Będąc te sześć dni w Londynie oczywiście jedliśmy to i tamto, tu i tam. Niektóre z tych rzeczy są warte opisania i pokazania, inne niekoniecznie.
Rankiem po pierwszej nocy w hotelu - nie, nie pamiętam co mi się śniło, pamiętam za to sen w noc przed wylotem: tornado i kompletna demolka lotniska, niezłe, nie? - więc w pierwszy ranek wymaszerowaliśmy z hotelu uzbrojeni na całodzienną wędrówkę po mieście i zwiedzając zakosami Bloomsbury pozwoliliśmy, by głód zakotwiczył nas w małym barze, gdzie kilku studentów jadło tradycyjne angielskie śniadanie. Wychodząc z założenia, że nie ma zabawy bez ryzyka ( "It's adventure!" ^^) zamówiliśmy podobne.
Tradycyjne angielskie śniadanie składające się z sadzonego jajka, smażonego bekonu, przypalonej kiełbaski,frytek i obowiązkowo fasolki. Do tego kawa i herbata, która okazała się być od razu z mlekiem. Młody zajrzał do niej i spytał z lekka paniką "Co jej jest?". Zamieniliśmy się, moja kawa budziła w nim o wiele większe zaufanie.
Wracając do śniadania, to właściwie miło zaskoczyło nas tym, że taki misz-masz jest całkiem dobry. No, może przypalona kiełbaska nie podeszła mi do końca, ale Młody uważał, że jest świetna. O dziwo, nie pękłam po posiłku.
Myślę, że w chłodniejsze czy deszczowe dni takie śniadanie ma jeszcze większą rację bytu, a poza tym nasze żołądki obudziły się dopiero około czwartej po południu, pytając nieśmiało o jakąś przekąskę.
W związku z tym następnego dnia również zjedliśmy śniadanie w tym samym miejscu, tym razem już śmielsi wybraliśmy sobie inne warianty:
ja - jajecznica, fasolka, bekon, smażony pomidorek, tosty i coś w rodzaju placków ziemniaczanych, a Młody fasolkę, frytki, jajecznica i hamburger. Do tego cola i kawa. Ufff... ;)
Po trzech dniach jedzenia angielskich śniadań przenieśliśmy się do sieci Pret a Manger, gdzie Młody wziął wrapa z łososiem i dużą ilością sałaty, a ja owsiankę. Na deser croissant maczany w miodzie i kawałek mango. Zdjęć z tych śniadań niet.
Obiady. No tak, owszem, jedliśmy większe posiłki w środku lub pod koniec dnia, które można nazwać obiadami, ale były one wynikiem nieustanne przepychanki - Młody chciał do fast foodów, ja "coś zdrowszego". Ja stawiałam veto przez McDonaldem, a Młody przed barami suchi. Suma sumarum jedliśmy różnie, dwa razy w pizzerni, dwa "gdziekolwiek", a raz w japońskim barze na Soho. Więc jak widać nasze obiady nie były zbytnio "angielskie", ale przeżyliśmy ;)
Ciekawe co znaczą napisy na tych tabliczkach? Życzenia smacznego czy też peany na temat kuchni tu serwowanej? nieważne, było bardzo fajnie, miła obsługa i dobre jedzenie, które robiono w głębi pomieszczenia tak, że można było zobaczyć przygotowywanie swojego posiłku.
Wzięliśmy kurczaka smażonego z warzywami na ryżu i zieloną herbatę. Było bardzo smaczne.
Jedno z miejsc "gdziekolwiek" to turecki (?) bar blisko hotelu, gdzie zjedliśmy coś w rodzaju kebaba z jagnięciny zawijanego w cienki placek. Z głodu nie przyszło mi do głowy robić fotek (pobudka o 3 w nocy i lot poprzedzony kitowaniem od 4.00 na lotnisku nie robią dobrze na mózg ;) ), ale mam zdjęcie "zewnętrza.
Podwieczorki. O, to jest fajna pora dnia, kiedy łazisz tyle po mieście, że uważasz iż należy Ci się porządna kawa i coś słodkiego.
