sobota, 24 lipca 2010

Z dziennika podróży - Toskania, część 3

Dzień piąty – poniedziałek

Dzień pod znakiem Chianti.
Postanowiliśmy zwiedzić tę dolinę, przynajmniej jej północną część, więc po śniadaniu zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na wąskie i kręte drogi. Tak kręte, iż mogłam tylko rzucać ukradkowe spojrzenia na mijane widoki. Za to podziwiałam je, kiedy zatrzymywaliśmy się w przydrożnych zatoczkach. Mijaliśmy kolejne faktorie i winnice, miasteczka i wioski, wszystkie malownicze i położone na zboczach.






Pierwsze miasteczko w jakim się zatrzymaliśmy to Greve di Chianti. Zaparkowaliśmy na dużym parkingu i poszliśmy w stronę głównego placu. Rynek, czy raczej główny plac, jest w planie trójkątny, okolony domami z podcieniami na arkadach. Nad arkadami widać żeliwne balustrady balkonów obwieszone pelargoniami.


Dookoła, pod podcieniami jest pełno sklepów. Obeszliśmy go wokół oglądając ceramikę toskańską, całe masy czarnych kogutów z czerwonymi grzebieniami wykonane z rozmaitych materiałów, kalendarze, starocie, haftowane obrusy i zasłonki. Wypchany dzik stał przed sklepem z szynkami parmeńskimi, których długie rzędy wisiały pod sufitem. Szyldy na słupie oznajmiały dokładnie jakie rodzaje szynek są w asortymencie, a pies z stroju markiza wyglądał identycznie, jak Ferdynand Wspaniały stworzony przez pana Kerna. Skąd Włosi znają Ferdynanda?


Wstąpiliśmy do sklepu mięsnego Storica Macelleria prowadzonego przez rodzinę Ceccatelli, obejrzeliśmy wiszące pod sufitem szynki i salami, oraz zdjęcia rodzinne masarza. Na jednym z nich, czarno-białym, mały chłopiec w wielkim masarskim fartuchu pozuje między dwoma wielkimi półtuszami wołu – taki widok wywołuje głębokie przekonanie, że jest to zawód wykonywany z pasją. Kupiliśmy kilka plastrów toskańskiego salami szpikowanego słupkami słoniny. Moje pytanie o rodzaj salami zaowocowało dokładnym wykładem (po uprzednim upewnieniu się czy wolę słuchać po angielsku czy po niemiecku) na temat produkcji toskańskiego salami, jak się je szpikuje, czym dokładnie i że musi ono leżakować 3-4 miesięcy, inaczej mięso nie jest dobre i nie można go dużo zjeść.

Obeszliśmy rynek do końca i weszliśmy do Caffe Lepanto na kawę i lody. Tym razem dokładnie uważałam jaki smak wybieram i jak on się nazywa. Wzięłam biaci (czekoladowo-orzechowe z kawałeczkami orzechów) i amaretto – były pyszne i duże.


Zwiedziliśmy jeszcze kościół i sąsiednie uliczki, ciche i prawie bezludne, jako że był już czas sjesty.


Potem półprzytomni z gorąca zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy w dalszą drogę do Castello di Chianti.

To niewielkie, średniowieczne miasteczko przycupnięte dookoła kamiennego zamku, w którym mieści się muzeum archeologiczne ze zbiorami wyrobów sztuki etruskiej znalezionymi w pobliskich grobowcach etruskich. Uliczki miasteczka są wąskie i malownicze, przed domami pełno donic z kwiatami i pnączami.






Jako, że byliśmy głodni wstąpiliśmy do restauracji na ulicy Via Ferruccio nr 25 o nazwie Il Cantuccio. W zamówieniach skupiliśmy się na primi, zamówiliśmy: spaghetti z sosem mięsnym, tagiatelle z sosem z dzika, lasagne i ravioli z serem owczym z szałwią. Jadłam ravioli – pyszności. Na deser wzięliśmy panna cottę – też pyszności.
Obeszliśmy miasteczko i poszliśmy do muzeum w twierdzy. Wdrapaliśmy się na wieżę, a widok zrekompensował nam trud wspinaczki po schodach.





Do domu wróciliśmy późnym popołudniem, zmęczeni, ale zadowoleni. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w lesie piniowym na poszukiwanie szyszek – udało nam się znaleźć kilka w różnych stadiach rozwinięcia.

6 komentarzy:

  1. Uwielbiam budowle z kamienia, te zaułki pełne cienia i romańskie i przedromańskie kościółki.
    Tam się rozumie, dlaczego jeszcze w XVI wieku Europę dzielono na Włochy i resztę. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo urokliwie tam :)) Zarówno przyroda, architektura jak i dbałość o doskonałość smaku serwowanych potraw nastraja do niespiesznego delektowania się :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Left Side of the Moon - oj tak, masz rację, jakoś tam człowiekowi nie chce się spieszyć. Pośpiech wydaje się być wbrew naturze :)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękna piękna Toskania! Aż chce mi się tam pojechać, wziąć farby i malować... To niesamowite, ale ten toskański krajobraz rzeczywiście coś w sobie ma, że nawet mi się chce go malować, te odcienie zieleni, te wzgórza i te cyprysy, a na tle zieleni rude budynki i rudawa ziemia pomiędzy oliwkami.

    Te kręte drogi przypomniały mi, jak mówiłaś o ogrodach japońskich ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Miriel - bella, bellisima Toscana :))) Wrócę tam kiedyś ze szkicownikiem i farbami. Jedziesz?

    ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Aaaaa! \(=^-^=)/ no pewnie! Byłam jedną nogą na Zachodzie, drugą nogą na Wschodzie, czas na Południe ;-)

    OdpowiedzUsuń

Miło mi, że do mnie zaglądasz :) Bardzo mnie to cieszy, jak i każde kilka słów pozostawione przez Ciebie w komentarzach.
Życzę miłego dnia, pozdrawiam serdecznie i zapraszam ponownie :)