poniedziałek, 19 listopada 2018

mój komputerowy towarzysz

Hakerstwo to kot, który lubi komputery.
Kiedy wieczorami siedzę przed laptopem przychodzi mi potowarzyszyć. Układa się z tyłu lub z boku zatykając wyloty od wentylatorów i grzejąc sobie jednocześnie futro.
Laptop rzęzi i jęczy "tlenu...", ja odsuwam co grubsze fałdy kociego kożucha, a Haker trwa niewzruszenie. Kiedy już zrobi mu się za gorąco to podnosi się i przesiada obok tak, by zerkać na ekran. Nie wiem co na nim dokładnie widzi, ale często śledzi intensywnie wskaźnik myszy.
Intryguje go też podświetlana klawiatura do tego stopnie, że czasem wysuwa delikatnie łapkę i dotyka klawiszy przekrzywiając łepek. Nie, nie szuka efektu swoich działań na ekranie, ale klawisze rozjaśniające się pod dotykiem wyraźnie mu się podobają.
Wychodzi na to, że lubi  komputery, w końcu nie na darmo ma na imię "Haker" :)


niedziela, 11 listopada 2018

człowiek jak królik - też może mieć czerwone oczko

Nie ma to jak człowiek obudzi się rano zadowolony z życia jak norka i zobaczy w lustrze czerwono-białe oko. Własne. Po dokładnym przyjrzeniu się nie dało się wmówić, że jest zaczerwienione od spania.
Przepłukałam solą fizjologiczną i poszłam robić śniadanie w nadziei, że czerwone wchłonie się lub zniknie w jakiś czarodziejski sposób.
Guzik, nie zniknęło! Po śniadaniu było tak samo. Westchnęłam i zajrzałam do netu, no i się dowiedziałam, że takie cudo powinien obejrzeć lekarz. nie zwykły tylko lekarz okulista! Ha!
Oczywiście, nie mogło wredne oko zczerwienić się w tygodniu, nie! Ono musiało w świąteczną niedzielę, przed nieczynnym poniedziałkiem,  bo tak jest zdecydowanie weselej. Mam super rozrywkowe oko, nie ma co.
No to ubrałam się i pojechałam na miasto szukać lekarza okulisty. Najpierw do NOCHu (cudny skrót!) i tam się dowiedziałam, że mam do wyboru albo czekanie na izbie przyjęć szpitala aż dyżurny lekarz z ocznego mnie obejrzy, albo wizytę w Poradni Okulistycznej w drugiej dzielnicy. Wybrałam drugą dzielnicę i kiedy, po dłuższym błądzeniu po całkowicie pustym budynku przychodni, trafiłam wreszcie do odpowiedniego gabinetu to uszczęśliwiłam swoją obecnością dwie panie: panią doktór i panią pielęgniarkę, które siedziały na dyżurze już dwie godziny i nudziły się strasznie, bo nikt się jeszcze nie pojawił. Jakieś wyjątkowo zdrowe ludzie mieszkają w mym mieście ;) W każdym razie byłam pierwsza pacjentką i trzecią uszczęśliwioną kobietą, bo nastawiałam się na godziny siedzenia na krzesełku w poczekalni.
Wśród miłej rozmowy zostałam fachowo przebadana, a oko obejrzane profesjonalnie i dodatkowo przedmuchane aparaturą do badania ciśnienia oka. Diagnoza: wylew podspojówkowy i (jakby mało było krwiaka na oku) zapalenie spojówek. Czerwone się wchłonie za 10 dni, a w międzyczasie będę straszyć ludzi na ulicach i w sklepach. Mogłabym założyć ciemne okulary, ale mało co w nich widzę, więc raczej nic z tego.
Wyszłam z receptą na dwa rodzaje kropel i spędziłam następną godzinę kręcąc się po mieście  w ich poszukiwaniu, bo były tylko w jednej z tych całodobowych i to nie była ta, od której zaczęłam poszukiwania.
Uzbrojona w krople wróciłam do domu i nareszcie mogłam napić się kawy. Dochodziła 11.00.

A w lesie było dziś złotawo i mgliście, i mokrawo, i pachniało grzybami i mokrymi liśćmi.