Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą przemyślenia

Kawa na mieście

Nie ma nic trudnego w porannym wstawaniu, zwłaszcza w maju, kiedy za oknem niebo rozjaśnia się już przed piątą.  W rezultacie do ósmej rano jestem 20 kilometrów od domu, mam załatwione trzy ważne sprawy i mogę pozwolić sobie na małą przerwę. Wiem też, że palec potraktowany sześć dni temu elektrycznymi nożycami do trawy goi się jak należy i zajmie mu to jeszcze trochę czasu. Grunt, że jest na dobrej drodze. W prawdzie okazało się, że lewy kciuk jest potrzebny jak diabli i wyłączenie go z rozgrywek  wprowadza niezłe zamieszanie na boisku, ale pozostała dziewiątka jakoś daje radę. W każdym razie siedzę teraz w Starbucksie, sączę flat white i obserwuję miasto śpieszące do pracy.  Sznury samochodów na jezdni, fale ludzi na przejściach, dziewczyna na rowerze z rulonem rysunków w koszyku i chłopak z kubkiem kawy i małą czerwoną walizką na kółkach.  Za pół godziny maturzyści otworzą swoje arkusze  z rozszerzoną matmą, a zakupoholiczki zaczną kolejny dzień...

olśniło mnie

Jakiś tydzień temu, kiedy skończyłam bluzkę Słoneczko, którą wydziergałam sobie na lato i kiedy przewinęłam nowe pasmo czekoladowej malabrigo na sweter dla małżonka, olśniło mnie nagle, że staję się jednokierunkowcem. Nic tylko druty i włóczki od ponad roku! Straszne! Co za monotonia! Jak to do mnie dotarło to aż zaniemówiłam. Przecież nigdy nie byłam jednokierunkowcem, zawsze różne pasje pchały mi się jedna przez drugą: fotografia, czytanie, haft krzyżykowy, malowanie, ornamenty, przymierzanie się do hardangera (od roku mam płótno i perłówkę w dwóch grubościach w szufladzie), ogrodnictwo, pieczenie, no i na komputerze lubiłam pograć i film obejrzeć. O ile jeszcze oglądanie filmów da się pogodzić z dłubaniem na drutach, to już czytania niezbyt, pozostają audiobooki, których mam raptem 4 sztuki. Przemyślawszy to wszystko postanowiłam się "odjenokierunkowić" ;) Zaczęłam natychmiast - wyciągnęłam z niebytu moją Zimową Ostoję (ostatni raport z postępu prac z 9 lutego 2011...

na dobry początek

"Za twoje znudzenie nie odpowiada rzeczywistość, tylko to, że nigdy się jej uważnie nie przyjrzałeś." "Irena Kwiatkowska do domu aktora w Skolimowie, gdzie spędziła ostatnie lata życia, nie wzięła żadnych pamiątek. Tłumaczyła: ” Wielu ludzi tylko pozornie żyje tu i teraz, w rzeczywistości są mieszkańcami odległych czasów. Jedni żyją pięć lat temu, inni 20 albo nawet 50. Rozpamiętują. Człowiekowi zajętemu rozpamiętywaniem teraźniejszość przechodzi koło nosa”.  Kwiatkowska mówi jak mistrz zen. Dodam: niektórzy popełniają błąd życia w przyszłości. Snują nieustanne marzenia: ”Kiedyś zacznę nowe życie”. Wtedy teraźniejszość też przechodzi koło nosa." Fragmenty artykułu „Zachwyt nad fałdą spodni” Bartłomieja Dobroczyńskiego, Wysokie Obcasy, 31 grudnia 2011.

Czy aby na pewno nie lubię zmian?

