niedziela, 23 grudnia 2018

Wesołych Świąt!


Spokojnych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w miłej, rodzinnej atmosferze, samych pyszności na stole i udanych prezentów. 
Wesołych Świąt!

poniedziałek, 17 grudnia 2018

na skróty do Świąt - gwiaździsty makowiec


U nas w domu nie piekło się makowca na Święta i poza świętami również nie. Nie wiem dlaczego, może nikt nie lubił go jeść?
W każdym razie tylko raz w życiu go piekłam. - dawno temu, w akademiku. Piekarnik wystawił mnie do wiatru, bo udawał, że nie może upiec tego makowca, a jak go już wyjęłam to całe ciasto - na zewnątrz i w środku - miało jednolity brązowawy kolor. Przepiekł się i był niejadalny.

Po takim początku dalszego ciągu nie było i obywałam się bez makowców aż do teraz.
Bo gdzieś tydzień temu natrafiłam na tak piękny makowiec, że postanowiłam upiec go li tylko dla jego urody.
W oryginale nazywa się Drożdżowa gwiazda z makiem i jest szalenie dekoracyjny.


Trzymałam się ściśle przepisu, więc nie będę go tutaj zamieszczać, lepiej zajrzyjcie do oryginału.

Gwiazda wyszła mi cudna, jak widać na zdjęciach, a ja jestem szczęśliwa jak norka ;) Z reszty ciasta zrobiłam makowe ślimaczki. Zarówno gwiazda jak i ślimaczki zostaną zamrożone i wyciągnięte w stosownej świątecznej chwili. Wtedy też zostaną polukrowane.
Smacznego :)

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Na skróty do Świąt ;) - kruche pierniczki

Piekę pierniczki.
Dużo pierniczków.
Robię cienkie, kruche i twarde takie, jakie są u nas bardzo lubiane. Świetnie się przechowują i z czasem tylko nabierają kruchości i smaku. Zaczynam je piec na początku grudnia, żeby miały dość czasu na leżakowanie przed świętami. Dziś mam zamiar upiec ostatnią partię, bo nie mam już gdzie ich chować :D
Część z nich rozdaję znajomym i rodzinie, reszta jest dla nas i naszych gości.
Chowam je w różne puszki, puszeczki i duże słoje i któregoś roku się zdarzyło, że znalazłam puszkę pierniczków w lipcu - zadekowała się z tyłu na półce w spiżarni. Rany, ale  mąż się ucieszył! Jest głównym wielbicielem tych pierniczków i taki niespodziewany prezent świąteczny w środku lata zrobił mu wielką frajdę.
Pierniczki piekę według przepisu z książki kucharskiej wydanej w 1964 roku (książką mojej babci), ale przez lata zmodyfikowałam go. Żeby pierniczki były mocne w smaku i kolorze używam miodu gryczanego, który jest bardzo ciemnobrązowy i aromatyczny, dodatkowo całe opakowanie przyprawy do pierników (na zmianę Kamisu lub Kotanyi), a cukier często zamieniam na ciemny muskavado.
Ostatnio dodałam posiekaną skórkę pomarańczową wraz z cukrem i syropem i pierniczki uzyskały obłędną pomarańczową nutę.
Jak już się upieką i ostygną to ozdabiam je lukrem rysując różne esy-floresy. W zależności od dnia i nastroju oraz konsystencji lukru raz są ślicznie udekorowane, raz tylko takie sobie.



Pierniczki (cienkie i kruche)

50 dkg mąki
15 dkg miodu w postaci płynnej, scukrzony trzeba rozgrzać
15 dkg cukru
2 jajka całe
4 dkg miękkiego masła ( można roztopić)
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 torebka przyprawy do pierników (ok. 27g)


