środa, 20 kwietnia 2011

kowal-podkuwacz i pierwszy galop

Kiedy dziś rano przyjechałam do stajni był już w niej kowal-podkuwacz. Okazało się, że trafiłam na dzień okresowej pielęgnacji kopyt.
Pierwszy był Szasza - dwudziestoletni wałach, który w życiu nie jeden raz miał czyszczone kopyta, toteż przysypiał spokojnie w czasie, kiedy kowal-podkuwacz pracował przy jego nogach. Najpierw z kopyta ściąga się stare podkowy - Szasza jest okuty na przednich nogach. Pod podkowami były gumowe podkładki wielkości podkowy. Potem kopyto było odpowiednio ścinane ostrymi "kozikami" i cęgami, następnie wygładzane pilnikiem. Kowal przednie nogi konia trzyma przy czyszczeniu pomiędzy swoimi nogami (ubrany jest w taki fajny, dwunogawkowy, skórzany fartuch), a tylne nogi opiera na specjalnym stojaku, który na górze ma miękkie miejsce na oparcie kopyta, a na bokach magnesy, do których przylegają poszczególne narzędzia.
Czyszczenie kopyt u Szaszy trwało niecałe 15 minut. Na koniec dostała nowe  podkowy i tak "ubrany" został odprowadzony do boksu.
Najbardziej niezadowolony z zabiegów był Lucky, który zdecydowanie dawał temu wyraz drobiąc i kręcąc się, kładąc uszy i wyrywając nogi.

Przyglądałam się temu wszystkiemu z czarnym kociakiem na rękach - mały spotkał mnie i głośnym miałkiem zażądał ponoszenia i wygłaskania.

Potem był czas na jazdę.
Wyczyściłam Kamelię (Kamę), osiodłałam samodzielnie bardzo uważając, by nic się nie zawinęło pod siodłem , i na maneż.
Z każdą jazda lepiej mi idzie. Coraz rzadziej słyszę uwagi o prostowaniu pleców, dosiadzie, łydce i łokciach. Coraz dłuższe są momenty, kiedy zgrywam się z koniem i nie myślę o tym co robić - wszystko się robi "samo".
Dziś, w ramach rozwoju, miałam pierwszy galop. Na początek na lonży - Kama została przypięta, ja usiadłam głębiej w siodło, wypchnęłam ją do kłusa, a potem wspólnymi siłami - znaczy moje mizerne wysiłki i podniesiony bat instruktorki - spowodowały, że Kama zagalopowała.
Pierwszy był galop ćwiczebny. Polega on na tym, że siada się głęboko w siodło, odchyla do tyłu i buja się razem  z koniem w rytm jego kroków. Galop ćwiczebny jest bardzo potrzebny, właściwie na maneżu jeździ się głównie tak, łatwiej też panować nad koniem w takim dosiadzie. O ile oczywiście już umie się nad nim panować. Bo w moim przypadku to skupiłam się raczej na utrzymaniu się na siodle i utrzymaniu rąk z wodzami przy łęku siodła, by nie szarpać Kamy wędzidłem -. niestety, ręce mi jeszcze latają jakby żyły własnym życiem :/
Po kilkunastu okrążeniach zmieniliśmy kierunek jazdy i galopowałam z drugą stronę - w tą Kamie było chyba wygodniej, bo lepiej nam szło. Pod koniec galopu pojechałam jeszcze kilka okrażeń galopem w półsiadzie - jest o wiele przyjemniejszy dla jeźdźca i częściej wykorzystuje się go przy jazdach w terenie.
Samo galopowanie, jak się już złapie rytm, jest szalenie przyjemne, niemniej jednak po tym pierwszym czułam się jakbym to ja nosiła Kamę, a nie na odwrót ;)
Po skończonych ćwiczeniach z galopu lonża została odpięta i wróciłyśmy do ćwiczeń w kłusie.
Galop doskonale zrobił nam obu - Kama rozruszała się, szybciej i chętniej kłusowała, podobało jej się przejeżdżanie drągów, a ja pewniej się czułam i rozluźniłam się zdecydowanie. Bo na maneżu p.Marta krzyczy do mnie: "Proszę się wyprostować i ściągnąć łopatki, zgiąć ręce w łokciach, i rozluźnić górną część ciała! Nie spinać się!" A ja się zastanawiam, gdzie pomiędzy tym prostowaniem i ściąganiem łopatek a roluźnianiem ciała, jest miejsce dla mnie? ;)