W Regent's Park znaleźliśmy małą kawiarenkę o uroczej nazwie Cow and Coffee Bean.
Prawda, że uroczy szyld?
W środku wisiała tablica z menu podzielona na dwie części. Lewa zatytuowana była "Cow" , a prawa "Coffee Bean". Na lewej części były wszelkie potrawy i desery przyrządzane z mleka, więc koktaile, shake'i, bita śmietana i lody, a na drugiej wyszczególnione były wszystkie kawy , kakao i gorąca czekolada.
Wzięłam kawę i dwa sconies, do których dostałam masło, a Młody zażyczył sobie bananowego shake'a - po spróbowaniu stwierdził, że to nie shake a czysta poezja. Nie dziwię mu się, bo napój został sporządzony z solidnej porcji lodów waniliowych, sporej porcji bananowego syropu i mleka. Próbowałam - był odlotowy.
Sconies były również bardzo dobre.
Na koniec zostawiłam opis tea time w Buckingham Palace.
Jako, że zwiedzaliśmy Galerię Królowej, Powozownię i Pałac, to na koniec mieliśmy możliwość zjeść podwieczorek w Royal Cafe na tarasie Buckingham Palace z widokiem na ogród.
Muszę Wam powiedzieć, że już samo zwiedzanie Pałacu, oglądanie kolekcji wyrobów Fabergé należącej do Rodziny, podziwianie sukni ślubnej księżnej Cambridge i tortu ślubnego jest wielkim przeżyciem. Podwieczorek był przysłowiową wisienka na torcie. (btw, nie mam żadnych zdjęć z tego zwiedzania, bo w Pałacu nie wolno ich robić, ale jak powykopuję coś niecoś z internetu to napiszę osobną relację o Pałacu).
Na razie sam podwieczorek.
Kawiarnia pod białym zadaszeniem (padało akurat), cała w bladym turkusowym kolorze. Obłędnie wyglądające ciastka - na szczęście tylko cztery rodzaje, bo inaczej nigdy bym się nie zdecydowała co chcę.
A chcieliśmy frasier truskawkowe i profiteroles.
Jak widzicie każda część podwieczorku, zarówno ciastka jak i napoje (kawa i gorąca czekolada) są ozdobione korona. Bajer... :D.
Profiteroles były to trzy małe ptysie wielkości orzechów włoskich, napełnione kremem i oblane czekoladą, ułożone na kruchym ciastku również polanym czekoladą z jednej strony. Na wierzchu miały trochę bitej śmietany i małą czekoladowa pastylkę z koroną. Fasier było na biszkoptowym spodzie, głównie składało się z kremu z dużymi truskawkami w środku, a zamknięte było od góry warstwa marcepanu o smaku truskawkowym. Oczywiście ozdobione nieodzowna pastylka czekoladową z koroną.
Oczywiście były bardzo smaczne, jak również kawa i czekolada.
Tak na marginesie dodam, ze ceny w tej kawiarni nie odbiegały od średnich cen na mieście, właściwie tyle samo kosztowała kawa i ciastka w Starbucksie czy pod "Krową i Ziarnkiem Kawy".
Rankiem po pierwszej nocy w hotelu - nie, nie pamiętam co mi się śniło, pamiętam za to sen w noc przed wylotem: tornado i kompletna demolka lotniska, niezłe, nie? - więc w pierwszy ranek wymaszerowaliśmy z hotelu uzbrojeni na całodzienną wędrówkę po mieście i zwiedzając zakosami Bloomsbury pozwoliliśmy, by głód zakotwiczył nas w małym barze, gdzie kilku studentów jadło tradycyjne angielskie śniadanie. Wychodząc z założenia, że nie ma zabawy bez ryzyka ( "It's adventure!" ^^) zamówiliśmy podobne.
Tradycyjne angielskie śniadanie składające się z sadzonego jajka, smażonego bekonu, przypalonej kiełbaski,frytek i obowiązkowo fasolki. Do tego kawa i herbata, która okazała się być od razu z mlekiem. Młody zajrzał do niej i spytał z lekka paniką "Co jej jest?". Zamieniliśmy się, moja kawa budziła w nim o wiele większe zaufanie.