Zawsze twierdziłam, że nie lubię zmian. Jednak ostatnio doszłam do wniosku, że jest całkiem odwrotnie. Może nie chodzi tu o "lubienie" czy "nie lubienie", ale o mój stosunek do nich. Przecież ja wciąż czekam na zmiany. Nieustannie, wręcz wyglądam ich. Oczywiście mam co do nich duże oczekiwania - jednym słowem owe zmiany mają być po mojej myśli. Zimą czekam na wiosnę, latem na złotą jesień, a w listopadzie na Boże Narodzenie. Niecierpliwie wyglądam pierwszych krokusów, a potem pąków róż. Sieję drobne nasiona i wzdycham, bo już w chwili siewu nie mogę się doczekać aż zmienią się w duże i bujne rośliny. Chcę, by ranek zmienił się w popołudnie, a wieczór w długą noc. Inaczej jest, kiedy coś zmienia się wbrew moim oczekiwaniom. Wtedy właśnie marudzę kapryśnie, że nie lubię zmian. I wtedy, gdy intensywny tryb życia budzi za mną tęsknotę za monotonią, rutyną i spokojem. No tak, trochę filozofii, trochę marudzenia, a teraz pójdę zmieniać urugwajską cieniznę w zwiewny ...

wszystkiego żółtego ;)

Jak to jest, że na przedwiośniu ciągnie do żółtego koloru? W każdym razie mnie ciągnie. Jesienią kupowałam cebule bladoróżowych tulipanów, bo wyobrażałam sobie, że będę je chciała oglądać wiosną  -  teraz kupuję żółte zamiast różowych i nie wyobrażam sobie innego wiosennego koloru. Tulipany stoją sztywno w wazonie i piją wodę jak oszalałe - szklankę dziennie - przez co są dwa razy większe niż kiedy zostały przyniesione z kwiaciarni.  Chyba zbliża się wiosna. Jeszcze nieśmiało i z oporami, ale coś w tym musi być. W ogrodzie jeszcze pełno śniegu, ale poranna mżawka, potem troszkę śniegu, po południu słońce zza chmur zdają się zwiastować zmiany. W powietrzu mokro, śnieg w hałdach coraz brudniejszy, a z balkonu kapie woda wypłukując do czystości kamyczki na ziemi. Na parapecie miniaturowe żonkile wyglądają przez szybę na ogród. Ich ciekawskie mordki intrygują, a kiedy przybliżam się do nich, by  zobaczyć co tam widzą, spowijają mnie delikatnym zapachem, który ...

zatrzymać się

Od pewnego czasu staram się nauczyć nie spieszyć. Mieć czas na wszystko co ważne i jeszcze trochę dla siebie na nicnierobienie. Po to by, na przykład, usiąść w ogrodzie pod jasnozielonym krzewem jaśminu i popatrzeć na kwitnąca tawułę. Nie zerknąć, a popatrzeć. Długo i dokładnie - jaki właściwie ma kolor, jakimi wdzięcznymi łukami zwieszają się jej gałęzie, jak wcale nie widać liści spod kwiatów. To bardzo cenne chwile. Nie muszą być długie - liczone zegarem okazują się pięcio-, dziesięciominutowymi interwałami - lecz bardzo skupione na sobie. Pilnuję, by myśli nie galopowały ku obiadom, zakupom, pracy i innym obowiązkom. Uczę się odpoczywać psychicznie dzięki świadomemu oderwaniu się od codzienności, od drobiazgów. Uczę się zatrzymywać.

lubić, nie lubić

Czasem mam wrażenie, ze przestałam lubić swój dom. Nie, żebym chciała go zmienić, wyprowadzić się, o nie! Dalej uważam że dobrze się w nim mieszka. Ale czasem... czasem przestaję go lubić. Objawy tego "nielubienia" to przebłyski niechęci, kiedy znów trzeba odkurzyć, ignorowanie zakurzonych półek i pełne urazy spojrzenia na zapłakane deszczem i kurzem okna. Wzdycham, że znów trzeba by coś zrobić dla niego, pogłaskać, dopieścić, poukładać... A tak bardzo chciałam go mieć. Tak mi na nim zależało. Przecież mieszkając po ślubie w 12 metrowym pokoju snułam marzenia o własnym domu, koniecznie kilka pokoi i duża kuchnia i spiżarnia... no i ogród... Wtedy te marzenia wydawały mi się nieosiągalne. A teraz mam wrażenie, że czuję się zmęczona tym, że spełniając się rozmieniły się na drobne. Pewnie marudzę. Pewnie mi po prostu za dobrze. Pewnie powinnam dostać klapsa od życia, dla równowagi, żeby znów mi się wszystko podobało... Ale ja bym chciała tak bez klapsa. Chciałabym, znów poczuć p...

