Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą wiewiórka i konie

upadek prawie kontrolowany - update

Podejrzewam, że to ostatni "koński" wpis. Byłam u lekarza z kolanem i okazało  się, że wcale nie jest wesoło. Mam rozerwaną łąkotkę i czeka mnie operacja, bo to samo się nie zaleczy. Przy najlepszych układach zdrowa będę za półtora do dwóch miesięcy. Mogę też nie robić tej operacji i łazić z takim bolącym kolanem, ale nie moge prowadzić samochodu, bo może mi się w każdej chwili zblokować. Ogólnie jest do bani...

upadek prawie kontrolowany ;)

No, wreszcie spadłam z konia. W terenie, pod sam koniec, w ostrym kłusie, na zakręcie, gdzie idący przodem Graal przestraszył się wiszącej gałęzi. Kama też się przestraszyła i gałęzi i wierzgającego Graala, i Saszy, co jej deptał po zadzie, podrzuciła w górę przód, strzeliła ostro zadem i już leciałam do przodu usiłując złapać się końskiej szyji. Glebnęłam aż ziemia zajęczała, przeturlałam się pod czymś dużym (potem powiedzieli mi, że to była Kama łapiąca równowagę) i zamarłam. Jak się podniosłam to udało mi się wsiąść spowrotem na konia i wróciliśmy stępa do stajni. W każdym razie mam obity cały prawy bok od ramienia po biodro i stłuczone mocno lewe kolano od wewnętrznej strony i lewą kostkę. Nie wiem jakim cudem poobijałam się tak "krzyżowo", ale cieszę się, że mam całą głowę i że nie oberwałam podkutymi zadnimi nogami Kamy. W stajni orzekli, że jako zmotoryzowana niepijąca mam postawić czekoladę, dużą ;)

wakacje a konie

Już dawno nie pisałam o koniach i dziś stwierdziłam, że czas to nadrobić. Przez całe wakacje jeździłam trzy razy w tygodniu. Maneż i teren naprzemiennie, z lekką przewagą maneżu, bo wciąż masę muszę się nauczyć. W stajni przez całe wakacje odbywały się półkolonie, więc wszelkie jazdy w tygodniu były od piętnastej, a w weekendy przyjeżdżali przypadkowi ludzie na jazdy lub rodziny z dziećmi na oprowadzki. Po miesiącu, znaczy od początków sierpnia, konie zaczynały mieć dość kolonii, stawały się coraz bardziej drażliwe, kapryśne, narowiste. Zmęczenie psychiczne dawało się im we znaki, odpoczywały w czasie długich terenów, na które cieszyły się i one i instruktorzy. No i oczywiście jeźdźcy ;) W połowie sierpnia Sasza odbił sobie kłąb i dostał dziesięć dni urlopu. Bardzo mu się to przydało, kłąb się wyleczył a Dziadek odpoczął tak, że kiedy poszedł w teren na prowadzącego inne konie nie mogły za nim nadążyć. W sierpniu odbyły się dwa rajdy, ale w żadnym z nich nie mogłam wziąć udziału, ...

pierwszy teren

Pierwszy wyjazd w teren był świetny. Poszły trzy konie: prowadząca Kamelia, Szasza i zamykająca Lama (konik polski, który lubi kopać tych co z tyłu, więc szła ostatnia) Jechałam na Szaszy - dwudziestoletnim gniadoszu - który jest stary, doświadczony, nie płoszy się z byle powodu i zawsze wsadzają na niego w pierwszy teren. Dziadek jest też kościsty i ma wybijający kłus, co moje siedzenie odczuło w całej pełni. Nie lubi również się śpieszyć bez powodu, a według niego powodu nie ma nigdy chyba, że się jeździec uprze. To i się upierałam, co zaprocentowało względnie żwawym stępem i zdecydowanie żwawszym kłusem. Niemniej jednak miałam cały czas wrażenie, że jak tylko Szasza przechodzi z kłusa do stępa to natychmiast zasypia. W czasie jazdy były dwa galopy - okazało się, że w galopie w Szaszy budzą się ambicje i pruje za Kamą aż miło. W wyniku tych galopów mam potężne siniaki na nogach od sprzążek puślisk, które porobiły się "same". Ale przynajmniej wiem, że nie odstają mi kol...