Wracając do śniadania, to właściwie miło zaskoczyło nas tym, że taki misz-masz jest całkiem dobry. No, może przypalona kiełbaska nie podeszła mi do końca, ale Młody uważał, że jest świetna. O dziwo, nie pękłam po posiłku.
Myślę, że w chłodniejsze czy deszczowe dni takie śniadanie ma jeszcze większą rację bytu, a poza tym nasze żołądki obudziły się dopiero około czwartej po południu, pytając nieśmiało o jakąś przekąskę.
W związku z tym następnego dnia również zjedliśmy śniadanie w tym samym miejscu, tym razem już śmielsi wybraliśmy sobie inne warianty:
ja - jajecznica, fasolka, bekon, smażony pomidorek, tosty i coś w rodzaju placków ziemniaczanych, a Młody fasolkę, frytki, jajecznica i hamburger. Do tego cola i kawa. Ufff... ;)
Po trzech dniach jedzenia angielskich śniadań przenieśliśmy się do sieci Pret a Manger, gdzie Młody wziął wrapa z łososiem i dużą ilością sałaty, a ja owsiankę. Na deser croissant maczany w miodzie i kawałek mango. Zdjęć z tych śniadań niet.
Obiady. No tak, owszem, jedliśmy większe posiłki w środku lub pod koniec dnia, które można nazwać obiadami, ale były one wynikiem nieustanne przepychanki - Młody chciał do fast foodów, ja "coś zdrowszego". Ja stawiałam veto przez McDonaldem, a Młody przed barami suchi. Suma sumarum jedliśmy różnie, dwa razy w pizzerni, dwa "gdziekolwiek", a raz w japońskim barze na Soho. Więc jak widać nasze obiady nie były zbytnio "angielskie", ale przeżyliśmy ;)
![]() |
japoński bar na Soho |
![]() |
dekoracja wnętrza, jedna. |
Wzięliśmy kurczaka smażonego z warzywami na ryżu i zieloną herbatę. Było bardzo smaczne.
![]() |
zdjęcie niewyraźne z braku światła, ale jedyna pokazując śliczne naczynie-pudełko z laki, w którym podano nam potrawy |
Podwieczorki. O, to jest fajna pora dnia, kiedy łazisz tyle po mieście, że uważasz iż należy Ci się porządna kawa i coś słodkiego.
W Regent's Park znaleźliśmy małą kawiarenkę o uroczej nazwie Cow and Coffee Bean.
Prawda, że uroczy szyld?
W środku wisiała tablica z menu podzielona na dwie części. Lewa zatytuowana była "Cow" , a prawa "Coffee Bean". Na lewej części były wszelkie potrawy i desery przyrządzane z mleka, więc koktaile, shake'i, bita śmietana i lody, a na drugiej wyszczególnione były wszystkie kawy , kakao i gorąca czekolada.
![]() |
podwieczorek pod "Krową i Ziarnkiem kawy" |
Sconies były również bardzo dobre.
Na koniec zostawiłam opis tea time w Buckingham Palace.
Jako, że zwiedzaliśmy Galerię Królowej, Powozownię i Pałac, to na koniec mieliśmy możliwość zjeść podwieczorek w Royal Cafe na tarasie Buckingham Palace z widokiem na ogród.
Muszę Wam powiedzieć, że już samo zwiedzanie Pałacu, oglądanie kolekcji wyrobów Fabergé należącej do Rodziny, podziwianie sukni ślubnej księżnej Cambridge i tortu ślubnego jest wielkim przeżyciem. Podwieczorek był przysłowiową wisienka na torcie. (btw, nie mam żadnych zdjęć z tego zwiedzania, bo w Pałacu nie wolno ich robić, ale jak powykopuję coś niecoś z internetu to napiszę osobną relację o Pałacu).
Na razie sam podwieczorek.
