sobota, 31 grudnia 2011

kilka słów od Hakera

Dzisiejszy dzień zaczął się całkiem, całkiem.
Po pierwsze dziś była wyjątkowo domyślna  i otworzyła kanapę w kuchni żebym mógł się trochę pobawić. Fakt, że pokazywałem jej z dziesięć minut chyba o co mi chodzi zanim zaczaiła, ale to i tak dobrze - zwykle w ogóle nie reaguje na wskazówki.
Potem było już całkiem fajnie, bo przyniosła sznurek na sznurku - świetna zabawka - i przynajmniej było na co polować.
 Ogólnie w domu zaczyna być znowu fajnie.
Co prawda ten bezzębny Przybłęda, którego ona nazywa Chudy, dalej jest i, co gorsza, próbuje zajmować coraz lepsze miejscówki, ale za to dostajemy o wiele częściej mielone  mięso. Zaczynam podejrzewać, że Przybłęda dostaje najwięcej, ale co tam, grunt, że prawie co dziennie dostajemy coś ekstra.
Najgorsze było wtedy, jak zaczął ładować się na łóżko w sypialni. Właził tam wieczorem, na MOJE miejsce w jej nogach, a ona nic! Z oburzenia spałem dwie noce z Młodym, ale u niego to nie to samo.
Bibi też się dostało od Przybłędy - władował się do jej koszyka na całą noc, he, he... Musiała spać u Młodego pod biurkiem. Mówiła, że to lubi, ale mnie może nie ściemniać.
Znójd zasmrodził sobą całą pościel, nie dało się wytrzymać normalnie. Całe szczęście, że ona zmieniła ją i założyła nową - od razu władowałem się pod narzutę i spędziłem tam w poświęceniu cały dzień, by wiedział czyja to miejscówka. Wieczorem też przyszedłem pierwszy i nie dałem się zepchnąć.
Przybłęda zrozumiał aluzję. Tylko raz w nocy próbował się wślizgnąć na drugi koniec łóżka, ale byłem czujny i powiedziałem mu parę słów, co skutecznie go przepłoszyło. Ona też się obudziła, bo ona  się boi, że go zacznę tłuc na niej, he, he, he... Nie bój  żaby, nie było potrzeby, polazł sobie na dół ekspresem, bo Bibi go dodatkowo obsyczała na schodach. O rany, jak tak ona syknie to mnie aż ciarki przechodzą. Właściwie, to ona fajna jest, ale straszna.

czwartek, 29 grudnia 2011

sweter Październik - skończony

Powinnam dodać do tyłułu wpisu dopisek "już dawno".
Skończyłam go jakieś półtora miesiąca temu, w połowie listopada, ale jakoś nie miał szczęścia do zdjęć. W końcu wyniosłam go na balkon i cyknęłam mu dwie foty na wieszaku (Październik cierpi na brak modela). Fotki nie są powalające, sweter zwisa nieco smętnie z wieszaka, ale za to nareszcie doskonale widać grę kolorów włóczki.
Włóczka Zitron Trekking Color (XXL), kolor nr 450, druty 3.0 ściągacze i 3,75 reszta. wyszły mi na niego prawie całe 400 gram.
 Sweter podoba się właścicielowi i jest często noszony :)

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Candy u Pimposhki i robótkowy raport

Pimposhka organizuje Pimposhkowe Urodzinowe Candy.