zawody CSIO

Na sopockim hipodromie odbyły się Międzynarodowe Oficjalne Zawody w Skokach CSIO 3. Poszliśmy z Młodym na dzisiejszy Konkurs o Grand Prix Sopotu pod patronatem Prezydenta RP, konkurs liczony do międzynarodowej listy rankingowej pod patronatem Rollex'a, z pulą nagród: 40 000 CHF. Jak przyjechaliśmy na teren wyścigów, zawodnicy zapoznawali się z parkurem, oglądali każdą przeszkodę.   Potem znaleźliśmy miejsca na trybunie i przyglądaliśmy się rozgrzewce zawodników.   Parkur był trudny,przeszkody miały wysokość od 150 do 160 cm. Pierwsza była stacjonata wysokości 145cm.   potem był rów z wodą okser w kombinacji   i znów stacjonata   Łącznie było czternaście przeszkód. Część koni skakała bezbłędnie, niektóre robiły zrzutki czy tez zawodnik przekraczał limit czasu (80 sekund). Zdarzało się też, że koń wpadał, a raczej wdeptywał, w rów z wodą. Był też koń, który zdecydowanie odmówił skoku, wyłamał, a po zrobionej wolcie i ponownym najeździe również wy...

Chudy, Peacock, konie i garaż

Znów mamy piękną pogodę, po deszczowym i pochmurnym dniu, dziś niebo jest błękitne jak niezapominajka, a powietrze świeże i chłodne. Chudego na śniadanie musiałam zawołać z działki sąsiadów, gdzie chodzi w  słoneczne poranki wygrzewać się, kiedy u mnie jeszcze słońca nie ma. Dla tych, co nie zaglądają "wtórnie" do komentarzy - obrażony Chudy wrócił, już po dwóch godzinach znalazłam go wylegującego się pod pigwowcem. Spojrzał na mnie "z góry" i oświadczył "Niech Ci będzie, wróciłem." Od czwartku smaruję mu uszy raz dziennie maścią, a poprawę widać prawie natychmiast - kot dostał apetytu jak nie wiem co. Do tej pory jadł mało, tyle co musiał i czasem namawiałam go by wracał do miski dwa lub trzy razy. Teraz je szybciej i dużo. Prawdopodobnie uszy przestały boleć, bo maść ma działanie znieczulające, a przy leczeniu węzeł chłonny zmniejsza się i nie przeszkadza tak w gryzieniu. Dostaje teraz karmę mieszaną - dla kociąt i dla dorosłych kotów (samców) - i naj...

zmiana konia

Dziś dostałam Graala. Jako, że nie należy uczyć się jeździć tylko na jednym koniu, by nie nauczyć się jazdy "pod" niego, dzisiejszą jazdę miałam na Graalu.  Wysoki, długonogi gniadosz, ma opinię "okropnie wybijającego" w kłusie i miękkiego w galopie. Na ostatniej jeździe jeżdżąca na nim kobieta całą godzinę skarżyła się na to, że trzęsie i że zaraz z niego spadnie. Wsiadałam pełna obaw, które okazały się całkiem bezpodstawne. Graal jest koniem, na którym można  się więcej nauczyć. Nie chodzi jak automat wzorem Kamy, robi dokładnie to, co mu każe jeździec. Jeśli przestaje się dawać znak łydką, że ma iść to Graal staje. Owszem, kłus ma bardziej wybijający niż Kama, ale po kilku okrążeniach jak złapałam rytm, to jeździło mi się bardzo dobrze. W rezultacie jazda, której się obawiałam okazała się przyjemną i dobrą lekcją.

