środa, 28 lipca 2010

z dziennika podróży - Toskania, część 5

Dzień siódmy - środa.

Budzę się przed siódmą. Jako że reszta śpi, biorę aparat i wychodzę zrobić kilka kadrów. Niskie słońce, ciepłe światło i lekka mgiełka zasnuwająca wzgórza zachęcają do dłuższego wałęsania się.

wejście do "naszego" apartamentu i "nasz" stół, przy którym jadaliśmy


widok z kwatery lawendowej na XII-wieczną wieżę i wejście na patio


widok na dolinę z murku kwatery lawendowej


wejście na patio


przejście pomiędzy kościołem a budynkiem mieszkalnym


limonaia -
- budynek przeznaczony do przechowywania drzewek cytrusowych przez okres zimy.


kapliczka w oknie na terenie fattorii


mur porośnięty kaparami (rosną w szczelinach, właściwie bez ziemi


Jak skończyłam robić zdjęcia, a raczej jak skończyła mi się bateria, to wróciłam zobaczyć, czy śpiochy wstały. Wstały.
Przy leniwym śniadaniu oświadczyłam, że wczorajsza wizyta w wytwórni donic pod Imprunettą sprawiła, że zapałałam miłością do ich wyrobów i muszę tam wrócić po jakąś donicę lub doniczkę lub cokolwiek. Zaproponowałam, że mogą zostać i moczyć się w basenie albo jechać ze mną. Chcieli jechać, więc zapakowaliśmy się do samochodu i śmignęliśmy do Imprunetty.

Wytwórnia Poggi Ugo - Antica Fornace do Terrecotte leży na ziemiach należących do rodziny Poggi od 1500 roku. Jest tu bogate złoże cenionej gliny lokalnie nazywanej "terra turchina" lub "błękitna ziemia". Mimo, że w dokumentach historycznych pojawiają się wzmianki o wyrobach powstających w tym miejscu już w XVII wieku, dopiero w 1919 roku powstaje firma, która działa do dziś sygnując swoje wyroby nazwiskiem POGGI UGO, które stało się znakiem handlowym
Chodziłam długo po placu oglądając setki większych i mniejszych donic i pojemników, figur i figurek, aż poprosiłam o podanie cen kilku z nich. No cóż... powiem tylko, że z wysokiego na 60 cm tubusa zdobionego wzorem winorośli zrezygnowałam na rzecz niewielkiej doniczki (średnica ok 20 cm) we wzór antyczny z widocznym znakiem handlowym (niektóre miały go odbitego we wnętrzu).
W biurze, gdzie miałam zapłacić siedziała pani, tak pod sześćdziesiątkę, i uśmiechała się miło. znów padło pytanie skąd jestem, tym razem zadane prostą angielszczyzną.
- From Poland.
- Oh.. Poland! - pani ożywiła się, zawołała siostrę. - We were in Poland this Spring!.
Rozmowa popłynęła jak rzeka. Dowiedziałam się, że były w Krakowie, Warszawie i Wrocławiu, że Polska jest pięknie zielona i bardzo im się podobała. Rozmawiałyśmy o pogodzie, ciężkiej i śnieżnej zimie, roztopach i powodzi czerwcowej. Później chwaliłam Toskanię i zachwycałam się nią z nieco większą elokwencją niż wczoraj, bo po angielsku, a nie po włosku ;)
Rozmawiałyśmy chyba z 15 minut (według reszty towarzystwa czekającej na rozgrzanym słońcem placu były to 4 godziny, ale oni są tendencyjni) i rozstałyśmy się zachwycone sobą nawzajem.

Wracając zatrzymaliśmy się na głównym placu Imprunetty na ekspresso i lody.

główny plac Imprunetty


szyld cukierni, do której wstąpiliśmy


wnętrze cukierni

Po kawie poszłam na krótki spacer po okolicznych uliczkach i wypatrzyłam małe kapliczki wmurowane w ściany domów.