Jak widać, do wygrania dwie prześliczne wełenki. Losowanie odbędzie się 14 stycznia 2012. Oczywiście ustawiłam się w kolejkę, a nuż tym razem dopisze mi szczęście :)

~~~~~~

Klasyk się dzierga.
Wczoraj skończyłam plecy i nabrałam oczka na przód.
Zakładałam, że sweter będzie miał 63  cm długości, ale musiałam zmodyfikować go nieco. Po zrobieniu 27 cm całości okazało się, że pozostały kłębek waży 46 gram, więc nie starczy na tak długi tył. Po przemyśleniu  zdecydowałam się zrobić sweter o 5 cm krótszy i w ten sposób spokojnie starczyło na całe plecy, a nawet zostało 5 gram.
Co prawda plecy wymagają najwięcej włóczki, ale wolałam nie ryzykować, że pod sam koniec zabraknie mi włóczki na rękawy, a do tego modelu swetra raczej nie pasuje długość 3/4.
Bardzo fajnie mi się dzierga z bfl'u, mimo, że nitka jest cienka i robią na drutach 3,5, to robótka nie jest lekka jak piórko, ma taki przyjemny ciężar własny i jest lejąca się jak jedwab - jednocześnie lekka i ciężka. Trudno to wytłumaczyć, ale wrażenie jest jak najbardziej korzystne :)

czwartek, 15 grudnia 2011

czapka jak włoska kapusta

Od lat nie nosiłam czapek. Nie lubiłam ich, robiły dziwne rzeczy z moimi włosami, więc preferowałam kaptury.
Jednak w tym roku zobaczyłam czapkę i nagle chciałam ją mieć. To czapka-ślimak, bardzo popularna w tym roku.
Jako, że właśnie przyszła pocztą piękna szmaragdowa malabrigo Rios, wydłubałam sobie czapkę i dłuuuugi szalik.
Czapkę zrobiłam z melanżowej - przypomina mi teraz główkę włoskiej kapusty ;) - poszło 60gram, a szalik z gładkiej i dałam na końcach melanżową. Czapka jest dość długa by nosić ją z wywiniętym brzegiem - wtedy jest cieplej w uszy. Szalik zrobiłam wzorem: dwa rzędy prawych, dwa rzędy lewych, by pasował do czapki. Ma 13 cm szerokości i 210 długości. Druty 5.5mm.

Potem rozkręciłam się czapkowo i zrobiłam jeszcze cztery inne, dwa ślimakowe, jedną z pomponem patentowym i jedną męską typu beanie. Zdjęć nie mam bo wszystkie poszły w świat jak tylko spadły z drutów.

wtorek, 13 grudnia 2011

sweter Klasyk - początek

Przełamałam się i praca nad swetrem z bfl'u ruszyła pełną parą.
Przemyślałam dokładnie problem i doszłam do wniosku, że muszę opanować wrodzone skąpstwo włóczkowe w dziedzinie próbek i zrobić dużą próbkę, bo jak jeszcze kilka razy zacznę robótkę i spruję, to nawet ten świetny bfl nie wytrzyma.
Nabrałam 40 oczek, zrobiłam część ściągaczem, a resztę docelowym wzorem. Próbkę zamknęłam, uprałam i zblokowałam. Po tych zabiegach wyglądała tak:
Pomierzyłam ją i obliczyłam porządnie ile potrzebuję oczek w swetrze.
Sweterek będzie miał, jak widać z próbki, klasyczny wzór z warkoczy, dekolt w szpic - czysta klasyka i stąd nazwa "Klasyk".
Zdjęcie jest troszkę ciemne i niezbyt dobrze widać na nim jak ładnie układają się delikatne  tony błękitu - to będzie śliczny sweter, już go lubię, choć dopiero istnieje w formie małej poczwarki:
Zdecydowałam się robić go w częściach, zszywany, ze względu na wzór i na to, że szwy w pewnym stopniu wzmocnią wyrób na ramionach. Jeśli byłby robiony raglanem od góry to oczka na ramionach mogłyby się zbytnio rozciągać pod ciężarem całości, a tak szwy stworzą swego rodzaju ukryty szkielet całości.

Jestem zadowolona :)

niedziela, 11 grudnia 2011

bfl'owe dylematy

Mam problem z cudnym jeansowym bfl'em od Mirabelki. Pamiętacie go?

Zaczynałam już kilka razy, ale wciąż coś mi nie wychodzi. Wełna jest dość cienka, zrobiłam próbkę na drutach 3.5. Rozliczyłam raglan od góry według rozliczeń Pimposhki , zaczęłam, ale wyszedł mi zdecydowanie za szeroki dekolt. Sprułam.Zmieniłam koncepcję na sweter zszywany z części, nabrałam oczka, zaczęłam ściągacz, ale mimo robienia na drutach o pół numeru mniejszych całość była znowu zbyt szeroka. Sprułam.

Coś jest nie tak z moimi rozliczeniami. Zdaje mi się, ze powinnam zrobić porządną próbkę, nie małą tylko całkiem sporą, zwłaszcza, że chcę użyć warkoczy. Ehh... prawda jest taka, że nie lubię robić próbek - wydają mi się one strata czasu i włóczki, choć tak na prawdę wiem,że tak nie jest. Wszystko przez to, że lubię mieć wszystko szybko, prawie natychmiast, a produkcja próbek spowalnia cały proces. Chociaz z drugiej strony patrząc, jakbym zrobiła ją na początku to teraz miałabym już spory kawałek dobrze zaczętego swetra.
Taaa... próbka... cóż, trzeba będzie ją zrobić... i to porządnie ;)

czwartek, 8 grudnia 2011

Głos z Kanapy i kilka słów o Chudym

Już było całkiem fajnie, już widziałam siebie biegającą swobodnie w czasie przedświątecznych zakupów po sklepach i po domu, już miało być tak dobrze.