znów na koniu

Wczoraj, po dwutygodniowej przerwie, znów siedziałam na koniu. I dziś znów boli mnie siedzenie ;) Powiem, ze jest jednak coraz lepiej. Ze wszystkich uwag jakie wciąż słyszałam na początku teraz zostały dwie: "palce do konia" i "nie pochylać się do przodu". Wczorajsza jazda była "grupowa", znaczy oprócz mnie jeździły jeszcze dwie osoby: na Graalu i Szaszy. Szasza to najstarszy koń w stajni, dwudziestolatek, który pracuje pod siodłem na pół gwizdka, od czasu do czasu. Wczoraj dostał małą dziewczynkę do noszenia. Mała, nie mała, ale Szaszy nie chciało się pracować. A że wiekowy jest i dużo już wie i umie, więc okulał. Utykał na prawą nogę przez kilka okrążeń, ale potem rozruszał się i przestał kuleć. Jak sobie przypomniał, że go noga przecież boli, to znów zaczął utykać - na druga nogę. Okazało się, że tydzień temu też "okulał" na jeździe i dostał tydzień wolnego by odpocząć, bo może sobie coś naciągnął.  Stał w boksie i miał wolne. Wczoraj rano...

Santa Ana, konie i tulipany

W międzyczasie, pomiędzy jazdami i grzebaniem się w ogródkowych grządkach, robię na drutach letni sweterek Santa Ana. Wełny mam tylko 200 gram, a nigdy nie robiłam z tak cienkiej na grubych drutach, więc nie miałam pojęcia na jak długi mogę sobie pozwolić. Robię od góry, więc przy karczku wydawało mi się, że będzie to raczej krótki sweter i martwiło mnie to trochę, bo ten na filmie jest długi i ma długie rękawy, bardzo długie. Postanowiłam zatem, że jak wyrobię jeden kłębek (50gram), a będę już po zamknięciu podkroju pach, to najpierw zrobię rękawy, na które idzie trochę mniej włóczki niż na przód czy tył, a potem z pozostałej wełny zrobię tak długi sweter jak się da. I tak robię, ale coś mi się zdaje, ze niepotrzebnie się martwiłam - włóczki starczy na taki sweter jaki gra w filmie. Na zdjęciu w całości - niestety ściągnięty na dole, bo drut na którym robię jest krótszy niż całość swetra - widać za to kawałek zrobionego rękawa. Zmniejszyłam go powoli o 24 oczka, by nie szedł w d...

w pocie czoła - czyszczenie i nauka galopu

Do stajni przyjechałam przed czasem. Konie biegały jeszcze po padoku i ostatnia rzecz jaką miały w głowie to było siodłanie i noszenie ludzi. Zostały przyprowadzone i przywiązane do koniowiązu. Kama po drodze uparła się poskubać trochę trawy i za nic w świecie nie chciała się ruszyć znad kępki, póki całej nie zerwała. Zadowolona z siebie, przeżuwając zielone, stanęła wreszcie spokojnie czekając na czyszczenie i siodłanie. W pewnej chwili Graal też postanowił zerwać sobie trochę trawy. Jako, że już był przywiązany, przełożył linę dookoła kołka i szarpnął łbem - lina trzasnęła jak nitka, a koń przeszedł kilka kroków i spokojnie zabrał się za skubanie. Szybko przyniesiono nową linę i trawiasta rozpusta skończyła się. Kama była bardzo zakurzona. Lubi się tarzać, a potem cała jest w plamach z zaschniętej ziemi i w kurzu. Wyczyściłam ją, a kiedy już prawie skończyłam Graal prychnął resztką zjedzonej trawy (i ziemi) i pokrył jej białą szyję masą ciemnych kropek. Musiałam poczekać chwilę aż...

