poniedziałek, 21 grudnia 2009

świąteczny haft




Zrobiłam go już jakiś czas temu, ale jakoś najpierw schodziło mi wypranie go i uprasowanie, potem obszycie, a na koniec wsadziłam go do szuflady i - wstyd powiedzieć - zapomniałam o nim.
"Znalazłam" go dziś, przypadkiem, i postanowiłam pokazać szybciutko, przed świętami.





Wzór pochodzi ze sklepu Needle&Art i identyczny z wizerunkiem Mikołaja jakiego dostałam w dzieciństwie od cioci z Ameryki. I w ten sposób cocacolowy Św. Mikołaj zawładnął moją wyobraźnią i pozostał tam na zawsze ;)


niedziela, 20 grudnia 2009

ciepluchy siedzą w domu

Na dworze mróz.
Rano termometr nieodmiennie pokazuje -17 stopni.
Szczypie w poduszeczki łap, a trzydzieści centymetrów śniegu trzeba ugniatać własnym brzuchem. Drewno do schodzenia oblodzone, nawet dywanik na parapecie zimny i nieprzyjemny.
Od trzech dni Delphi nie rusza się z domu - w spokoju przesypia całe dnie przekładając się z łóżka przed kominek i z powrotem.
Haker miota się w szalonej rozterce - wydziera się do oknem lub drzwiami by go wypuścić, ale po otworzeniu tylko wygląda, zaciąga się mrozem i cofa się. Potem poirytowany odchodzi machając tygrysio ogonem.
Spotek wychodzi. Młode to i głupie. Wybiega na śnieg szybko, szybko by jak najmniej parzył w łapy, biegnie pod jakiś krzak gdzie usiłuje znaleźć trochę cieplejszej ziemi - nic z tego. Wołany wraca biegiem, a potem długo chucha w poduszeczki łap.
Kocica patrzy na niego z politowaniem - wiadomo przecież, że w taki mróz ciepluchy siedzą w domu.

czwartek, 17 grudnia 2009

forma

"Charakter rodzi się z wypracowanych nawyków. Kogokolwiek byś nie udawał, byle wystarczająco konsekwentnie, tym się w końcu staniesz. To odróżnia nas od zwierząt i istot niższych, ich Forma pochodzi zawsze z zewnątrz, same nie są w stanie się zmienić."

Jacek Dukaj "Inne Pieśni"

wtorek, 15 grudnia 2009

odkrycie

Wczesnym wieczorem, w pokoju sypialnym, na kapie zaściełającej, odkryto nieznany gatunek ślimaka!
Otrzymał on nazwę Ringella felis helix.
Podejrzewa się, że gatunek ten posiada tylko jednego przedstawiciela toteż badania nad nim prowadzi specjalna jednostka naukowa i są one objęte całkowitą tajemnicą. Naszej korespondentce udało się jednak zrobić zdjęcie badanej istocie, które prezentujemy poniżej.



poniedziałek, 14 grudnia 2009

a w lesie śnieg

Spadł śnieg!
Jeszcze niewiele, jeszcze bardzo mokry, ale stara się jak może oblepić wszystkie gałązki.
Bukowy las cichy, tak cichy, że słychać skrobanie pazurków kowalika na wysokiej sośnie.
I monochromatycznie w nim było dziś rano...


czwartek, 10 grudnia 2009

radość z zakupów

Moja Bibeńka zawsze wita mnie gdy wracam do domu z zakupami.
Czy to przed domem, przy samochodzie, czy też na schodach w domu, kiedy zdejmuję buty, a ona schodzi zaspana z góry. Jeszcze ciepła od snu sprawdza czarnym noskiem co też przyniosłam tym razem.

Idziemy razem do kuchni i tam asystuje mi przy wypakowywaniu toreb. Najlepiej jest, jak postawię je nisko tak, by mogła zajrzeć do każdej. Jeśli się bardziej spieszę i wypakowywuję wszystko na blacie to pytające spojrzenie tak mocno stuka mnie palcem po plecach, że w końcu odwracam się i pokazuję co trzymam akurat w ręku.
- Widzisz, to tylko chleb, ładnie pachnie - podtykam kotce bochenek pod nos.
Wącha bez przekonania.
- Ładnie...??? - spojrzenie pełne wątpliwości.
Potem zgodnie z zasadą, że o gustach się nie dyskutuje, zagaduje o następne rzeczy.