Kawiarnia pod białym zadaszeniem (padało akurat), cała w bladym turkusowym kolorze. Obłędnie wyglądające ciastka - na szczęście tylko cztery rodzaje, bo inaczej nigdy bym się nie zdecydowała co chcę.
A chcieliśmy frasier truskawkowe i profiteroles.
![]() |
podwieczorek w Royal Cafe na tarasie Pałacu Buckingham |
Profiteroles były to trzy małe ptysie wielkości orzechów włoskich, napełnione kremem i oblane czekoladą, ułożone na kruchym ciastku również polanym czekoladą z jednej strony. Na wierzchu miały trochę bitej śmietany i małą czekoladowa pastylkę z koroną. Fasier było na biszkoptowym spodzie, głównie składało się z kremu z dużymi truskawkami w środku, a zamknięte było od góry warstwa marcepanu o smaku truskawkowym. Oczywiście ozdobione nieodzowna pastylka czekoladową z koroną.
Oczywiście były bardzo smaczne, jak również kawa i czekolada.
Tak na marginesie dodam, ze ceny w tej kawiarni nie odbiegały od średnich cen na mieście, właściwie tyle samo kosztowała kawa i ciastka w Starbucksie czy pod "Krową i Ziarnkiem Kawy".
Apetytu narobiłaś na dobre jedzonko :-)
OdpowiedzUsuńMmm... uwielbiam te oblicza angielskiej kuchni! Pyszności zajadaliście :) Szczególnie przepadam za smażonym bekonem i smażonym pomidorem na śniadanie i za beefburgerem na obiad.
OdpowiedzUsuńNo i rozpoznałam na Twoich zdjęciach Krowę i knajpę w Soho, też mnie tam kiedyś zawiało :)
Jasna 8 - coś w tym jest, bo jak skończyłam pisać wpis to pojechaliśmy prosto na obiad :D
OdpowiedzUsuńpozdrawiam :)
Kai - to niesamowite, że w tak wielkim mieście trafiłam do miejsc, które wcześniej odwiedziłaś :D Nie spodziewałam się tego, a tu taka niespodzianka. To prawie tak, jakbyśmy się tam spotkały (z pewnym przesunięciem czasowo-przestrzennym, ale zawsze) :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam :)
zawrót głowy i skręt żołądka :D wszystko czego pragnę i jeść mi nie wolno ;smażone bekony, jajecznica i odlotowy napój bananowy,mniam i wszystko w uroczych miejscach. Ach życie, kiedy mi wynagrodzisz to cierpienie :)pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńDi - biedactwo, współczuję... Jednak za jakiś czas wszystkie te niezdrowe pyszności znów będą być Twoim udziałem, może nie na co dzień, ale co jakoś czas na pewno :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam :)
Ale Wam zazdroszczę wycieczki. Londyn jest piękny i ile miejsc ciekawych można zobaczyć. Jedzenie na zdjęciach wygląda apetycznie.
OdpowiedzUsuńMoże i ja kiedyś spróbuje tych potraw;-)
Pozdrawiam
wiewiórko, dokładnie to samo sobie pomyślałam, jak zobaczyłam te zdjęcia :))
OdpowiedzUsuńŚniadania to jedyna część English Kitchen, która jest zjadliwa, a nawet dobra, no może poza tą fasolką. :) A obiady w Londynie to już wolę włoskie, chińskie, ewentualnie bliskowschodnie lub indyjskie.
OdpowiedzUsuńNa szczęście Londyn to bogactwo także pod tym względem.
