środa, 13 kwietnia 2011

jazda numer trzy

Kolejna, już trzecia, jazda za mną.
Tym razem Kama - śliczna srokato-gniada klacz - wróciła z jazdy w teren, więc była zdecydowanie rozruszana i bardziej chętna do biegania niż ostatnio. W związku z terenem nie musiałam jej też siodłać jak ostatnio, kiedy stała w boksie przed jazdą. Jak wspomniałam, ma srokato-gniadą maść, co znaczy tyle, że jest biała w brązowe łaty. Wygląda jak indiański, westernowy mustang, tylko ja się jej nie trzymam jak Indianin ;)
Sama jazda sprawia mi coraz więcej przyjemności, coraz rzadziej słyszę uwagi p.Marty, a momenty zapamiętania się są coraz dłuższe. Mimo że jeździłam konno całkiem dobrze i radziłam sobie i z galopem i przeszkodami, to dopiero teraz uczę się jazdy konnej tak, jak należy. Bo właściwie jestem samoukiem, mój zapał i pasja były tak wielkie, że nauczyłam się jeździć bez instruktora - wystarczył mi koń pod tyłkiem ;)
Ma to swoje minusy - nabrałam pewnych nawyków, których teraz muszę się pozbyć, bo nie są zgodne ze sztuką jeździecką, a wiadomo, że sto raz lepiej nauczyć się czegoś nieznanego, niż oduczyć się tego co się wie i nauczyć się na nowo.

Po jeździe odprowadzam Kamę do boksu, rozsiodłuję ją i zdejmuję ogłowie. Potem konia trzeba rozetrzeć wiechciem czystej słomy  - na grzbiecie, gdzie leżało siodło i wszędzie tam, gdzie się koń spocił. Dopiero po tym można zostawić ją w boksie, a siodło i ogłowie zanieść do siodlarni na miejsce. Po tym jest koniec, można jechać do domu.

Kiedy czekałam na powrót koni spotkał mnie tubylec, z półroczny, czarno-biały kociak, który zażądał miejsca na kolanach i porządnego głaskania przed snem. A, i przygotowania poduszki na dalszą drzemką, kiedy już pójdę na maneż. Kiedy po jeździe wróciłam spał kamiennym snem wtulony w wielkiego rudego kumpla. Na dworze mżawka, więc koty śpią na potęgę.
Zbierałam się ze stajni z niechęcią, jeszcze tylko pogłaskałam Bobka, czarnego labradora, a przy samochodzie zostałam obsierściona i obśliniona przez tłuściutkiego retrivera, który za punkt honoru postawił sobie okazać mi, jak strasznie kocha ludzi. Merdający ogon przewracał pół psa, a drugie pół opierało się z całej siły o moje nogi.
Jutro jadę znowu, tym razem może porobię jakieś zdjęcia, bo jeździ tylko Młody.
Ja w sobotę.
Już się cieszę :)

8 komentarzy:

  1. o tak, zdjęcia, zdjęcia koniecznie i pisz , pisz :D lubię twoje relacje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A w tej stajni też jest zwyczaj, że jak spadasz z konia, stawiasz ciacho? ;)
    Ja też, przypuszczam, że miałabym sporo kłopotów z jazdą, bo wiele zapomniałam. Ale zapach koni, przyjemność jazdy, to wszystko wiele wynagradza i aż miło się uczyć na nowo. Powodzenia Wiewióreczko! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Porcelanko - nie wiem, jakie tu panują zwyczaje odnośnie spadania, ale jakoś nie zamierzam tego sprawdzać ;P Ja już w życiu zaliczyłam upadki z konia, więc uważam, że teraz nie muszę ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha,ha, fajnie to jest napisane, że merdający ogon przewracał pół psa ;-D już sobie wyobrażam, jak ten piesek się cieszył :-) I super, że ten rudy kocur akceptuje kociaka, wygląda na to, że tam jest naprawdę dobrze i zwierzęta są szczęśliwe.

    Czytam sobie tutaj: http://www.ait.com.pl/konie/rady_2.html
    I jeszcze "maneż" i "ogłowie". Jak dobrze, że są Google ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czy Ty jeździsz z wędzidłem?

    OdpowiedzUsuń
  6. Miriel - oczywiście :) Ja nie Glorfindel ;) by radzić sobie bez ogłowia, a i konie u nas ujeżdżone są w tej sposób, że część komunikatów od jeźdźca odbierają wędzidłem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Aha, bo czytając tu i tam, doczytałam się strasznych rzeczy o tym wędzidle, i że ogłowie swoją drogą, może być, ale że wędzidło nie jest konieczne.

    OdpowiedzUsuń
  8. Miriel - zależy jakie wędzidło. Munsztuk jest faktycznie wędzidłem, które potrafi zrobić krzywdę koniowi, ale tylko wytrawni jeźdźcy jeżdżą z munsztukiem, bo to trzeba umieć używać. Dostają go konie, które są trudne do opanowania, narowiste lub zbyt energiczne lub agresywne.
    W każdym razie nie miałam nigdy okazji jeździć na koniu, który byłby ułożony do prowadzenia bez wędzidła i nie spotkałam takiego.

    miłego dnia :)

    OdpowiedzUsuń

Miło mi, że do mnie zaglądasz :) Bardzo mnie to cieszy, jak i każde kilka słów pozostawione przez Ciebie w komentarzach.
Życzę miłego dnia, pozdrawiam serdecznie i zapraszam ponownie :)