Dziś przyniosłam warzywa z warzywniaka. Reklamówki z tego sklepu mają jakąś magię w sobie - a może tylko zapach selera, który uwielbia jak inne koty walerianę - w każdym razie Delfik dostaje dzikie oko i żąda natychmiastowego przydzielenia jednej z nich do wytarzania się.
Nawet zapach mielonego nie jest w stanie konkurować z tą mieszaniną warzyw i plastiku.
Patrzyłam na stateczną kotkę, dostojną panią w średnim wieku, jak w amoku tarza się po podłodze kuchni z łebkiem wepchniętym w reklamówkę, ściąga ją machaniem pazurzastych łap, wyciera się o nią, przewraca się pokazując cały czarno-biały brzuszek i znów próbuje wcisnąć głowę do środka.
Żadnego zmieszania, żadnego wstydu, nic. Upojenie reklamówką z warzywniaka w pełni...








środa, 9 grudnia 2009

granola - kusicielka

Odkryłam granolę.
Może i późno, ale za to z wielką pasją.
Granola okazała się być czymś, co bardzo mi odpowiada i do tego daje taki rewelacyjny pretekst do objadania się nią - jest zdrowa, zawiera mnóstwo witamin, minerałów i masę błonnika. Jest chrupiąca, pachnąca prażonym ziarnem, migdałami i karmelem z trzcinowego cukru. Miękkie żurawiny doskonale współgrają z chrupkimi płatkami, a ich delikatnie kwaśne owoce są znakomitym kontrastem dla słodyczy pozostałych składników.
Jeśli w najbliższym czasie zrobię się podobna do pączka to będzie to wina granoli, nie moja.

Po przejrzeniu kilkunastu przepisów robię swoją granolę mniej więcej (modyfikacje są tworzone na gorąco, w zależności od zawartości szuflad) tak:

Granola



Składniki(proporcje na 1,5 litra objętości):
225 g płatków owsianych
50 g cukru trzcinowego
200g musu jabłkowego (tego mam duuuużo - mam dwie jabłonki przecież ;) )
100g łuskanego słonecznika
100g całych migdałów
2 łyżki oleju
2 łyżki miodu
100g suszonych żurawin( ew. rodzynek, ale to już nie to samo ;) )



Nagrzewam piekarnik do 170 stopni.
W misce mieszam płatki owsiane, słonecznik, migdały, cukier, mus jabłkowy. roztapiam w miód, dodaję olej i wymieszane wlewam do miski z mieszaniną.
Blachę wykładam papierem do pieczenia i rozkładam na nim mieszaninę równą warstwą.
Wstawiam po piekarnika i piekę 20-30 minut w zależności od stopnie zrumienienia składników. W czasie pieczenia mieszam całość 2-3 razy.
Po uprażeniu dodaję żurawiny (lub rodzynki), mieszam i zostawiam do ostygnięcia na blasze.
Po ostygnięciu kruszę na kawałki i wsypuję do słoja.
Podobno można przechowywać w szczelnym naczyniu kilka tygodni, ale nie miałam okazji tego sprawdzić - granola znika u mnie w ciągu tygodnia.

Można ją jeść samą, lub z jogurtem, można też z mlekiem, można posypać nią lody.

Smacznego :)

poniedziałek, 7 grudnia 2009

pan Mate, Samochwała

W zeszłym roku przeczytałam książkę "Pod słońcem Toskanii" F. Mayes i byłam nią zachwycona. Później spotkałam się z opinią, że warto też przeczytać książki Ferenc'a Mate o Toskanii.
Skusiłam się.
Mocno się skusiłam, bo od razu kupiłam zamiast pożyczyć z biblioteki. I jak to mówią "co nagle to po diable".