Jak tak jeździłam po maneżu widziałam kotłujące się na niebie dwa duże ptaki - duży czarny ptak, możliwe, że nawet kruk, bo naprawdę wielkie ptaszysko było, ganiał jakiegoś drapieżnika, sokoła chyba. Krzyczały w powietrzu, kotłowały się nad drzewami a potem nad polem, aż sokół gdzieś zapadł na ziemię i na niebie został tylko majestatyczny wielki kruk (gawron?). Zrobił nad polem dwa okrażenia dla porządku i odleciał do lasu. Prawdę mówiąc nie miałam pojęcia, że sokoła coś może przegonić.

Kociak przez cały czas jazdy kręcił się po dworzu i w jednym momencie zdecydował się zapolować. Z trzęsącą się z emocji brodą zaczał wdrapywac się na pochyloną lekko młodą brzozę z oczami wbitymi w jeden punkt - między gałązkami przysiadł dzwoniec. Ptak nic sobie nie robił z pojękującego porządliwie smarkacza - pośpiewał chwile, popatrzył przekręcając główkę a potem odleciał na inne drzewo. Kociak złaził, a raczej zsuwał się z drzewka, oglądając się bojaźliwie pprzez ramię i sprawdzając, gdzie jest ta ziemia.

Po mojej jeździe Kama i kilka koni szło na jazdę w teren, więc nie musiałam jej rozsiodływać.

W piątek znów jeżdżę więc pewnie znów coś napisze o tym, ale postaram się w międzyczasie zrobić wpis robótkowy, tylko muszę cyknąć zdjęcia temu, co wydłubałam w międzyczasie.

5 komentarzy:

  1. aha :) a ja też galopuję i truchtem i kłusem czasami ,przemierzam kilometry w wielkim mieście i nawet skłonna bym była nadstawić kończyny Panu Kowalowi :D :D może mi mokasyny podkuje.
    mam też w ogródku rudego łowcę, godzinami siedzi ukryty w tujach i czatuje na parkę kosów. ostatnio widziałam kilka dużych piór na trawniku. przeganiam łobuza (kota) szkoda mi kosów, pięknie śpiewają.ale też mam ochotę na towarzystwo rudzielca, jak to pogodzić ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Di - kowal jak kowal, ale może zafundować sobie pedikiur w ramach relaksu? ;)
    Co do rudzielca - niestety wydaje mi się, że można liczyć tylko na spryt kosów. Powinny wiedzieć jak uwić gniazdo, by kot się nie dostał. można też spróbować nakarmić kota, by nie patrzył na kosy jak na obiad, ale nie jestem przekonana, że całkiem zrezygnuje - instynkt to instynkt...

    OdpowiedzUsuń
  3. nie lubię jak mi ktoś , kto grzebał przy innych paznokciach ,zabiera się za moje :D a nie daj bosze wycina skórki przy paznokciach ( to raczej u rąk ) okropny zwyczaj i pole do popisu dla bakterii . do fryzjera chodzę raz na rok z własnym grzebieniem i ręcznikiem :D :D dzięki temu nie mam na głowie egzemy :D kot jest objedzony i tylko w ramach relaksu tak poluje.
    pozdrawiam słonecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Di - fakt, też wolę sobie sama grzebać przy stopach i dłoniach ;)
    pozdrawiam równie słonecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja chyba nigdy nie zapomne mojego pierwszego galopu w terenie (tym barzdiej, ze kon sma sobie o nim zdecydowal, idac w slady tych co jechali przede mna ;)) - myslalam faktycznie tylko o jednym - trzymac sie siodla tak, zeby nie spasc :D
    Bardzo lubie czytac Twoje opowiesci Wiewiorko :)

    Pozdrawiam serdezcnie!

    OdpowiedzUsuń

Miło mi, że do mnie zaglądasz :) Bardzo mnie to cieszy, jak i każde kilka słów pozostawione przez Ciebie w komentarzach.
Życzę miłego dnia, pozdrawiam serdecznie i zapraszam ponownie :)