Miało, ale nie jest. Nie jest, bo tydzień temu poślizgnęłam się na własnych domowych schodach i wykonałam prześliczny siad płotkarski zostawiając za sobą dopiero co wyleczoną nogę. W nodze chrupnęło, no i oczywiście zabolało tak, że przez moment sądziłam, że ją sobie urwałam :D
Na szczęście została na miejscu i nie zrobiłam jej większej krzywdy tyle, że jeśli chodzi o jej ruchomość to cofnęłam się gdzieś o 2-3 tygodnie rehabilitacyjne.Więc zaczynam od nowa.

Poza tym Chudy mieszka z nami w domu. Większość dni i nocy przesypia, czasem przychodzi się pogłaskać. Je teraz mniej, ale zawsze pojawia się w kuchni jak mam mielone mięso. I uwielbia szynkę w plastrach, najchętniej konserwową. Zwykle okupuje miejscówkę w dużym pokoju na kanapie lub krześle, ale jak przyjechała moja mama to przekitował trzy dni na półce w naszej garderobie. Nosiłam mu tam jedzenie i wodę, ale nie chciał jeść. Może jadł nocami. W każdym razie przeżył i przeniósł się do pokoju po wyjeździe gościa.

czwartek, 1 grudnia 2011

kawowe przyjemności

Wstąpiłam dziś do Starbucks'a.  Zamówiłam tall cappucino, a ze słodkości skusiło mnie ciemnobrązowe, prawie czarne w przekroju, brownie ekspresso.
Cappucino jak cappucino - dobre, z mleczną pianą i gałką muskatołową - pyszne, ale nie powalające. Powiedzmy, że takie jak zwykle. Za to brownie było przepyszne - głęboko czekoladowe, z chrupiącym wierzchem i miękkim środkiem, z każdym kęsem zostawiające zdecydowane kawowe nuty. Pasowało do łagodnego cappucino wprost idealnie.
Lubię Starbucks ;)

czwartek, 24 listopada 2011

w roli głównej: Chudy vel Houdini

Chudy vel Houdini
Pamiętacie może, jak pisałam ponad dwa tygodnie temu, że Chudy dostał kartonowy domek w ogrodzie i zaczął w nim sypiać.
Kiedy po kilku dniach temperatura spadła zdecydowanie zrobiliśmy mu nowy dom, ze styropianu, zabezpieczony grubo folią wodoszczalną. Jako, że był większy od kartonowego musiałam przełożyć część drewna by zmieścił się na starym miejscu. Uszarpałam się z tym, przywiozłam w taczce kostkę brukową co została z naprawy podjazdu, ułożyłam "fundament", ustabilizowałam budę by się nie ruszała przy wchodzeniu, wyścieliłam nowe lokum zaakceptowanymi wyściółkami z kartonowego domku, żeby mu tak samo pachniało. Jeszcze miska z karmą i druga z wodą, by nie musiał chodzić do oczka sąsiadów. Gotowe.
Jak można się spodziewać Chudy zachował się wprost odwrotnie proporcjonalnie do ilości moich wysiłków - olał nowy dom kompletnie i ostentacyjnie przeniósł się pod betonowe schody. Kitował tam trzy noce, aż pękłam i oddałam mu karton.
Chudy łaskawie przeniósł się spod schodów do kratonu.
Było zimno. Nocą cała trawa pokrywała się szronem, a w dzień wiał zimny wiatr. W zeszły poniedziałek Chudy przyszedł na jedzenie pod drzwi domu cały napuszony, ale i tak trząsł się. Zjadł podwójną porcję chrupek pozwalając się głaskać mężowi, który w końcu podniósł go i zabrał do domu. Ufff...
Kot spędził w domu dwie pełne doby, udowadniając przy okazji, że wie do czego służy kuweta, a potem zarządał wypuszczenia. Poszedł. Wieczorem znów cały zmarznięty pozwolił się podnieść i wnieść do domu. Tym razem była tylko jedna noc i ewakuacja przed świtem, jak tylko wstaliśmy, za to wieczorem wszedł do domu sam, jak mąż zostawił otworzone drzwi.
Co tu dużo mówić, ucieszyliśmy się, bo oznaczało to, że umie wejść do domu, ze się nie boi.
Radocha nie była długa, bo jak następnego ranka Chudy wyszedł to skończył nocowanie w domu. Fakt, że temperatura się podniosła, było nawet i 8 stopni, ale...
Z jednej strony wyrzekałam "Głupi kot", a z drugiej wiedziałam, ze wie jak wejść do domu i jak mu będzie źle, to przyjdzie. I faktycznie, w ostatni poniedziałek, kiedy na dworze było mglisto i mżawkowo od kilku dni, Chudy wpakował się do domu w środku dnia, korzystając z otworzonych zapraszająco drzwi. Tym razem spędził trzy kolejne doby w domu, prawie nie ruszając się z kanapy. Wstaje tylko do jedzenia, raz przeszedł się po pokoju i kuchni, no i chodzi do kuwety, ale to wszystko. Śpi całe dnie, a jak się przecknie to ładuje się na kolana człowieka, który akurat jest na kanapie. I nie przeszkadza mu w tym ani laptop na kolanach, ani żadna robótka - pcha się tak zdecydowanie i z tak głośnym mruczeniem, że wszystko inne zostaje odłożone i człowiek zajmuje się kotem.
Dziś po południu stwierdził, ze warto by zobaczyć co się dzieje na dworze - wypuściłam. Wrócił po kilku godzinach korzystając z drzwi otworzonych przez wracającego do domu Młodego. Teraz śpi.