Zaczęłam czytanie od "Winnicy w Toskanii". I myślę, że jednak nie skończę, mimo, że przebrnęłam z uporem przez ponad 200 stron i do końca zostało mi bardzo niewiele. Ale już nie zdzierżę.
Pan Mate, Węgier, jak to podkreśla przy byle okazji, jest wyjątkowym samochwałą i niestety, nie umie pisać o tym z wdziękiem. Czytając książkę, odnosi się wrażenie, że cała ludzka populacja dzieli się na przyjaciół pana Mate i resztę, którą jest zbiorowisko niewydarzonych palantów. Przyjaciele to osoby wyjątkowe, wysoko postawione, a jeśli akurat nie, to okazują się być świetnymi fachowcami obdarowanymi darem bożym w dziedzinie jaką się akurat zajmują. I wszyscy oni za punkt honoru stawiają sobie pomaganie panu Mate. Bo pan Mate ma marzenie. Chce mieć winnicę i robić wino, więc pół Toskanii staje na głowie, by dostał to co chce.
Pan Mate wiele razy w książce podkreśla, jak to stoi na skraju bankructwa, jak remont, a właściwie restauracja zabytkowego domostwa i zakładanie winnicy wykańczają go finansowo, co nie przeszkadza mu zostawić wszystko na głowie wynajętych ludzi i spędzać sobie kilkutygodniowe urlopy w górach (gdzie następna dobra dusza wynajmuje mu dom, dba o niego i jego rodzinę).
Rozumiem, że pisarz musi koloryzować, że suchy opis remontu to żaden materiał na książkę, ale są granice. Granice dobrego smaku i jakieś hamulce w przechwalaniu się.
Z kart tej książki przebija jedno: "Ja, ja, ja... i jeszcze raz ja."

Żałuję, że zwiedziona zachęcającymi opisami kupiłam od razu dwie części tego czegoś, trzeba było nie kupować, pożyczyć, sprawdzić, znaleźć pół godziny, przysiąść w empiku i przeczytać na miejscu kawałek.

Teraz mam na zbyciu "Winnicę w Toskanii" (czytane raz) i "Wzgórza Toskanii" (nawet nie otwierane) i niezbyt mam pojęcie co z nimi zrobić.
Jacyś chętni? ;)


Dodam tylko, że panu Mate nie udało się jednak obrzydzić mi Toskanii dokumentnie - dalej mam ochotę zobaczyć ten kawałek świata.

wtorek, 24 listopada 2009

skutki kociego myślenia

Lało całą noc.
Rano też lało.
Zmoknięte sikory okupują karmnik próbując najeść się jak najszybciej i uciec gdzieś przed deszczem choć trochę.
W pokoju, pod drzwiami balkonowymi, Haker urządza koncert - miałki, pomruki, przeciągłe jęki, walenie łapami w szybę, znów gardłowe śpiewy.
- Wyyyypuść mnieeee... noooo wyyyypuuuść!
Niewzruszona ignoruję kota. Co roku, koty tracą wstęp dzienny na balkon w momencie ustawienia tam karmnika. Po zmroku, proszę bardzo, mogą wychodzić i siedzieć tam, ale w dzień nic z tego.
Po piętnastu minutach jęków Haker zrezygnował. A może nie zrezygnował, a pomyślał?
Bo ten kot, nagle odszedł od szyby i poprosił o wypuszczenie na dwór - drzwiami. Cóż, drzwiami kotom wolno wychodzić, oknem na parterze też, więc wypuściłam.
Pięć minut później Haker dobija się do okna. Wstaję by go wpuścić, jeszcze z oczami w monitorze, uchylam okno i...
No tak, kocisko dzierży w zębach modrą sikorkę. Trzyma ją precyzyjnie, za kark tak, że łepek niknie w pysku. Sikorka nawet już nie drga, widać, że kompletny trup.
Pogłaskałam kota (cóż zrobić) podziękowałam za propozycję podzielenia się łupem i wypchnęłam za okno. Zeskoczył na trawę i tam wypluł ptaszka i rozpoczął nad nim kulinarne medytacje.
Dalszego ciągu relacji nie będzie, bo odeszłam od okna.


