piątek, 23 stycznia 2015

Radość prasowania



Jak by to nie brzmiało dziwnie, odkryłam ją na nowo.
Kiedyś bardzo lubiłam prasować, a zaczęło się od chusteczek do nosa. Takich materiałowych, męskich w cudną, tkaną kratkę, i damskich, często haftowanych lub z brzegami ozdobionymi szydełkową koronką. Potem poszły obrusy, ręczniki pościel, a na końcu ubrania.
Lubiłam zamieniać pogniecione, bezkształtne szmatki w gładkie, równiutko złożone rzeczy.
Po jakimś czasie sesje wielogodzinnego stania przy desce do prasowania zaczęły mi doskwierać. Coraz częściej doprowadzałam do tego, że stos rzeczy do prasowania był wielkości Everestu, a ja wzdychałam nad nim ciężko.
Ostatnio, w ramach unowocześniania sobie życia, kupiłam stację parową, inaczej znaną generatorem pary, i nagle przyjemność z prasowania wróciła w pełnym wymiarze.  Miały rację osoby, które mówiły, że to całkiem inny jakość tej czynności. Lekko, łatwo i przyjemnie, idealnie równo i bez wysiłku – same plusy.
Teraz mój Kosz_Na_Prasowanie nie czeka długo na opróżnienie - powiedziałabym , że raczej czeka na zapełnienie ;)

4 komentarze:

  1. Intrygujący tytuł ;-) Po przeczytaniu postu zrozumialam, dlaczego u mnie jest inaczej. Muszę zainwestować ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poczyniona już inwestycja to zdecydowanie silny bodziec ;)
      Ja to mam tylko nadzieję, że u mnie nie sprawdzi się powiedzenie: "Nowe miotły zawsze dobrze zamiatają." ;)

      Usuń
  2. Tak, stacja jest fajna. Rozkładanie deski i przyniesienie urządzenia na parę wymaga większego wysiłku niż samo prasowanie. Nie mam tego luksusu, by mieć stale rozłożoną deskę. Nawet materiały z IKEA ( nie umiałam ich rozprasować) poddały się magii stacji parowej.

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie to czasem i dwa eweresty czekają, nie nawidze prasowania i teraz wiem już dla czego. :)

    OdpowiedzUsuń

Miło mi, że do mnie zaglądasz :) Bardzo mnie to cieszy, jak i każde kilka słów pozostawione przez Ciebie w komentarzach.
Życzę miłego dnia, pozdrawiam serdecznie i zapraszam ponownie :)