Nie ma nic trudnego w porannym wstawaniu, zwłaszcza w maju, kiedy za oknem niebo rozjaśnia się już przed piątą. W rezultacie do ósmej rano jestem 20 kilometrów od domu, mam załatwione trzy ważne sprawy i mogę pozwolić sobie na małą przerwę. Wiem też, że palec potraktowany sześć dni temu elektrycznymi nożycami do trawy goi się jak należy i zajmie mu to jeszcze trochę czasu. Grunt, że jest na dobrej drodze. W prawdzie okazało się, że lewy kciuk jest potrzebny jak diabli i wyłączenie go z rozgrywek wprowadza niezłe zamieszanie na boisku, ale pozostała dziewiątka jakoś daje radę. W każdym razie siedzę teraz w Starbucksie, sączę flat white i obserwuję miasto śpieszące do pracy. Sznury samochodów na jezdni, fale ludzi na przejściach, dziewczyna na rowerze z rulonem rysunków w koszyku i chłopak z kubkiem kawy i małą czerwoną walizką na kółkach. Za pół godziny maturzyści otworzą swoje arkusze z rozszerzoną matmą, a zakupoholiczki zaczną kolejny dzień...