcze krople na odrobaczenie za dwa tygodnie.
Jest coraz czystszy, przy łbie sierść odzyskuje powoli czarny kolor, reszta pozostaje czekoladowa. Kilka fotek na dowód ;)
![]() |
Chudy ziewa |
![]() | ||
moment zastanowienia... |
![]() | |
...i odchodzi sprężystym krokiem. |
Codziennie wieczorem, około ósmej, przynoszę mu kolację, a potem siadam przy stole i czekam. Chudy zjada połowę porcji i po chwili wygląda zza rogu czy jestem. Jak mnie widzi przy stole to podbiega dziarskim krokiem do stołu i wskakuje na niego - czas na wieczorną porcję głaskania. Kocisko mruczy jak stary diesel jeszcze zanim go dotknę. Podtyka łepek, ociera się, wspina na palce przy głaskaniu grzbietu. Łapy drepczą w miejscu, ogon zadarty, wąsy nastroszone. Nadstawia gardło i każe się drapać za uchem.
Po dziesięciu minutach odsuwa się i siada wlepiając we mnie spojrzenie. Drapię go wtedy między uszami na pożegnanie i wstaję. Idziemy razem do miski i Chudy zaczyna kończyć kolację, a ja idę do domu.
Dzięki Twoim staraniom zdecydowanie ładniejszy Pan z Chudego :) No i przepiękne piwonie w tle :))))
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
masz kota :D nowego kota masz :D już zostanie , ostateczny wybór należy do Chudego , ale gdzie mu będzie lepiej ? no.... gdzie ? :D
OdpowiedzUsuńTo już tak długo jest Chudy?!!! Szok... :).
OdpowiedzUsuńA ten jego kolor - nie uwierzyłabym, że kot może być brązowy z powodu niedożywienia/braku witamin/choroby, gdyby nie Chudy, jego zdjęcia i Twoje słowa. Niesamowicie się zabarwia...
A na ostatnim zdjęciu ma minkę jakby się uśmiechał :D.
Bardziej adekwatny tytuł brzmiałby: "Jak leczyłam Chudemu uszy" :-))) Ale mam nadzieję, że odpowiednio więcej głaszczesz teraz swoje ciepluchy, żeby się nie stresowały :-)
OdpowiedzUsuńCoraz bardziej jestem przekonana, czytając tę historię leczenia Chudego, iż nie był przypadek, że ten właśnie kot (i w ogóle kot) trafił do Waszego ogrodu. Czy może raczej - był to jeden z tych przypadków, które przypadkami nie są.
OdpowiedzUsuńCo do tego nie ma wątpliwości:)!Jakby na pocieszenie za wcześniejsze kocie problemy. Bardzo się cieszę.I życzę pięknego rozwoju kocio-ludzkiej przyjaźni a nawet miłości!
Calima - dziękuję za komplementy dla Chudego i piwonii :)))
OdpowiedzUsuńpozdrawiam serdecznie :)
Di - wiesz, z kotami nigdy nic nie wiadomo, Chudy może mieć inne plany, ale w każdym razie teraz jest w dobrej formie :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam :)
abigail - pani wet wspominała też, ze któreś z pasożytów wewnętrznych powodują braki pewnych grup aminokwasów, skutkiem czego jest niedobór pigmentu odpowiedzialnego za czarna barwę włosa.
OdpowiedzUsuńW każdym razie kolor można odbudować w dłuższym czasie.
pozdrawiam :)
Miriel - ciepluchy mają tak niezachwianą pozycje, że nawet im do głowy nie przyjdzie martwić się o nią ;)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam :)
Żabko - jestem bardziej sceptyczna w kwestii znaków, przeznaczenia i innych tego typu zjawisk pogodowych ;) - Chudy potrzebował pomocy i ją dostał, i to wszystko.
OdpowiedzUsuńpozdrawiam :)
Ależ cudnie kiciuś wygląda na tle tej zieleniutkiej trawy. A tekst "Brakowało tylko by pokazał język" - :-)))świetny!!!Pozdrawiam!Ewelina
OdpowiedzUsuńNo i jak tam Chudy? Przychodzi jeszcze?
OdpowiedzUsuńA tak na marginesie, czy Ciebie też tak rozstraja to, że tak wieje i wieje? ;-))) No wieje i wieje! Może to przez tą asteroidę, która przeleciała nad nami wczoraj ;-)
Miriel - Chudy nie przychodzi - Chudy mieszka w ogrodzie i prawie nigdzie nie łazi. Zakotwiczył na stałe jak ORP Błyskawica ;)
OdpowiedzUsuńWieje? No, może i wieje, ale ja lubię jak wieje, więc nie zwróciłam uwagi na to :) a o asteroidzie nie słyszałam :D
Miałam dwa dni gości i trochę mi od tego głowę urwało, pewnie dlatego jestem niedoinformowana ;)
pozdrawiam :)
hej...?
OdpowiedzUsuńżyję, żyję ;)
OdpowiedzUsuń