znów własna

Jestem wolna. Wróciłam. Znów jestem panią samej siebie. Odzyskanie siebie nie jest dziełem jednego dnia, proces zaczął się dość dawno, kilka miesięcy temu uświadomiłam sobie, że postępuje powoli, a dziś jestem pewna, że się dokonał i zakończył. Co za ulga. I jakie odświeżające uczucie, jak powrót do znajomych, kochanych miejsc po długiej podróży. My soul is again mine, my own, my preciousss...

deszcz

Pada. Chmury ciągną brzuchy niemalże po koronach drzew. Koty, nagle zgodne, okupują gromadnie największe łóżko w domu, chowając łapy w mufkę, a nosy nakrywając ogonami. Pogłaskane uchylają półprzytomne oczy, zwiewają rozdzierająco i odpływają w senny niebyt nie przepraszając nawet za taki brak uprzejmości. Dziś kawę, morze kawy, serwuję sobie nieomal dożylnie. I tylko drzewa, kwiaty i trawa - coraz zieleńsze i zieleńsze z każdą kroplą - chłoną deszcz i rosną, rosną, rosną...

ałycze

Kiedy idę przez osiedle powietrze jest ciężkie od zapachu kwitnących ałyczy. Białe, niewielkie kwiatki rozsiewają słodką, lepką woń, która snuje się nad ulicami, czepia się traw, ubrań i włosów. Słońce zagęszcza zapach, kwiaty, jak na przyśpieszonym filmie, rozwijają się, pachną i po kilku dniach sypią śniegiem płatków przy najlżejszym powiewie wiatru. Cudowne zjawisko trwające raptem tydzień, dziesięć dni. Potem już tylko ostre ciernie na gładkiej, czekoladowobrązowej korze i ciemnozielone listki. Dopiero jesienią zabłysną złotem małych, kwaskowatych śliweczek, tak doskonałych na konfitury i nalewki w kolorze słońca.

marzy mi się

Zamarzyła mi się Praga. Z wąskimi, jasnymi uliczkami, wysokimi kamienicami, bajglami i milionem sklepików. Praga, z czarnymi teatrami i ukrytym w środku miasta franciszkańskim ogrodem. Z synagogami i Żydem siedzącym przez kawiarenką, żywo gestykulującym w czasie rozmowy przez telefon. Wysokie schody prowadzące na Zamek, piękna katedra św. Wacława, cała w gotyckich witrażach, maswerkach i sterczynach, położone na murach zamkowych ogrody królowej - to wszystko wróciło do mnie falą tak silną, że nieomal zaczęłam się pakować. Marzy mi się Praga w maju...

bardzo biało

A za oknem biało, bardzo biało. Zima pokazuje, że istnieje, że nie jest tylko pustym słowem w kalendarzu. Przez okno widzę ośnieżony sad i sople lodu zwieszające się z krawędzi balkonu. Całe ptasie bractwo urzęduje od samego rana w karmniku i na okolicznych drzewach. wysypałam dodatkowo porcję razowego chleba i pokrojone jabłka - może któryś z kosów skusi się na nie. Bardzo lubię taka zimę, kiedy każda gałązka jest oblepiona bielą, kiedy koty zapadają się po grzbiet w lekkim puchu patrząc z zazdrością na leciutkie sikory skaczące po śniegu. Wieczorem znajdę w ogrodzie wzór z tysiąca ptasich łapek i kilku kocich ścieżek.