Wychodzi na to, ze zaakceptował przebywanie w domu, kiedy na dworzu jest zimno. Nareszcie :)

Żeby nie było tak różowo, to okazało się, że Chudy stracił wszystkie zęby. Udało się to podejrzeć jak ziewał. Wciąż nie otwiera pyszczka do końca, ziewa "wąsko", ale żadnych zębów nie widać. Jak śpi to z pyszczka sączy mu się ni to krew ni inna wydzielina, nie dużo, troszkę tylko, ale podejrzewam, że nie ma wszystkiego pogojonego w mordce.
Jakby to był domowy kot, to zabrałabym go do weta, ale Chudy to wciąż napięta struna - szybszy ruch,  i głośniejszy odgłos, machnięcie kocem czy szalem i kot wystrzela z miejsca jak z procy. Wraca, ale z takim ostrożnym okiem, a potem jest czujny i spięty przez następne kilka godzin. Obawiam się, że jak go właduję do przewozówki to dostanie ze strachu zawału. Haker i Kocica to boją się weta tak "po wierzchu", raczej dla zasady niż z faktycznego strachu - Chudy boi się całym sobą, jak dzikus.
Myślę, że jak wrócę z weekendu (wyjeżdżam jutro), to podejdę do weta i może da mi jakiś antybiotyk zaocznie.
Tak w ogóle to  zastanawiam się nad przyczyną. Fakt, ze problemy z pyszczkiem miał od samego początku jak tylko się pojawił w kwietniu w ogrodzie. Ale wet przy okazji leczenia go ze świerzba zaglądał mu tam i twierdził, że zęby ma w porządku. Może dopiero się zaczynało wtedy? Jakieś powikłania po kocim katarze? A może to wynik awitaminozy, może za późno zaczął jeść regularnie i porządnie? A może jest na coś chory? Z pewnością życie go nie rozpieszczało, a teraz jak jest bezzębnym kotem to bez ludzi raczej nie ma szans na przeżycie, przecież nie upoluje niczego. Dobrze, że zdecydował się zamieszkać z nami.

Oczywiście Bibi i Haker nie pochwalają naszych samarytańskich zapędów - Bibi syczy na Houdiniego jak tylko ma okazję, a Haker większość dnia mieli pod wąsem przekleństwa. Oba sypiają z nami w sypialni demonstracyjnie wchodząc wieczorem na schodach - Chudy sypia w dużym pokoju. Cieszę się jednak, że wszystko odbywa się na poziomie demonstracji i nie dochodzi do żadnych rękoczynów. Byłoby raczej cudem, jakby powitały go jak zaginionego brata, więc i tak nie jest źle. Myślę, że z czasem i ustabilizuje się wszystko.

No to tyle o Chudym. Dziergadła się dziergają, skończyłam kilka rzeczy, ale pokażę je następnym razem, jak porobię im wreszcie zdjęcia.

piątek, 18 listopada 2011

Siedem dni upierdliwca

/obrazek znaleziony gdzieś w sieci, nie pamiętam gdzie./

Właśnie tak wyglądam ostatnio, albo raczej nie wyglądam, bo mnie prawie  nie widać zza stosu chusteczek. Katar mnie dopadł i, leczony czy nie, ma zamiar utrzymać się na mnie swoje siedem dni.
Ehh... upierdliwiec jeden...

niedziela, 13 listopada 2011

Ciasta z dynią hokkaido

Zafascynowana relacjami Bei z dyniowych farm opisanych we wpisie Festiwal Dyni 2011 bezskutecznie poszukiwałam którejkolwiek z opisanych przez nią dyń. Niestety, kiedy pytałam sprzedawców o nazwę odmiany sprzedawanej dyni słyszałam "No, dynia." lub "Najlepsza!". Sytuacja powtarzała się, aż któregoś pięknego dnia trafiłam na dynię odmiany Hokkaido i oczywiście natychmiast ją kupiłam.
Dynia nie była duża, wielkości główki kapusty, i po pokazowym odleżeniu się na parapecie okiennym w charakterze ozdoby została przeznaczona na produkcję ciast.

Zrobiłam dwa różne, jedno z surową dynią, a drugie z pieczoną. Oba pyszne, co niewątpliwie jest zaletą dyni hokkaido.
Pierwsze jesienne, wilgotne, aromatyczne, rozgrzewające przyprawami ze zdecydowanie wyczuwalną nuta dyni. Drugie lekkie, troszkę piaskowe i delikatne w smaku, o ślicznej żółtej barwie, idealne do kawy lub herbaty.
Przedstawiam oba:


Dyniowa wiewiórka

składniki:

4 jajka
175 g cukru trzcinowego
175 ml oleju słonecznikowego
200 g mąki pszennej
100 g orzechów laskowych posiekanych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
200 g dyni, obranej i startej na tarce "duże wiórki"
1 cukier waniliowy
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki kardamonu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki imbiru

wykonanie:
Piekarnik nagrzać do temperatury 180 st C.
Formę "keksówkę" nasmarować masłem i wysypać mąką.
Jajka utrzeć z cukrem, następnie dodać olej - wymieszać dokładnie.
Mąkę, sól, proszek, sodę i przyprawy przesiać przez sitko, a następnie połączyć z jajkami - wymieszać. Dodać posiekane orzechy, a na końcu tartą dynię i dokładnie połączyć składniki.
Przelać do formy i piec 35minut do 40 minut, do "suchego patyczka".
Smacznego!