Wróciliśmy do domu zmęczeni upałem i polecieliśmy na basen.

~~~~

Po południu była wycieczka po "naszej" fattorii.
Zwiedzanie zaczęliśmy od starego kościoła, który jest na terenie posiadłości. Chociaż od kilku lat ksiądz już tu nie mieszka i msze nie odbywają się regularnie, wciąż jest czynnym kościołem otwieranym przy okazji różnych uroczystości. Można tu, np. wziąć tu ślub (i urządzić wesele w fattorii). Kościół jest stary, ale nie starszy niż wieża, więc o ile pamiętam pochodzi z XV wieku.


Następnie poszliśmy obejrzeć muzeum fattorii. Janice, która była naszym przewodnikiem, powiedziała, że w owym muzeum znajdują się przedmioty, które obecni właściciele znaleźli na terenie posiadłości po jej zakupie. Były to sprzęty gospodarcze, niezliczone ilości starych drzwi i okien, które obecnie stoją na antresoli muzeum. Jeśli któreś istniejące ulegną uszkodzeniu, to nigdy się nic nowego nie kupuje, tylko przychodzi do muzeum i wybiera jakieś pasujące. było tam tez pełno różnego rodzaju wag, przyrządów do wyrobu sera, części końskich uprzęży, kilka maszyn do szycia, kilka powozów i jedne sanie.

Kolejnym miejscem jakie obejrzeliśmy było koło do gniecenia oliwek i prasa do oliwy.

Koło to jest wciąż wykorzystywane w fattorii do produkcji oliwy. Oliwki dojrzewają w grudniu, są wtedy ręcznie zbierane i przynoszone w to miejsce. Wsypuje się je do kamiennej misy i podlewając zimną wodą miażdży się za pomocą ręcznie obracanego koła. Miazgę przenosi się na pasy płócienne układane w stos w prasie. Wyciska się oliwę, która wraz z zimną woda dodaną do oliwek spływa do naczyń. Posiadają one przy dnie kranik - jak mieszanina oliwy i wody się ustoi i woda opadnie na dół naczynia, to spuszcza się ją kranikiem, a w naczyniu zostaje sama oliwa.

widok na dolinę spod zadaszenia przy prasie oliwnej

Po obejrzeniu oliwiarni poszliśmy do kuchni, gdzie Paola, Włoszka, pokazywała jak się robi makaron. Stała przy dużym marmurowym blacie i wprawnymi ruchami osoby, która całe życie nic innego nie robiła, zagniatała ciasto, wałkowała, a potem tworzyła z niego: spagetti, tiagiatelle, farfale, ravioli i tortelini. Przepis sobie zapisałam, podzielę się nim przy okazji chwalenia się własnoręcznie wykonanym makaronem znaczy, za jakiś czas ;)


Widzicie na dole zdjęcia małe przybory? To sprytne radełka, które wykrawają kwadraciki i kółka. Zakochałam się w nich natychmiast. "Chcę takie mieć!" krzyczała we mnie żądza posiadania. Niestety, mimo poszukiwania takich sprytnych radełek po wielu sklepach we Włoszech, nie znalazłam ich. Byłam niepocieszona, póki nie wytłumaczyłam sobie, że to znak. Że muszę tam wrócić po te radełka, więc czeka mnie jeszcze jedna wyprawa do Toskanii. Od razu poczułam się lepiej i poszłam do sąsiedniego pomieszczenia na degustację wina Vin Santo.

Vin Santo to słodkie, białe wino o prześlicznej bursztynowo-miodowej barwie, gęstości podobnej do półtoraka i o podobnej mocy. Mówię Wam, kopie jak smok, zwłaszcza, kiedy jest serwowane w 38 stopniowym upale.


Po degustacji mogliśmy wspiąć się po schodkach na górę, (w grupach po 6 osób, bo więcej mógłby nie wytrzymać strop) i obejrzeć Vinsanterię.

W Vinsanterii było ciepło, bardzo ciepło, sucho, pachniało nagrzanym drewnem i boskim zapachem leżakującego wina. Odniosłam wrażenie, że drewno tych beczek przesiąknęło na wskroś tym słodkim i mocnym winem.


Następnie obeszliśmy budynki i weszliśmy do piwnic. Najpierw pomieszczenie, które kiedyś było sklepem z winem.

Później kolejne piwnice gdzie leżakowało i dojrzewało czerwone, wytrawne wino (Fattoria produkuje trzy gatunki czerwonego wina). Wino dojrzewa w małych beczkach

i w ogromnych, dwa raz wyższych od człowieka (zdjęcie robione ze schodków przy beczce, osoby za beczkami stoją również na podeście schodów).



Wyszliśmy z chłodnych i wilgotnych piwnic i poszliśmy obejrzeć mieszkanie właściciela Fattorii. znajduje się ono w najmłodszej, bo XVII-wiecznej części założenia. Obecni właściciele wciąż zamieszkują te wnętrza, ale pod ich nieobecność salon i gabinet są udostępniane do zwiedzania.

salon

To mieszkanie to ostatni punkt wycieczki po Fattorii. Wróciliśmy do siebie i zrobiliśmy sobie kawę w zaparzarce - czarną i mocną , istnego Ankalagona Czarnego, a potem graliśmy w karciankę do późnej nocy.

Acha, przy okazji dam zdjęcia pokoi, w których tak dobrze się nam mieszkało przez ten tydzień:pokój dzienny


sypialnia

3 komentarze:

  1. rozmarzyłam się...może kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
  2. Śliczne, bardzo nastrojowe zdjęcia :) Nastrojowo komponują się z opowieścią i dopełniają niespieszny, skąpany w słońcu klimat :) Ciesze się bardzo, że podróż się udała :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Zazdroszczę Ci tego porannego wstawania. Cały czas myślę o tym, co mi powiedziałaś ostatnio, że szkoda spać, gdy tyle świata wokół istnieje, tyle jest wokół do patrzenia. Mój problem polega na tym, że sen zawsze mnie bardzo mocno trzyma... Ale myślę, że w Toskanii to wstałabym nawet bardzo rano, by wyjść na ścieżkę pośród kwitnącej lawendy i spojrzeć na toskańskie wzgórza i doliny, przyjrzeć się kwiatom kaparów porastających mur. A potem śniadanie i kawa z mlekiem :-)) i można iść na wycieczkę :-D

    Podoba mi się koło do gniecenia oliwek. I cała ta Fattoria to bardzo ciekawe miejsce.

    OdpowiedzUsuń

Miło mi, że do mnie zaglądasz :) Bardzo mnie to cieszy, jak i każde kilka słów pozostawione przez Ciebie w komentarzach.
Życzę miłego dnia, pozdrawiam serdecznie i zapraszam ponownie :)