Piekarnik rozgrzać do 175 stopni.
W misce wymieszać mąkę, sodę, przyprawy i cukier. Jeśli dodajemy miękkie masło to rozprowadzić je w mące rozcierając palcami, jeśli używamy roztopionego to dodamy je razem z miodem.
Jajka rozmieszać dokładnie.
Do suchych składników dodać płynny miód i jajka (ewentualnie roztopione masło) i zagnieść elastyczne ciasto.
Odstawić pod przykryciem na 15-20 minut by odpoczęło.
W tym czasie przygotować blaszki do pieczenia wykładając je papierem do pieczenia i wybrać foremki, którymi będziemy wycinać pierniczki.
Odcinać porcje ciasta, wałkować na stolnicy podsypując mąką na grubość 3-4 mm. Wycinać pierniczki i układać na blachach.  Można posmarować żółtkiem rozmieszanym z dwiema łyżkami wody żeby się ładnie świeciły po upieczeniu.
Piec w temperaturze 175 stopni  przez 8 minut, studzić na kratce. Jak ostygną polukrować.
Jadalne od razu, dobre po tygodniu, najlepsze od dwóch do... ostatniego pierniczka :)
Smacznego!

piątek, 7 grudnia 2018

zajawka niespodziewajki ;)

Przeglądając archiwum bloga zorientowałam się, że w końcu stycznia przyszłego roku minie 10 lat od pierwszego wpisu. Dziesięć lat to szmat czasu, więc postanowiłam jakoś szczególniej podkreślić ten jubileusz.
Wymyśliłam sobie, że przygotuję prezent dla Was, czytelników, bo bez Waszego zainteresowania i komentarzy blog nie miałby racji bytu.
No więc przygotowuję dla Was niespodziankę, o której napiszę więcej po Nowym roku, bliżej rocznicy. Na razie tylko fotka-zajawka, oczywiście z Hakerem, bo kocisko wszystko musi zatwierdzić ;)


Teraz idę piec pierniczki, całe morze pierniczków ;)

poniedziałek, 3 grudnia 2018

ładne... bardzo ładne... bardzo, bardzo ładne :)))



Znalazłam dziś, obejrzałam i ciepło zrobiło mi się na sercu, i uśmiechnęłam się, i wzruszyłam i znów uśmiechnęłam. Obejrzyjcie :)

Polecam duży ekran :)

sobota, 1 grudnia 2018

Na skróty do Świąt ;) - skórka pomarańczowa w cukrze

W sklepach pojawiły się pierwsze pomarańcze, jeszcze kwaskowate, ale już z ładnie wybarwioną skórką, więc postanowiłam uzupełnić moje zapasy kandyzowanej skórki pomarańczowej. Z zeszłego roku nic mi nie zostało, a przecież różne-różniste wypieki świąteczne nie mogą się bez niej obejść.
Kiedyś, raz, kupiłam skórkę w sklepie, ale wywaliłam wszystko - jak na mój smak to sama chemia.

Skórkę kandyzuje na skróty, żeby się nie narobić ;) żadnego smażenia w syropie, w ogóle żadnego gotowania, a efekt jest super - słodka, przeźroczysta skórka i aromatyczny pomarańczowy syrop.

Robimy tak:

Kupujemy pomarańcze, wystarczy 2-3 sztuki na początek, ładne, dobrze wybarwione, takie z grubszą skórką. Pomarańcze obieramy starając się, by skórka była w jakiś dłuższych paskach - będzie łatwiej potem kroić.
Owoce zjadamy same lub razem z rodziną.
Skórki wkładamy do miski i zalewamy wodą, można czymś obciążyć żeby były zanurzone - chodzi o to, by namoczyły się porządnie i by białe albedo zrobiło się miękkie i gąbczaste. Odstawiamy.
Skórki moczą się jeden, dwa dni, a my zmieniamy im wodę tak ze dwa razy na dobę.
Jak już albedo się namoczy szykujemy sobie deskę, ostry nóż, słoik i cukier.


Odsączamy skórki z wody i kładziemy pierwszą na deskę białym do góry. Potem bierzemy ostry nóż i prowadząc go tak, jakbyśmy filetowały rybę ścinamy albedo. Powinna nam zostać tylko cienka pomarańczowa część skórki.


Kiedy obierzemy wszystkie z białej części to na dno słoika wsypujemy około 1cm cukru. Potem, składając po kilka skórek, kroimy je na cieniutkie paseczki. Paseczki układamy w słoiku mniej więcej centymetrową warstwą, ugniatamy w miarę możliwości i przesypujemy cukrem.