~~~~~~~~

Do drugiego ciasta trzeba najpierw upiec dynię. Po usunięciu nasion, pokrojoną na kawałki ułożyłam w żaroodpornym naczyniu i wstawiłam do gorącego piekarnika na 30 minut. Po ostudzeniu zmiksowałam blenderem na puree.

Ciasto ucierane z pieczoną dynią

składniki:
200 g miękkiego masła
4 jajka
150g cukru
1 cukier waniliowy
200 g puree z pieczonej dyni
150 g maki pszennej
100 g maki ziemniaczanej
1 łyżeczka proszku do pieczenia

wykonanie:
Nagrzać piekarnik do temp. 150 stopni.
Formę "keksówkę" wysmarować masłem i oprószyć mąką.
Utrzeć masło z cukrem i cukrem waniliowym na pulchna masę. Następnie dodawać po jednym jajku za każdym razem dokładnie ucierając masę.
Dodać puree z dyni i wymieszać. Obie mąki i proszek do pieczenia przesiać przez sitko i całość dokładnie wymieszać.
Ciasto wlać do formy i piec około 45 minut na złoty kolor, do "suchego patyczka".
Smacznego :)

środa, 9 listopada 2011

szalik Wielokropek skończony

Kolejny prezent gwiazdkowy skończony - szalik Wielokropek, a raczej Wiele Kropek ;)
Tym razem jest dwustronny, w dwóch kolorach, ozdobiony kropkami z pojedynczych oczek przetykanych na zasadzie żakardu.
Powstał z włóczki Regia Silk (55% Merino, 25% Nylon, 20% Jedwab)- miękkiej i przyjemnej dla skóry - na drutach 3.0mm, z dwóch kolorów: szarostalowego i stonowanego granatowego. Zużyłam 80 gram, szalik ma długość 90 cm a szerokość 15cm.

edycja - jak to jest zrobione?