poniedziałek, 23 listopada 2009

zła

Chciałam zamówić sobie zestaw do haftu przez net.
Długo się z tym nosiłam, wybierałam, przebierałam, zastanawiałam się gdzie to powieszę i czy będę potem mogła patrzeć na to codziennie. No, i żeby był odpowiednio trudny, bo z łatwymi haftami to nie ma zabawy.
Dziś rano zdecydowałam się zamówić w końcu wybrane cuda. Już je miałam w koszyku, kiedy coś mi przeszkodziło w dokończeniu zakupów.
Jak znów miałam czas zajrzeć do sklepu internetowego, to mój wybrany, cudowny, pracochłonny zestaw był już niedostępny! Nie mieli go już na magazynie, znaczy, ktoś go kupił w międzyczasie.
To świństwo!
Nie bawię się tak!
I jestem zła...

niedziela, 22 listopada 2009

biscotti, czyli conieco do herbaty

Trafiłam na ten przepis na świetnym blogu Strawberries from Poland. Uwiodły mnie ciepłosłonecznym kolorem i musiałam je upiec.
Zmieniłam conieco w stosunku do pierwotnego przepisu - orzechy laskowe są bardziej aromatyczne po upieczeniu, a gałka muszkatołowa użyta przy pieczeniu dyni nadaje im leciutko pieprznego smaku, wyczuwanego na języku jesxzcze długa chwile po przełknięciu ostatnich okruszków.
Niezbyt suche, pyszne z herbatą, doskonałe z kakao i same również.

Zaczynam od upieczenia dyni. Obieram ją, kroję na kawałki, mniej więcej w kostkę 2x2 cm i układam w żaroodpornym naczyniu. Skrapiam olejem, posypuje solą i mieloną gałką muszkatołową. Wstawiam do piekarnika nagrzanego do 170 stopni i piekę około 30 minut, mieszając w połowie. Czas pieczenia zależy od odmiany, trzeba sprawdzac, niektórym wystarcza 20 minut.
Jak dynia ostygnie rozgniatam ją na purre jak ziemniaki.

To jak już mam dynię to mogę się zabrać za biscotti.

dyniowo-orzechowe biscotti



Składniki:

340 g maki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jaja, żółtka oddzielone od białek
80 g cukru
300 g puree z pieczonej dyni
170 g roztopionego masła
100 g orzechów laskowych
50 g rodzynek

Rozgrzewam piekarnik do 170 stopni.

Roztapiam masło i odstawiam do ostygnięcia.
Kroję orzechy laskowe, nie za drobno, mniej więcej na połówki.
Mieszam w misce mąkę i proszek do pieczenia
Rozdzielam jajka i ubijam białka na sztywną pianę dodając pod koniec połowę cukru.
Resztę cukru ucieram z żółtkami do białości, a potem dodaję purre z dyni.
Do masy dodaję 1/3 piany z białek, mieszam, a kiedy się połączą dodaję resztę piany. Mieszam delikatnie.
Następnie dodaję masę do mąki, mieszam delikatnie dodając schłodzone mało a na końcu orzechy z rodzynkami.

Wykładam masę blachę wyłożoną papierem do pieczenia formując dwa wałki podobnej wielkości.
Piekę przez 30-40 minut uważając, by spód placków nie przypiekł się.

Wyjmuję ciasto z piekarnika, kroję na kromki około 1 cm grubości i układam na kratce z piekarnika.
Obniżam temaperaturę w piekarniku do 150 stopni.
Piekę przez około 15-20 minut az powietrrzchnia zrobi się sucha. Studzę w uchylonym piekarniku.

Przechowuję w szczelnej metalowej puszce. Podobno mogą leżeć tam i kilka tygodni, ale u mnie nie mają na to szans.

piątek, 20 listopada 2009

bez złudzeń

Dostałam ostatnio niewielki tomik poezji.
Wyjątkowy, bo otrzymany od wyjątkowej osoby i zawierający wyjątkowe wiersze. Wiersze o kotach.
Pan Franciszek J. Klimek w tomiku "Gdy KOT przebiegnie ci drogę" w piękny i wzruszający sposób pisze o tych niezwykłych zwierzętach.