Tak układamy warstwa za warstwą za każdym razem ugniatając je porządnie. Ostatnią warstwą ma być cukier. Jak już napełnimy słoik to zakręcamy go i wstawiamy do lodówki.
Słoik  tam sobie stoi i po około tygodniu skórki robią się szkliste, a cukier zamienia się w syrop.


Jak ma się tylko jedną pomarańczę to można zrobić pół słoika, zakończyć cukrem, a za parę dni, kiedy znów uraczymy się owocem, dołożyć następne warstwy.
Taką skórkę przechowuję w lodówce tak długo, aż mi się skończy, czasem wytrzymuje do czerwca, zależy ile jej zrobię i jak intensywnie używam. Jeszcze nigdy mi się nie zepsuła - myślę, że przy takiej ilości cukru to nie ma szans ;)

Używam ją do keksu, ciasteczek świątecznych, czasem pierniczków. Syrop też się przydaje, ma silny pomarańczowy zapach. Jeśli potrzebuję nielepiącej się skórki, to przemywam ją na sitku wodą i osuszam papierowym ręcznikiem. Dodając ją razem z syropem/cukrem trzeba uwzględnić jego ilość w ogólnej ilości cukru w przepisie, by nie przesłodzić.

poniedziałek, 19 listopada 2018

mój komputerowy towarzysz

Hakerstwo to kot, który lubi komputery.
Kiedy wieczorami siedzę przed laptopem przychodzi mi potowarzyszyć. Układa się z tyłu lub z boku zatykając wyloty od wentylatorów i grzejąc sobie jednocześnie futro.
Laptop rzęzi i jęczy "tlenu...", ja odsuwam co grubsze fałdy kociego kożucha, a Haker trwa niewzruszenie. Kiedy już zrobi mu się za gorąco to podnosi się i przesiada obok tak, by zerkać na ekran. Nie wiem co na nim dokładnie widzi, ale często śledzi intensywnie wskaźnik myszy.
Intryguje go też podświetlana klawiatura do tego stopnie, że czasem wysuwa delikatnie łapkę i dotyka klawiszy przekrzywiając łepek. Nie, nie szuka efektu swoich działań na ekranie, ale klawisze rozjaśniające się pod dotykiem wyraźnie mu się podobają.
Wychodzi na to, że lubi  komputery, w końcu nie na darmo ma na imię "Haker" :)


niedziela, 11 listopada 2018

człowiek jak królik - też może mieć czerwone oczko

Nie ma to jak człowiek obudzi się rano zadowolony z życia jak norka i zobaczy w lustrze czerwono-białe oko. Własne. Po dokładnym przyjrzeniu się nie dało się wmówić, że jest zaczerwienione od spania.
Przepłukałam solą fizjologiczną i poszłam robić śniadanie w nadziei, że czerwone wchłonie się lub zniknie w jakiś czarodziejski sposób.
Guzik, nie zniknęło! Po śniadaniu było tak samo. Westchnęłam i zajrzałam do netu, no i się dowiedziałam, że takie cudo powinien obejrzeć lekarz. nie zwykły tylko lekarz okulista! Ha!
Oczywiście, nie mogło wredne oko zczerwienić się w tygodniu, nie! Ono musiało w świąteczną niedzielę, przed nieczynnym poniedziałkiem,  bo tak jest zdecydowanie weselej. Mam super rozrywkowe oko, nie ma co.
No to ubrałam się i pojechałam na miasto szukać lekarza okulisty. Najpierw do NOCHu (cudny skrót!) i tam się dowiedziałam, że mam do wyboru albo czekanie na izbie przyjęć szpitala aż dyżurny lekarz z ocznego mnie obejrzy, albo wizytę w Poradni Okulistycznej w drugiej dzielnicy. Wybrałam drugą dzielnicę i kiedy, po dłuższym błądzeniu po całkowicie pustym budynku przychodni, trafiłam wreszcie do odpowiedniego gabinetu to uszczęśliwiłam swoją obecnością dwie panie: panią doktór i panią pielęgniarkę, które siedziały na dyżurze już dwie godziny i nudziły się strasznie, bo nikt się jeszcze nie pojawił. Jakieś wyjątkowo zdrowe ludzie mieszkają w mym mieście ;) W każdym razie byłam pierwsza pacjentką i trzecią uszczęśliwioną kobietą, bo nastawiałam się na godziny siedzenia na krzesełku w poczekalni.
Wśród miłej rozmowy zostałam fachowo przebadana, a oko obejrzane profesjonalnie i dodatkowo przedmuchane aparaturą do badania ciśnienia oka. Diagnoza: wylew podspojówkowy i (jakby mało było krwiaka na oku) zapalenie spojówek. Czerwone się wchłonie za 10 dni, a w międzyczasie będę straszyć ludzi na ulicach i w sklepach. Mogłabym założyć ciemne okulary, ale mało co w nich widzę, więc raczej nic z tego.
Wyszłam z receptą na dwa rodzaje kropel i spędziłam następną godzinę kręcąc się po mieście  w ich poszukiwaniu, bo były tylko w jednej z tych całodobowych i to nie była ta, od której zaczęłam poszukiwania.
Uzbrojona w krople wróciłam do domu i nareszcie mogłam napić się kawy. Dochodziła 11.00.