Jako, że kilka osób spytało się mnie o sposób jakim zrobiony jest ten szalik, postanowiłam dodać tu krótki opis. Nie jest on profesjonalny, ale mam nadzieję, że będzie pomocny.
Szalik robiłam go na bazie ściągacza, który w domu określany był jako “ściągacz z dziurą w środku”.
Robi się go tak:
Pracujemy z dwoma kłębkami na raz.
Nabieramy oczka kolorem nr1 i pierwszy rząd przerabiamy pojedynczym ściągaczem. W następnym rzędzie dołączamy kolor nr 2 i przerabiamy oczka naprzemiennie: prawe kolorem nr1, a lewe kolorem nr2. Nitki prowadzimy “w środku” robótki, znaczy jak robimy prawe oczko to z tyłu, a jak lewe to z przodu.
Kolejne rzędy przerabiamy oczka tak, jak schodzą z druta i według koloru, którym były robione. Po kilku rzędach pojawia się wolna przestrzeń pomiędzy warstwami robótki, owa "dziura".
Jako, że przy dużych powierzchniach robótka może się zbytnio rozwarstwiać, wprowadziłam kropeczki, które uzyskuje się zamieniając kolor pojedynczych oczek. Można oczywiście wrabiać bardziej skomplikowane wzorki, na przykład takie, jak w norweskich swetrach.
Przy nabieraniu oczek należy koniecznie pamiętać, że robótka jest dwa razy węższa niż próbka zrobiona wzorem pończoszniczym, bo oczka dzielą się pomiędzy dwie warstwy.
Jeśli nie będziemy używać dwóch różnych kolorów, ale jednego, to można w ten sposób zrobić również mocne, nierozciągające się ściągacze do swetra lub czapki - ciepłe, bo dwuwarstwowe.

O ile udało mi się zorientować, to ten sposób robienia na drutach ma angielską nazwę "double knitting" i pod nią można znaleźć w sieci sporo filmików lub przepisów ilustrowanych zdjęciami.

Życzę powodzenia w tworzeniu dwustronnych cudów :)

wtorek, 8 listopada 2011

złamany drut, baktus, Chudy i jesień

Wczoraj wieczorem złamałam drut przy dzierganiu Października. Pech. Oczka połapałam, drut zaślepiłam zatyczkami, ale na razie sweter poszedł w odstawkę, bo nie mam drugich takich drutów. Będę dziś zamawiać i zastanawiam się, czy nie zdecydować się na metalowe, skoro akrylowy pękł mi w ręku.
Tak więc sweter leży odłogiem, ale baktusa skończyłam już kilka dni temu - na tyle dawno, że w międzyczasie wydłubałam następny szalik, który od wczoraj schnie i się blokuje - więc mogę Wam pokazać zdjęcia.
Wyszedł kolorowy i wesoły. Włóczka po upraniu zmiękła i zrobiła się przyjemna w dotyku. Myślę, ze będzie się dobrze nosił.
Robiłam na drutach 3.0mm, zużyłam 80 gram, a baktus ma wymiary 128cmx32cm - jest akurat.

W ogrodzie jesień.
Chudy od ostatniego pobytu w  domu, ponad dwa tygodnie temu, nie przekracza naszego progu. Ba! nie pozwala do siebie podejść bliżej, niż na pół metra. Mąż ma czasem farta i uda mu się go pogłaskać przy jedzeniu, ale ja mam całkiem przechlapane (pewnie za  to łapanie do domu) - mogę zbliżyć rękę na max 30 cm i na tym koniec. Potem kot się odsuwa.
W związku z takim zdecydowanym umiłowaniem wolności i świeżego powietrza przez Chudego - wiadomo, że jeśli chodzi o upór to z kotem nie  wygrasz - zrobiłam mu jakiś czas temu prowizoryczny "domek" z pudła, by miał gdzie się chować w wietrzne i chłodne noce, i ustawiłam pod jego ulubionym starym krzesłem ogrodowym.
Nie jest porywający i tylko taki "na razie", póki nie zrobimy mu czegoś cieplejszego na zimę, ale chroni. Chudy raczył zaakceptować schronienie, sypia  w nim i czasem w mokre dni też można go w nim zastać.