Cats were put into the world to disprove the dogma that all things were created to serve man.* - Paul Gray


ŻEBY CZŁOWIEK NIE
MIAŁ ZŁUDZEŃ

Żeby człowiek nie myślał, że jest doskonały
i żeby nie miał złudzeń, że się z Bogiem zbratał,
że wszystkie mu zwierzęta będą się kłaniały
i uznają, że właśnie on jest panem świata -
żeby więc człowiek nie wpadł w samouwielbienie,
by poznał jak ułomna jest z niego istota,
Bóg dał mu przykazania, rozum i sumienie,
a gdy to nie pomogło, wtedy stworzył KOTA.



*) Kot został przysłany na ten świat, aby obalić dogmat, że wszystko zostało stworzone po to, aby służyć człowiekowi.

środa, 18 listopada 2009

fimo

Od jakiegoś czasu zafascynowała mnie masa plastyczna termoutwardzalna, fimo. Kolory, kolory kolory - to fascynuje najbardziej, ugniatanie i lepienie też wciąga, a najbardziej wciąga posiadanie coraz to większej ilości kolorowych koralików :D
Bo narazie jestem skupiona na POSIADANIU. Ot tak, dla samej przyjemności grzebania w kolorowych kuleczkach. Możliwe, ze kiedyś powstanie z nich coś, ale narazie poprostu je MAM.

listki różnej maści:


***

duże listki na ewentualne broszki:


***

kolorowe koraliki:

***

koraliki innoksztłtne:

***

Niestety, zdjęcia przekłamuja trochę kolory, jesienna aura i brak światła nie pomaggają w sesjach zdjęciowych :)

wtorek, 17 listopada 2009

kot "Too Lazy" skończony

Skończyłam haftować obrazek z kotem projektu Charles'a Wysockiego pt. "Too Lazy". Po oprawieniu w ramkę całość prezentuje się tak:


poniedziałek, 16 listopada 2009

przedświąteczny kicz

Pojechałam dziś do sklepu po segregatory.
Zaraz po wejściu natknęłam się na stojak ze świątecznymi drobiazgami. Dokładniej, leżały tam małe ręczniczki kuchenne, białe, czerwone i zielone w kontrastowo-złota kratkę i różne obrusy świąteczne.
I wiecie co? Zrobiło mi się tak fajnie. Poczułam się jakoś bliżej świąt. Tak wiem, że to komercja i że to za wcześnie, ale zachwyciło mnie to.
Przyznaję się, trudno, lubię ten cały przedświąteczny amok i kicz, komercję wyglądającą z każdego kąta pod postacią bałwanków, reniferów i złotych dzwonków. Nie, nie kupuję ich, w każdym razie nie bałwanki, ale lubię.
I lubię świąteczne, amerykańskie piosenki.



Acha, segregatory oczywiście, kupiłam. I ręczniczki też :D

piątek, 13 listopada 2009

głową w dół

Spotek wyszedł późnym wieczorem.
Nie wrócił wołany o 23.00, nie wrócił wołany o 24.00. Spędził upojną noc listopadową wśród mgły, mokrej trawy i butwiejących liści.
Rankiem kiwał się w półśnie na parapecie okiennym czekając na litościwą duszę, która wstanie nad ranem i go wpuści.
Zanim opowiedział wszystkim nocne przygody, zanim coś zjadł, zanim wlał Hakerowi, który sobie z niego podrwiwał, że głuchy jak go wołają, było już południe. Kocica namówiła go na mały wypad do ogrodu. Ot, na chwilkę, bo sikorki już tak zbeszczelniały, że nic a nic się nie boją kotów za szybą i trzeba im dać nauczkę i przypomnieć kto tu rządzi. Spotek, z zapałkami w oczach, poszedł.
Chwilę potem wszyscy wyszli z domu i kot znów czekał na parapecie.

Więc, jak już udało mu się wrócić do domu, nie był wybredny co do miejsca i pozycji do spania - na krześle, głową w dół, z krzywo zawiniętymi łapami, odsypiał nocne wojaże, dzienną złośliwość losu i bezczelność sikorek.