kowal-podkuwacz i pierwszy galop

Kiedy dziś rano przyjechałam do stajni był już w niej kowal-podkuwacz. Okazało się, że trafiłam na dzień okresowej pielęgnacji kopyt. Pierwszy był Szasza - dwudziestoletni wałach, który w życiu nie jeden raz miał czyszczone kopyta, toteż przysypiał spokojnie w czasie, kiedy kowal-podkuwacz pracował przy jego nogach. Najpierw z kopyta ściąga się stare podkowy - Szasza jest okuty na przednich nogach. Pod podkowami były gumowe podkładki wielkości podkowy. Potem kopyto było odpowiednio ścinane ostrymi "kozikami" i cęgami, następnie wygładzane pilnikiem. Kowal przednie nogi konia trzyma przy czyszczeniu pomiędzy swoimi nogami (ubrany jest w taki fajny, dwunogawkowy, skórzany fartuch), a tylne nogi opiera na specjalnym stojaku, który na górze ma miękkie miejsce na oparcie kopyta, a na bokach magnesy, do których przylegają poszczególne narzędzia. Czyszczenie kopyt u Szaszy trwało niecałe 15 minut. Na koniec dostała nowe  podkowy i tak "ubrany" został odprowadzony do boks...

mieszkańcy stajni

W stajni, gdzie jeżdżę konno jest wiele zwierząt. W kawiarence przy biurze, gdzie można posiedzieć, ugrzać się, poczekać na swoją jazdę lub na koniec jazdy dziecka, rezyduje rudy kocur. Najczęściej śpi. W fotelu lub na poduszce na ławie. Wielki i mocno rudy w ciemniejsze pręgi doskonale komponuje się wyplatanym fotelem, który okupuje. Za stajnią znajduję śpiącą parę - czarnego Labradora i czarnobiałego kociaka. Śpią na słoneczku, kociak przezornie ułożony na grubej folii, która doskonale izoluje go od wilgotnej ziemi. Pies zadowala się ciepłą słomą. W swoim boksie stoi Kamelia, w skrócie Kama, na której jeżdżę od kilku dni. Jest po długiej jeździe w terenie, mokra jeszcze, przekąsza siano w oczekiwaniu na obiad. Jeszcze pokażę Wam maneż, na którym ćwiczę się w sztuce jazdy konnej ;) Jak się okolica zazieleni to będzie tam bardzo ładnie - już teraz przysadziste wierzby nadają całości charakter typowo polskiego krajobrazu. Leżące na maneżu opony i drągi służą do ćwiczeń ...

jazda numer trzy

Kolejna, już trzecia, jazda za mną. Tym razem Kama - śliczna srokato-gniada klacz - wróciła z jazdy w teren, więc była zdecydowanie rozruszana i bardziej chętna do biegania niż ostatnio. W związku z terenem nie musiałam jej też siodłać jak ostatnio, kiedy stała w boksie przed jazdą. Jak wspomniałam, ma srokato-gniadą maść, co znaczy tyle, że jest biała w brązowe łaty. Wygląda jak indiański, westernowy mustang, tylko ja się jej nie trzymam jak Indianin ;) Sama jazda sprawia mi coraz więcej przyjemności, coraz rzadziej słyszę uwagi p.Marty, a momenty zapamiętania się są coraz dłuższe. Mimo że jeździłam konno całkiem dobrze i radziłam sobie i z galopem i przeszkodami, to dopiero teraz uczę się jazdy konnej tak, jak należy. Bo właściwie jestem samoukiem, mój zapał i pasja były tak wielkie, że nauczyłam się jeździć bez instruktora - wystarczył mi koń pod tyłkiem ;) Ma to swoje minusy - nabrałam pewnych nawyków, których teraz muszę się pozbyć, bo nie są zgodne ze sztuką jeździecką, a wiad...

a na drugi dzień...