A w ogrodzie jesień na całego. Liście spadają z drzew, ale wciąż kwitną ostatnie dzielne  kwiaty. Ku mojemu zdziwieniu oprócz jesiennych marcinków kwitnie tez kosmos, maczki kalifornijskie, a z balkonu, łapiąc się żółknących liści glicynii, zwiesza się powojnik. Jest pięknie...
marcinki, astry nowoangielskie
kosmos
maczki kalifornijskie
powojnik
owoce kaliny

piątek, 28 października 2011

Candy fioletowo-zielone u Miriel

Bardzo lubię ładne rzeczy, a Wy? Lubicie kwiaty origami, słodkie kokardki i gwiazdki szczęścia? Koraliki?
Jeśli tak, to macie szansę wygrać te cuda u Miriel, na jej blogu Ame to umi.
Mnie szalenie podobają się te papierowe irysy, i inne cudeńka, które wyszły spod jej ręki, więc ustawiłam się w kolejkę do losowania, chociaz znając mojego pecha w e wszelkich candy, pewnie ich nie wygram.
Ale może Wy wygracie?
Zapraszam więc na Candy fioletowo-zielone u Miriel.

czwartek, 27 października 2011

Głos z Kanapy - co lekarze powiedzieli

Tak, dalej przesiaduję na kanapie. Może już nie tak dużo, bo przejęłam obowiązki domowe, ale niemniej wciąż spędzam na niej sporo czasu.
I samochodem już jeżdżę, o! I zakupy zrobię - wprawdzie zajmuje mi to dwa razy więcej czasu, ale za to mogę dokładnie obejrzeć co leży na półkach ;)
Niemniej jednak na wizycie kontrolnej u ortopedy pan doktór nie był zadowolony z mojej nogi. Z jakiś powodów staw jest zbyt usztywniony, a właściwie nie staw tylko mięsień czterogłowy uda szwankuje. Kazał więcej ćwiczyć, szczególnie na stacjonarnym rowerze i chodzić na basen.
Rower kupiliśmy (ehhh...cóż zrobić), a basen znalazłam sobie kawałek od domu - świeżutko otworzony, prywatny basen, średniej wielkości, ale ja nie potrzebuję olimpijskiego, za to ma masaż dyszami podwodnymi i bardzo kameralną atmosferę. Co najważniejsze jadę tam 3 minuty samochodem.
Za to pani doktór od rehabilitacji kazała zrobić usg kolana, bo nie podobało się jej, że jest wciąż cieplejsze i chciała wiedzieć co jest w środku.
No to poszłam na to usg. Dowiedziałam się, że oprócz tego co mi zreperowali, to złamałam sobie jakiś kłykieć dostawowo, znaczy odłamki wylądowały w torebce stawowej. Tak przynajmniej zrozumiałam. Są to mikrozłamania, niektóre odłamki są wielkości beleczki kostnej (co by to nie znaczyło). W każdym razie, tego typu złamań nie ma jak zaleczyć ani zoperować, bo tam nie ma dostępu. Już mi tak zostanie i co jakiś czas będzie się odzywać, bo organizm nie leczy sam takich mikrozłamań. Co najwyżej mogą nastąpić zwapnienia.
Na dodatek dowiedziałam się, ze ten czterogłowy mięsień uda nie działa jak trzeba, bo został naderwany i teraz jego struktura wygląda jak wielka czarna gąbka. W każdym razie na ekranie aparatu usg tak wygląda. To, na szczęście, się zaleczy, ale potrzebuje czasu. Reszta stawu, rzepka, wiązadła, ścięgna itd. jest w porządku.
Wyszłam z tego usg i pomyślałam sobie, że jednak trzeba było nie wsiadać na konia...

