Nie wiem jak Wam, ale mnie jednym z symboli Anglii jest lew. Widnieje w herbie i w wielu innych miejscach. Wiecie przecież, że lubię lwy, zwłaszcza te kamienne, krążąc więc po Londynie wypatrywałam ich i choć nie znalazłam bardzo dużo, to jednak parę uwieczniłam na fotkach.
Tak więc przedstawiam Wam:


Trochę mniejszy i bardziej współczesny, ale niemniej królewski kot mieszkający na dziedzińcu Westminster Abby College.
Kot z pobliskiego pubu, Jack, który mało, że zdecydował się na opuszczenie dla mnie dobrego punktu obserwacyjnego na wysokim murze, to jeszcze pozwolił się pogłaskać, a na końcu pozował z pasją do sesji fotograficznej. Jak widać posiadał niebywałą urodę i wdzięk.
Tak więc przedstawiam Wam:
Skrzydlaty lew siedzący na Holborn Viaduct w City of London. Wiaduktu strzegą cztery takie same figury usytuowane tuż za przyczułkami.

Jeden z dwóch dostojnych lwów pilnujących bocznego wejścia do British Museum. Szary kamień i nowoczesny charakter rzeźb nadają lwom odpowiednio monumentalny wygląd.

Ważący blisko sześć ton monumentalny marmurowy lew z Knidos, pierwotnie zdobiący szczyt starożytnego grobowca, powstały w starożytnej Grecji pomiędzy 350 a 200 rokiem przed naszą erą, obecnie zdobi główny hall z British Museum. Wykuty z jednego bloku marmuru. Jako, że wraz z grobowcem stał swego czasu na wysokim klifie nadmorskim, naukowcy zakładają, że w pustych obecnie oczodołach posiadał oczy z kolorowego szkła, a refleksy świateł obijających się od nich nocą mogły być pomocne dla żeglujących na pobliskich wodach.

Mały lew wyrzeźbiony jako wspornik dla służki sklepiennej na zewnętrznym murze Westminster Abbey.

Siedzący w bramie kamienicy kot, który nie reagował na przymilanie się i moje wołania - musiałam zadowolić się fotką zrobiona z daleka i pod światło.
Na koniec nie mogę odmówić sobie wspomnienia dzikiego, czerwonego lwa Szkocji, którego figurę zobaczyłam w nogach nagrobka Marii Stuart - niestety nie wolno tam było robić zdjęć, a w internecie też nie znalazłam fotografii tej rzeźby. Lew sam w sobie nie jest wielki, ale za to w kolorze żywej czerwieni, ma bujną złotą grzywę, otwarty ryczący pysk, dzikie oczy i siedzi przykucnięty trzymając między tylnimi łapami królewskie jabłko, a w przednich dzierży berło i włócznię. Dla mnie uosabia dzikiego szkockiego górala, brakuje mu tylko pasów z niebieskiej glinki na pysku, chociaż rekompensuje to sobie niebieskim jęzorem i pazurami ;)
Aby dać jakie takie wyobrażenie tej rzeźby załączam ilustrację Honours of Scotland z Wikipedii
To masz takie lwie hobby ?:-)
OdpowiedzUsuńDuże i małe :-)
Piękne żywe koteczki...
Piękne lwie rzeźby...
Tja, od dawna z Ele zauważyliśmy, ze Londyn to miasto kotów. I po kotach widać, jak zwierzęta (nawet koty) upodabniają się do swoich człowieków. :) Te Londyńskie, są ewidentnie bardziej dystyngowane. :)
OdpowiedzUsuńMumakiL
Pfff! No wiesz! A mnie brakuje tutaj Lwow z Trafalgar Square ;). A czy zauwazylas, ze jest ich tam tylko trzy a nie cztery?
OdpowiedzUsuńA gdze jest nagrobek Marii Stuart? Westminster Abbey? Glupio sie przyznac, ale jeszcze tam nie bylam a tam tyle nagrobkow slynnych ludzi.
Najbardziej bodoba mi sie ten rudy kot. :))))
Koty piękne :)! Takie londyńskie... :D...
OdpowiedzUsuńMLku - masz rację, trzymają zdecydowanie większy dystans i nawet kiedy schodzą się pogłaskać to tak jakby mimochodem :)
OdpowiedzUsuńpimposhko - nie dotarłam na Trafalgar Square, jakoś wypadł mi z głowy i przypomniałam sobie o nim dopiero po powrocie. A przez cały pobyt tak mi jakoś kołatało gdzieś na dnie umysłu, że jest chyba jeszcze jeden plac oprócz Piccadilly, który powinnam obejrzeć. Trudno, następnym razem ;)
OdpowiedzUsuńNagrobek Marii Stuart jest w Westminster Abby, w tej samej kaplicy co grób Elżbiety Pierwszej. Opactwo jest niesamowite, zajrzyj tam któregoś dnia, może lepiej po sezonie, bo w tłumie zawsze gorzej się zwiedza.
Abigail - tak, zwłaszcza ten rudzielec, prawda?
OdpowiedzUsuńpiękne lwy, a ten rudzielec wspaniały :D
OdpowiedzUsuńWidać, że Londyn ma coś wspólnego z Gdańskiem ;-)))
OdpowiedzUsuńMiriel - tak :D ;)
OdpowiedzUsuń