czwartek, 16 czerwca 2011

pierwszy teren

Pierwszy wyjazd w teren był świetny.
Poszły trzy konie: prowadząca Kamelia, Szasza i zamykająca Lama (konik polski, który lubi kopać tych co z tyłu, więc szła ostatnia)
Jechałam na Szaszy - dwudziestoletnim gniadoszu - który jest stary, doświadczony, nie płoszy się z byle powodu i zawsze wsadzają na niego w pierwszy teren. Dziadek jest też kościsty i ma wybijający kłus, co moje siedzenie odczuło w całej pełni. Nie lubi również się śpieszyć bez powodu, a według niego powodu nie ma nigdy chyba, że się jeździec uprze. To i się upierałam, co zaprocentowało względnie żwawym stępem i zdecydowanie żwawszym kłusem. Niemniej jednak miałam cały czas wrażenie, że jak tylko Szasza przechodzi z kłusa do stępa to natychmiast zasypia.
W czasie jazdy były dwa galopy - okazało się, że w galopie w Szaszy budzą się ambicje i pruje za Kamą aż miło. W wyniku tych galopów mam potężne siniaki na nogach od sprzążek puślisk, które porobiły się "same". Ale przynajmniej wiem, że nie odstają mi kolana od siodłai nie wyglądam jak garnek z uszami ;)
 Muszę powiedzieć, że galop w terenie  to coś pięknego. W ogóle w czasie jazdy po polach i lesie w człowieku budzą się atawizmy, spada z niego cywilizacja, odnawia się jedność z przyrodą (ehh... jak to górnolotnie brzmi, ale co mi tam :D )
Jeździliśmy po terenach lasów Otomińskich i rezerwatu przyrody "Bursztynowa Góra". Rany, jakie tam są piękne miejsca. Katedralne, wysokie lasy bukowe, rozświetlone słońcem polany, wąskie dróżki porośnięte trawą i rozlewiska z całą masą roślin bagiennych aż huczące od żab (mieszkają tam kumaki nizinne). Wzdłuż rozlewisk jechaliśmy po ścieżce, która cała podeszła wodą, konie brodziły spokojnie, kopyta plaskały w błocie, gałęzie drzew wisiały nisko i co rusz trzeba było schylać się na szyję konia, by zmieścić się pod nimi. Lubię same wizyty w lesie, ale taka jazda po leśnych ścieżkach jest czymś nieporównywalnie przyjemniejszym niż spacer pieszo po szerszych duktach.
Konie dwa razy spłoszyły się od czegoś i nawet Szasza zatańczył zdenerwowany, zwłaszcza, że za drugim razem Lama postanowiła wyładować na kimś nerwy i kopnęła go.
Nikt nie spadł, co też się liczy ;)

Niestety nie mam zdjęć, może kiedyś zabiorę ze sobą mały aparat i cyknę parę fotek. Może...

4 komentarze:

  1. To jest co wspominać. :)
    Fajnie, ze tak się odnalazłaś w jeździectwie. :)

    Eleagor

    OdpowiedzUsuń
  2. Kumaki nizinne... Ciekawie się czyta o tym, że każdy koń ma swój charakter, jak człowiek. I te atawizmy, hehe :-))) We mnie też się czasem budzi atawizm, ale go nie lubię. Jak coś małego biegnie (ale to musi być coś naprawdę małego, tak wielkości małego królika), to włącza mi się instynkt, żeby dogonić i upolować... Na szczęście rzadko się zdarza, by biegło koło mnie coś tak małego, a koty już się na szczęście wielkościowo w mój atawizm nie załapują ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. miriel - niezły atawizm :D Czyżbyś chciała gonić myszy? Jak kot? ;) Całe szczęście dla Mili i Łapki, że mają większe gabaryty ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Może w poprzednim wcieleniu byłam jakimś drapieżnikiem?... szczerze mówiąc nie mogłam się doczekać, kiedy Łapka dorośnie, jak była mała, bo jak biegała taka mała po mieszkaniu, to musiałam walczyć ze swoim instynktem ;-)))) Oczywiście nigdy na nią nie polowałam ;-)))) ale to bieganie właśnie uświadomiło mi ten atawizm ;-)

    OdpowiedzUsuń

Miło mi, że do mnie zaglądasz :) Bardzo mnie to cieszy, jak i każde kilka słów pozostawione przez Ciebie w komentarzach.
Życzę miłego dnia, pozdrawiam serdecznie i zapraszam ponownie :)