środa, 11 listopada 2009

ogród w listopadzie

Grabiłam dziś liście w ogrodzie i widziałam:
mokrą trawę,
złote monetki listków spirei,
brunatne i skórzaste liście jabłoni i wiśni piłkowanej,
pokładające się pędy rozchodnika zwieńczone bordowymi kwiatami ciężkimi od wody,
niebieskie gwiazdki astrów krzaczastych,
pomarańczowe łupinki czerwonych owoców dławisza
i , na drewnianym stole, złote kule antonówek wśród liści...

wtorek, 10 listopada 2009

raport postępowy

Czas na raport z postępów w układaniu "Irysów" V. van Gogh'a.
Nie powiem, by mi szybko szło. Po pierwsze, mogę układać tylko przy dziennym świetle, bo w sztucznym kolory pływają i nijak nie można ich dopasować. Po drugie, układanka jest trudniejsza niż sobie wyobrażałam (a wyobraźnię mam niczego sobie).
W niedzielę miałam dobry dzień i oto efekt:


poniedziałek, 9 listopada 2009

łóżko "for high elf"

Z nocnej mgły wynurzył się dostawczy samochód i przywiózł zamówione osiem tygodni temu łóżko.
W przedpokoju pojawił się wielki materac, równie wielki stelaż i dwie paczki: jedna "normalna", druga długa i chuda. I ciężka.
Pan pomógł wnieść klamoty i się ulotnił z miłym "dobranoc".
Spojrzeliśmy po sobie.
Uśmiechnęliśmy się.
Chłopaki zaczęli wnosić klamoty na górę, a ja popędziłam po kuferek z śrubokrętami i innymi gadżetami.
Stanęłam w docelowym pokoju ściskając ów kuferek i dziarsko dyrygowałam tragarzami. Potem większego wypchnęłam za drzwi i zaczęłam dyrygować młodszym, wychodząc ze słusznego założenia, że o tak później porze z mniej doświadczonym pójdzie mi łatwiej.

Uwielbiam skręcać meble. Łączenie elementów, dopasowywanie śrub, kołków i śledzenie, jak ze stosu "niczego" powstaje "coś" fascynuje mnie. Oczywiście, ktoś musi mi podawać różne rzeczy, trzymać drugi koniec elementów, przesuwać, odsuwać itd, więc młody był niezbędny.

Tym razem nie poszalałam - całość złożyła się za pomocą ośmiu kołków i czterech długich śrub. Potem położyliśmy stelaż, a na nim materac.
Na materacu pierwszy znalazł się... oczywiście Haker. Zmaterializował się jak tylko skończyliśmy. Wskoczył na łóżko, rozciągnął się na cała długość i jeszcze trochę, przewrócił na drugi bok i mruknął, że łóżko jest ok.

Tak więc moje wyrośnięte dziecię weszło w posiadanie swojego trzeciego łóżka w życiu. Po dziecinnym łóżeczku, z którego wyprowadziło się w wieku dwóch i pół roku na tapczan młodzieżowy, dostał dorosłe łóżko. Odpowiednio długie by mu nie wystawały stopy ( 210 cm) , szersze od dotychczasowego (90 cm) i z doskonałym materacem, który jest taki sprytny, że podpiera kręgosłup tak, że jest on zawsze w linii prostej, niezależnie czy śpi się na boku czy na wznak.
"I nareszcie nie bolą mnie kości biodrowe jak leżę na boku!"

sobota, 7 listopada 2009

mgliście


Kos śpiewa w mlecznej mgle.
Dźwięki brzmią krótko, potem zapadają w wilgotną miękkość powietrza i giną w mokrej trawie.
Zapada cisza, którą zakłócają tylko spadające z drzew krople wody.
Butwiejące liście czekają na zgrabienie, tylko Antonówka, wciąż w brązowej szacie, próbuje prześcignąć dęby i nie zrzuca liści.
Sójka przeskakuje między gałązkami płosząc sikory i dzwońce. Jej różowo-niebieskie pióra lśnią jasną plamą na tle wszechobecnej szarości.
Listopad w ogrodzie.