Od razu mówię - nie jest źle. Ku własnemu zdziwieniu wstałam normalnie, nogi nie bolą, nie bolą ramiona ani plecy. Jedyna co boli to wyklepane o siodło siedzenie ;) W związku z tym jakoś się mnie dziś rozsiadam, co ogólnie wyjdzie mi na zdrowie ;) Następną jazdę mam umówioną na piątek i myślę, że do tej pory będę jak nowonarodzona.  A jeśli będę się czuła bosko już w połowie tygodnia, to może pojadę dodatkowo w środę - zobaczę. Dziś nareszcie jest zapowiadane słońce i piękna wiosenna pogoda. Wczoraj szalałam w ogrodzie przycinając krzaki aż dorobiłam się pęcherza na kciuku od sekatora i dziś muszę przystopować.  Jak ja wytrzymam, skoro cały ogród krzyczy: "Chodź tu! Zobacz, jaka masa roboty czeka! Szybko! Szybko! Sprzątaj, przycinaj, zagrabiaj, bo już rośniemy i nam ciasno!" ;) Do karmnika wciąż przychodzą ptaki, dziś pomiędzy dzwońcami, wróblami i czyżykami zawitała samiczka gila i para grubodziobów. A wczoraj na balkonie pan Synogarlica uskuteczniał zaloty do pani ...

Ja chcę jeszcze raz!

Pierwsza jazda za mną! Żyję, jestem w jednym kawałku i z każda minutą jestem tego bardziej świadoma. Pierwsze dają o sobie znać nogi - uda, a zaraz po nich łydki. Aha, i siedzenie boli od "wyklepywania" na siodle. Ale było warto. Było fantastycznie! "Ja chcę jeszcze raz!!!" Instruktorka mówiła: "Usiąść w siodło! Ręka niżej! Łokcie do ciała! Proste plecy! Ściągnąć łopatki! Palce do konia! Pięty w dół! Łydka za popręg! Zebrać wodze! Wyprostować się! Łopatki  ściągnąć! I łydką go, łydką!" A ja w panice zastanawiałam się, gdzie jest popręg, bo go namacać nogą nie umiałam, a zaglądać pod konia w czasie kłusa trudno ;)  Ale jeździłam calusieńką godzinę, stępem, kłusem anglezowanym i wysiadywanym, ze strzemionami i bez strzemion i stojąc w strzemionach też. Przejeżdżałam w kłusie przez drągi i zmieniałam kierunek jazdy półwoltami.  Ha, ha, będę jeździć :D Pewnie jutro nie będę się mogła podnieść, a o chodzeniu po schodach już dziś boję się myśleć, ale będę...

końskie plany

 Na początek zaznaczam, że to nie jest żaden primaaprilisowy wpis. Słowo. Jakiś czas temu, zima,  postanowiłam znaleźć sobie taką formę ruchu, która by mi pasowała. Do tego, musi pasować Młodemu, bo jemu też przyda się więcej sportu niż bieganie po ekranie za pomocą myszy ;) Wymyśliłam jazdę konną. Młody jeździł dziecięciem będąc, nie mam pojęcia ile mu z tego zostało. Co prawda, jest to jak jazda na rowerze - człowiek uczy się raz na całe życie, bo ciało potem pamięta - ale jak się urosło prawie drugie tyle ile się miało, to nie wiadomo jak to będzie. Tak na marginesie, to wczoraj w szkole robili bilans i nareszcie fachowo zmierzyli mi dziecko. Młody mierzy 191,5 cm i jest z tego szalenie zadowolony. Ja też, tylko żeby jeszcze nasz przemysł odzieżowy przyjął do wiadomości, że nowe pokolenie jest wysokie, to byłoby ekstra. Zwłaszcza, że Młody to szczuplak i nie może iść w XLki, bo strasznie na nim wiszą. Wracając do koni - jeździłam konno kiedyś, kiedyś, strasznie dawno ...