A w lesie było dziś złotawo i mgliście, i mokrawo, i pachniało grzybami i mokrymi liśćmi.


wtorek, 23 października 2018

z kartek szkicownika vol.4

Radocha z rysowania trwa. Tym razem kłania się jesień, a jakże  by inaczej ;)

Dysponując raptem sześcioma kolorami (żółty, pomarańczowy, czerwony, fioletowy, zielony i niebieski) i postanowieniem niekupowania następnych penbrush'ów, musiałam troszkę pokombinować z mieszaniem tych co mam. Uzyskałam świetny brąz z czerwonego i zielonego oraz oliwkowy z pomarańczowego i zielonego. Czerwony z fioletem też dodają sobie nawzajem głębi.
Co do tematu to jak widzicie, wzięło mnie na wianki - cóż zrobić ;)





czwartek, 11 października 2018

a może coś wyhodujemy?



Wiecie, jak się zwykle kończy bywanie na wystawach rzeczy-które-zachwycają? Człowiek chce  mieć tak samo, a przynajmniej podobnie. 
Po wystawie haftu krzyżykowego wyciągam kanwę albo przeszukuję net w poszukiwaniu wzoru godnego zaspokoić moje rozdmuchane zachcianki stworzenia czegoś pięknego.

Po wizycie na wystawie storczyków też mnie wzięło. Na szczęście nie na samo posiadanie/kupienie roślin, ale na coś ambitniejszego – na wyhodowanie, może nie od nasionka, ale od szczepki.  Akurat tak się złożyło, że storczyk koleżanki, z którą byłyśmy w Berlinie, miał cztery keiki i dostałam aż dwa. Do tego szczepkę innego storczyka – dendrobium nobile. Zostałam lojalnie uprzedzona, że na dendrobium „coś wlazło”, ale i tak ją wzięłam. Władowałam w pudełko i pojechałam do zaprzyjaźnionego sklepu ogrodniczego. Tam roślinka została obejrzana i dostałam środek na owo „coś”. Jeden oprysk za nami, za tydzień drugi i powinno być po kłopocie.

Keiki falenopsisa rozdzieliłam i zostawiłam bez wody aby cięcia obeschły.

Dziś wyprażyłam w piekarniku podłoże, żeby żadne „coski” się nie przyplątały, kupiłam przezroczyste doniczki i posadziłam całe towarzystwo. Potem polatałam po domu szukając dla nich odpowiedniego miejsca, bo mają kwarantannę i muszą mieć własne parapety.




Na razie wyglądają niepozornie, ale mam nadzieję, że się przyjmą i zaczną rosnąć. Jakaż to będzie satysfakcja. 