środa, 4 listopada 2009

przez zadymkę po mleko

Kubek gorącego kakao dymi na biurku.
Właśnie wróciłam z cotygodniowej wyprawy po mleko i tym razem była to prawdziwa WYPRAWA.
Bo i cóż, śnieży.
Jak w całej Polsce dziś.
Rano pod śniegiem i oblodzoną jezdnią padli drogowcy z Wielkopolski i Śląska.
Czy może nauczyło to coś naszych drogowców? Drogowców z województwa pomorskiego? Czy wyciągnęli łopaty, napełniki piaskarki, przykręcili lemiesze do pługów? Ależ skąd!

Śnieżyć zaczęło około 16.00 . Delikatnie, nieśmiało, tak aby, aby.
O 19.30, kiedy ruszałam po mleko (20 km w jedną stronę) śnieżyło już pewniej. W mieście. Jak się okazało, za miastem była zadymka na całego. A ja na letnich oponach, bo z racji kolejek w warsztacie mamy je zmieniać dopiero w sobotę.
Więc jadę.
Wolno, 40-50 na godzinę.
Pojechałam okrężną, "lepszą" drogą. I byłoby świetnie żeby nie to, że musiałam podjechać pod 3 spore górki drogą wyłożoną betonowymi płytami. Znaczy płyty były pod śniegiem, a między śniegiem a nimi był lód.
Muszę Wam powiedzieć, że pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się rozmawiać z samochodem :D Do tej pory uważałam to za filmowy wymysł :D No więc jakoś - na jedynce, wyjąć silnikiem, kopiąc kołami i manewrując kierownicą - udało mi się wciągnąć na te górki. Żeby mnie całkiem dobić, noc zesłała mi jakąś Skodę, która minęła mnie pod górę co najmniej sześćdziesiątką. Pewnie jej już zmienili opony.
Wracałam inną drogą. Bardziej płaską. I poza jednym prawie-wylądowaniem w rowie było ok.

Jazda z szybkością 20-30 km na godzinę, po lodzie, otwiera przed człowiekiem nowe horyzonty. Uświadamia, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od techniki, opon, abs i jak ciężko jest panować nad półtoratonowym ciężarem sunącym po jedzni.
Jak dojechałam do domu to miałam wrażenie, jakbym ciągnęła to auto zamiast nim jechać.

No, ale teraz piję pyszne kakao i bardzo mi się podoba biel za oknem, a co!

wtorek, 3 listopada 2009

złoty las



W lesie, jak śnieg, spadają liście.
Wirują, podlatują, szybują lekko obracając się w powietrzu.
Jest słonecznie.
Płatki miedzi i złota.
Ostatnie dni jesieni w bukowym lesie.


poniedziałek, 26 października 2009

jesienne liście i sroki

Mgliste dni.
Złotolistne, mleczne od mgły i mokre od mżawki.
Mój ogród zasypia przykrywając się brunatnymi liśćmi jabłonek, pomiędzy którymi, nieśmiało błyskają fioletem marcinki. Funkie rozkładają szeroko zważone mrozem złoto-żółte liście.
Tylko róża okrywowa o drobnych białych kwiatach kwitnie jak oszalała.
Otwiera, jedna za drugą, całe kiście kwiatów, a następne pączki już czekają w pogotowiu. Będzie tak kwitła aż do dużych mrozów, aż biały śnieg poplami brązowymi plamami porcelanowe płatki.

Dziś, idąc do sklepu, wysypałam kawałki czerstwego ciasta na skraju boiska. Wracając zobaczyłam osiem srok kołujących, lądujących, podskakujących koło jedzenia. Eleganckie, w smokingach, jak grupka łobuziaków podlatywały, nabierały w dzioby po dwa, trzy kawałki i odlatywały na okoliczne drzewa by zjeść w spokoju.
Stałam po drugiej stronie ulicy i przyglądałam się im. Opalizująca zielenią i fioletem czerń skrzydeł, wachlarz ogona rozpostarty przy lądowaniu, biel piersi i bystre zerknięcia na boki.
Po chwili przyleciała wrona siwa. Srocze towarzystwo rozprysło się na boki w udawanej panice, a już po chwili drobnym kroczkiem, wyciągając szyję, kradło ciasto spod dzioba wrony.
Kiedy odchodziłam w pobliżu jedzenia lądowały trzy kawki.
Stojąc tam i przyglądając się ptakom, złapałam się na tym, że się uśmiecham. Uśmiecham się z zadowolenia, że komuś smakuje moje ciasto.
Nawet czerstwe.
Człowiek to jednak dziwadełko jest, nie?