MumakiL
Danuta - Londyn rzeczywiście jest wyjątkowym miastem i życzę Ci, żebyś kiedyś miała możliwość go odwiedzić :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam :)
MLku - tak, rozmaitych restauracji i barów jest pełno, ale jeszcze trzeba wiedzieć co w nich jest jadalnego - np. na marokański bar się nie zdecydowaliśmy, bo nawet nie wiedziałabym co zamówić ;)
OdpowiedzUsuńWidziałam też w kilku miejscach sławne Fish and Chips, raz nawet "in newspaper, like it shoud be", ale jakoś nie skusiłam się ;)
pozdrawiam :)
Fajnie, że robiłaś zdjęcia, najbardziej smaczne wydaje mi się z tego wszystkiego angielskie śniadanie, ta fasolka, frytki i kiełbaska to coś dla mnie, i jajko do tego i pomidor, ach pycha, szkoda, że u siebie nigdzie nie mogę pójść na takie śniadanie. Tylko herbata z mlekiem by mi się nie podobała :-)
OdpowiedzUsuńA w ogóle zdjęcia robiłaś jedzeniu jak Japończycy ;-)))
Przeczytałam, co jest napisane na tych tabliczkach. Gdyby czytać od góry do dołu tabliczki od prawej, to by było:
ika (kalmar), saba (makrela), tako (ośmiornica), hamachi (seriola), maguro (ahi, rodzaj tuńczyka), uni (jeżowiec), anago (morski węgorz). Górnego kanji z lwej strony nie rozpoznaję, a dolne wygląda jak ostryga :-)
No już wiem, co jest napisane na pierwszej tabliczce od lewej: 赤貝 , czyli akagai, to taki rodzaj małży.
OdpowiedzUsuńMiriel - niesamowita jesteś, że rozszyfrowałaś te znaki :) Wychodzi na to, że opisują same owoce morza - dobrze, że nie wiedziałam co znaczą, bo bym pewnie nie zdecydowała się jednak na ten lokal ;)
OdpowiedzUsuńCo do angielskiego śniadania, to jak znajdę odpowiednią fasolkę w puszce, to będę sobie czasem takie robiła - z jajkiem, pomidorkiem, fasolką i bekonem. Frytki chyba sobie odpuszczę, nie jestem ich wielką miłośniczką :)
pozdrawiam :)
Bardzo mi sie podobaja Twoje wpisy z Londynu. Wreszcie mam czas poczytac. Wiele przypomina mi sama siebie 9 lat temu, kiedy pierwszy raz przyjechalam do Londynu (wtedy tylko na wakacje).
OdpowiedzUsuńI przypomnialo mi sie, ze jak zjadlam po raz pierwszy Angielska kielbaske to tez sie nie moglam przekonac, bylo 'ale o co comon, to nie kielbaska przeciez'. Jesli porownac do Polskiej kielbasy to wogole nie ma porownania i tak to sobie trzeba przetlumaczyc. Angielska kielbaska to zupelnie inny rodzaj potrawy tylko wyglada troche podobnie, i wtedy juz mozna ja polubic. A do fasolki tez nie od razu zapalalam miloscia, teraz ja UWIELBIAM i bez niej moj swiat bylby smutny :)))))
Pimposhko - masz rację, ta fasolka coś w sobie ma - mało, że okazuje się być smaczna, to potem nie można jej zapomnieć. Kiełbaska... cóż, najbardziej przeszkadzało mi to, ze była mocno przypieczona, właściwie przypalona, ale może to taka specyfika tego baru gdzie jedliśmy ;)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że moja pisanina obudziła w Tobie miłe wspomnienia :) Przyznam Ci się, że chodząc ulicami Londynu co jakiś czas łapałam się na tym, że to czy tamto zgadza mi się z tym, co o Anglii i Anglikach czytałam u Ciebie i było to bardzo miłe :)
Czytam i pasę oczy a ślinka się zbiera :DDD Zwłaszcza na ciasta i podwieczorki :D Jakkolwiek śniadaniowo bardziej by mi odpowiadały rogaliki ( z których zdjęć niet - i całe szczeście :D) to japońska kuchnia i naczynia z laki są zachwycające! :D No i rzeczywiście te ciacha z koroną to bajer! :DDD Ale fajnie, że to wszystko fotografowałaś Wiewiórko! :DDD Mniam!
OdpowiedzUsuńporcelanko - doszła do wniosku, że najwyżej ktoś weźmie mnie za nawiedzona turystkę, ale mało mnie to obchodziło - fociłam wszystko na co miałam ochotę niczym japońska wycieczka ;)
OdpowiedzUsuńA rogalik nie był fotogeniczny ;)