A może za zakwitną i będą takie piękne jak mój biały storczyk, który właśnie kwitnie na całego, co widać na pierwszym i ostatnim zdjęciu.


poniedziałek, 8 października 2018

Berlińskie orchidee

Byłam na wycieczce. Weekendowej, niezbyt długiej, ale za to za granicą, co zawsze jest jakąś atrakcją. Otóż pojechałam do Berlina na wystawę storczyków, która odbywała się w tamtejszym Ogrodzie Botanicznym.
Weekend w Berlinie spędzony w miłym towarzystwie i okraszony niesamowicie pięknymi storczykami jak wisienką na torcie to czas, który pozostanie w pamięci na długo.

Orchidee są niesamowite. Różnorodność ich form jest tak wielka że, mimo iż się o tym wie, kolejne kwiaty zaskakują swoim wyglądem i budzą pełne niedowierzania pytanie: " I to też storczyk?"
Sama wystawa całkiem spora, kilkanaście dużych stanowisk najróżniejszych wystawców, było też Polskie Towarzystwo Miłośników Storczyków.
Pojechaliśmy tam od rana i dzięki temu jeszcze nie było wielu zwiedzających, dzięki temu mogliśmy w spokoju pooglądać wszystko i porobić zdjęcia.
Wybrałam ich trochę by Wam pokazać, dość dużo, ale uwierzcie, że miałam dylematy który wybrać, bo każde z nich, każdy kwiat, wydawał mi się warty pokazania i podzielenia się z Wami.
Najpierw misy z kompozycjami jednoodmianowymi, z których wylewały się kaskady kwiatów.




Sabotki są urocze, różnokolorowe i dropiate.

Na pierwszym stanowisku królowała czerwona Kalatea - piękność w królewskim kolorze.

Były też odmiany, których nazw nie znam, z wielkimi kwiatami, wiszące na długich zawiesiach, ale nie posiadające niczego, co przypominałby doniczki - tylko kwiat, liście i długie festony korzeni. O tym na pierwszym zdjęciu wiem tylko tyle, że podobno zakwita raz na siedem lat.


Niesamowite formy i kolory (tak, wiem, powtarzam się ;) ), niektóre zupełnie jak nie kwiaty.



Na koniec maleństwo kwitnące w szklanej bańce o średnicy 10 cm - sam kwiat był wielkości paznokcia u kciuka, maleńki i perfekcyjny :)

Po wystawie obejrzeliśmy pozostałe szklarnie Ogrodu - świetnie utrzymane i pełne niesamowitych egzotycznych roślin - i z nogami pod pachami klapnęliśmy sobie w kawiarni Ogrodu Botanicznego. Po dobrej kawie i odlotowym  Apfelstrudel ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie. Przed nami było Muzeum Techniki i wędrówka pod Bramę Brandenburską, no i wszystko, co nas zainteresuje pod drodze, ale to już zupełnie inna historia ;)

czwartek, 4 października 2018

nowa miejcówka nie jest zła ;)


Zrobiło się zimno i trzeba było zacząć palić w kominku - fakt, który Haker przywitał z wielką radością. Skoro kocisko tak radośnie zaczęło się wygrzewać przed szyba to kupiłam mu koszyk-pudełko, z materiału, i wyłożyłam wydzierganym z wełny kocykiem, który Hakerowi bardzo  odpowiadał już w zeszłym roku, jak leżał na kanapie.
Koszyczek został obejrzany w ciągu dnia i już tego samego wieczora został użyty i jest używany jak tylko rozpalimy w kominku - hurra!


ps.: na pierwszej fotce, w lewym górnym rogu dywanika widać ukochana zabawkę Hakera - powleczony czarnym plastikiem drucik, taki jakim producenci związują kabelki.

czwartek, 20 września 2018

uroki malabrigo



 Zabrałam się za sweter z malabrigo Rios'a. Miał być prosty, identyczny jak robiony kiedyś z malabrigo worsted, który jest ciepły i kochany, ale po latach już mi się trochę sfilcował. Metraż wełenki w motku ten sam, równicą jest, że worsted to singiel, a rios jest skręcony z 4 nitek. Założyłam, że skoro pierwszej poszło 360 gram to riosa pójdzie tyle samo: motek na plecy, motek na przód, po motku na rękawy i trochę zostanie. Z racji, że każdy motek jest troszkę inny to zależało mi,  by każda cześć była zrobiona i nowego. Sprytny plan.