Na drutach dalej dłubię, trochę wolniej, bo dwie rzeczy na raz. Mąż zamówił sobie sweter z tej samej włóczki, z której robiłam Listopad. Zaczęłam więc robić, trochę innym wzorem i nie bezszwowo tylko normalnie, w częściach, i dałam mu na imię Październik.
Jak na razie to dużo nie mam, bo zaczęłam dopiero robić podkrój pod pachy na plecach. Włóczka jest ciemna i w pochmurne dni patrzenie na nią wpędza mnie w posępny nastrój, więc dla odmiany zaczęłam robić Baktus'a z kolorowej skarpetowej włóczki. Również nie mam go dużo, ale posuwam się do przodu ;)

Chusta Dusty Pink nosi się wspaniale, jestem zachwycona tą wełną i już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę robić sweterek dla siebie z tej w kolorze jeansowym. Najpierw muszę skończyć Październik, więc do roboty! ;D

środa, 26 października 2011

Cat Week 2011


PETA ogłosiła bieżący tydzień Tygodniem Kota 2011, w związku z tym wiewiórka i mieszkające z nią Koty składają wszystkim odwiedzającym i ich Kotom wszystkiego najlepszego!
Delphi vel Bibeńka
Haker vel Strachajło
Chudy vel Dr Jekyll & Mr Hyde

niedziela, 23 października 2011

chusta Dusty Pink skończona

Nareszcie mam swoje cudo.
Skończyłam chustę z pimposhkowej bfl, "cienizny" i jestem nią zachwycona. Raczej powinnam napisać "nimi zachwycona"?
Po pierwsze zachwycająca jest chusta, miękka, leciutka (dokładnie 94 gramy), a przy tym ciepła. Po drugie zachwycona jestem wełną bfl, która wcale, a wcale nie gryzie, świetnie się z niej dzierga, ma delikatny połysk, który sprawia, ze zaczyna się ją podejrzewać o dodatek jedwabiu. A wreszcie - chociaż ten zachwyt jest najmocniejszy - nie mogę się nacieszyć prześlicznymi kolorami, które wyszły spod ręki Pimposhki. Są ustawione w gamie perfekcyjnie, świetnie pasują jeden do drugiego, jak zmieniałam nitkę to łapałam się na tym, ze nie widziałam początkowo różnicy w kolorze. Do tego całe motki są bardzo równo ufarbowane, żadnych przebarwień koloru czy odbarwień, żadnego "melanżu", po prostu ideał :D
Zdjęcia oddają kolor prawie idealnie.

 



 Robiłam na drutach 3.75mm, ściegiem pończoszniczym, tylko na brzegach jest po kilka oczek francuskiego i zakończyłam również kilkoma rzędami francuza, by się nie zawijała. Za całą ozdobę są "rozsypane" po całości bąbelki, no i oczywiście gradacja koloru. Bardzo przyjemnie się ją robiło, mimo że pod koniec miałam na drucie dobrze ponad 300 oczek.

Na pewno będę wracać do wełny bfl , nie mogę się już doczekać kiedy zacznę sweterek z jeansowego bfl-u, który mam od Mirabelki, ale najpierw muszę zrobić następny męski sweter z tej samej włóczki co Listopad, bo dostałam zamówienie domowe ;) Zaczęłam już i mam 7 cm, ale pokażę następnym razem jak będzie co pokazać, bo na razie nic nie widać.

sobota, 22 października 2011

Chudy i jesienny ogród

Chudy sypia w domu mniej więcej co drugą noc. Znaczy co drugi wieczór daje się złapać wieczorem, a co drugi w ogóle nie podchodzi do nas, a z jedzeniem czeka, aż sobie pójdziemy. Cierpliwie czekamy, aż sam dojrzeje do nocowania w domu.
Kiedy już jest w domu, to siedzi w tym pokoju co my, ładuje się na kolana, baranek, mruczanki, dreptanie i całe przedstawienie pod tytułem "Jestem pieszczochem".
Wygląda wtedy tak jak na fotce (sorry za jakość - zdjęcie z komórki)

Za to w ogrodzie, gdzie go dziś spotkałam, po nocy spędzonej na dworze, wygląda wcale nie gorzej:
Jak widzicie, nie ma już zrudziałej sierści, jest cały czarny, sierść, mimo że krótka ma solidny podszerstek - wiem, bo sprawdzałam czy mu widać skórę przy głaskaniu pod włos i nie dokopałam się do niej. Oprócz suchej karmy zaczęłam mu rano i wieczorem dawać karmę z puszki lekko podgrzaną, by miał "coś ciepłego" w brzuchu.

Poza tym w ogródku mam jesień na całego. Jako, że przez kolano nie wychodziłam do niego prawie wcale, to jesienne kolory zaskoczyły mnie i oczarowały bardziej niż zwykle, kiedy śledzę ich powstawanie. Trawa urosła i położyła się trochę, przez co ogród wydaje się być zarośniętym i "kosmatym".