Niestety, mój sprytny plan się nie sprawdził.
Zaczęłam plecy, ściągacz na drutach 5.0, potem dalej na 6.0, bo 5,5 właśnie się złamał - pech. dojechałam do wysokości pach i widzę, że motka nie starczy na całe plecy. Pomyślałam, ze może błąd lezy w za grubych drutach - zamówiłam 5.5 i sprułam plecy do ściągacza. Pruje się idealnie, po włóczce nic nie widać, że była robiona, nawet nie pogniotła się zbytnio.

Przyszły druty, zrobiłam plecy do wysokości pach i znów widzę, że motka nie starczy. Przewinęłam następny w kłębek, ale w tym fiolety sa odrobinę bardziej intensywne. W motkach i kłębkach prawie tego nie widać, ale w robótce będzie to jak cięcie nożem. Ehhh...

Nie pozostaje mi nic innego jak spruć plecy do ściągacza i robić od nowa z dwóch kłębków na raz zmieniając je co drugi rząd. Nie lubię tak kombinować, zwłaszcza, że i z przodem też trzeba będzie postąpić tak samo, a rękawy z resztek robić też zmieniając... a jak nie starczy? Ehhh...

Zachciało mi się akurat tego koloru, kupiłam wszystkie w sklepie i na razie nigdzie nie ma tego koloru. Zresztą przy malabrigo nowe farbowanie może dać zupełnie odmienny kolor. Ehhh...

Uroki malabrigo ;)

czwartek, 13 września 2018

kolejne buciki wydziergane plus kocyk

U bliskiej znajomej pojawił się mały człowieczek. Wydarzenie, które koniecznie trzeba uczcić, najlepiej czymś wydzierganym :D
W ten sposób powstały już siódme buciki Saarje Bootees, żółciutkie, ozdobione piłkarskimi guziczkami.
Żółciutkie, żeby pasowały do kocyka Kropki-Kropki, który zrobiłam jakiś czas temu i który czekał w szufladzie na swoje pięć minut.
Teraz dostał podszewkę z bielutkiego materiału minki i jest gotowy stworzyć komplet z bucikami. Przyszyłam do niego wstążeczkę z napisem Hand Knitted - zastanawiałam się nad metalową przywieszką z takiem samym napisem, ale lepiej by nie było elementów "do oderwania się" przy kocyku.





wtorek, 11 września 2018

To jest Cosik - wyszydełkowane

Skończyłam.
Zrobiłam ileś tam kwiatków z zielonymi środkami i skończyła mi się zielona bawełna.
Poleciałam do sklepu i kupiłam czerwoną, już nie czystą bawełną ale mieszankę z akrylem Nako Calico (bo innej nie znalazłam). Dorobiłam ileś tam kwiatków z czerwonymi środkami i skończyła mi się żółta bawełna.
Pokombinowałam i wyciągnęłam z zapasów motek bawełny Debbie Bliss Eco Baby , którą kiedyś kupiłam w zamyśle wyprodukowania jakiegoś drobiazgu dla niemowlęcia, stąd to eco i wszelkie certyfikaty. Motek przeleżał kilka lat i się nie przydał, więc teraz nadeszła jego kolej, zwłaszcza że jest w spokojnym kolorze prawie białym, co dobrze się zgrywa z soczystymi kolorami kwiatków. Czysta biel dałaby zbyt duży kontrast.
No więc kombinowałam z układaniem elementów przez kilka dni i w końcu zdecydowałam się, połączyłam kwiatki, pochowałam nitki, uprałam, zblokowałam, wysuszyłam i MAM.
Co mam? No właśnie nie wiem :D
Na razie leży na fotelu. Za małe na kocyk, za duże na podkładkę, ale ładne jest. Taki Cosik, frajdy przy robieniu było sporo, a to w końcu liczy się najbardziej, nie? ;)