piątek, 16 października 2009

Święto Chleba

world bread day 2009 - yes we bake.(last day of sumbission october 17)

W tym roku przyłączyłam się do świętowania międzynarodowego Święta Chleba i upiekłam prosty chleb. Prosty, bo moje przygoda z pieczeniem chleba jest bardzo młoda. Znów użyłam przepisu Liski z blogu White Plate na łatwy chleb .

Mimo początkowych trudności - biga nie chciała się ruszyć - chleb wyszedł bardzo dobrze.

czwartek, 15 października 2009

czekając na jutrzejsze święto

Jutro jest międzynarodowe Święto Chleba.
Czekam niecierpliwie, bo będę piec chleb.
Razem z caaaałym światem ;)

Każdy, kto chciałby się dołączyć znajdzie szczegóły na stronie, do której prowadzi poniższy baner:

world bread day 2009 - yes we bake.(last day of sumbission october 17)

środa, 14 października 2009

wiatrodzień

" Więc wstali i kiedy Prosiaczek usiadł z powrotem, bo nie wiedział, że wiatr jest tak silny, i Puchatek pomógł mu wstać, ruszyli w drogę. (...) Wiatr wiał im teraz w oczy i uszki Prosiaczka trzepotały za nim jak chorągiewki, gdy tak szedł i torował sobie drogę. I zdawało się, że minęły całe godziny, nim znalazł dla nich schron w Stumilowym Lesie. A potem znów sterczały mu prosto i trochę niespokojnie nasłuchiwały, jak wyje wiatr wśród wierzchołków drzew."
A.A.Milne "Chatka Puchatka"

To, że dziś wieje wiedzą pewnie wszyscy, o niczym innym prawie TV nie trąbi.
Wiedziałam, że tak będzie, przecież dopiero co umyłam okna. Jeszcze mi się nie zdażyło, żebym umyła okna i żeby następnego dnia nie padał deszcz. No więc poczuwam się trochę do odpowiedzialności za tę pogodę, może nie za wichurę, ale za padające z nieba "coś" napewno.

Koty, podenerwowane zmianami ciśnienia, kręcą się niespokojnie.
Wychodzą na parapet, gdzie siedzą mrużąc oczy i tuląc uszy, by im do nich nie nawiało, a po chwili bębnią łapami w szybę żądając, by je natychmiast wpuścić.
Haker ze Spotem dały upust napiętym nerwom tłukąc się zawzięcie pod stołem pomiędzy nogami krzeseł. Pierwszy wypadł stamtąd Spotek, grzmotnął jeszcze w przelocie w stołową nogę i z łomotem zbiegł/spadł ze schodów.
Wrócił po chwili, już pełen zimnej krwi, z obojętną miną minął powarkującego Hakera, przekąsił parę chrupek, zerknął, czy Kota zostawiła choć odrobinę miejsca przed kominkiem ("Nie zostawiła, zołza...") , wskoczył na kanapę i zaczął oglądać ze mną Wiadomości. Po chwili zainteresował się długa nitką, którą wyciągałam regularnie z motka, ale okazała się ona mało ciekawa i pilnie przeze mnie strzeżona.

Bo naszło mnie na robótki na drutach. Nostalgicznie, jesiennie zatęskniłam za kolorową włóczką, symbolem ciepła, puchatości i spędzonych w ciszy i spokoju wieczorów.
Wyciągnęłam z przepastnych schowków motek melanżu w kolorze dżinsu i zaczęłam przerabiać nitkę na... no, na nie-nitkę ;)
To wczoraj. A dziś powędrowałam do pasmanterii i przebrawszy masę motków wywędrowałam z dwoma włóczkami, piękne jesienne melanże, i z 3 parami drutów. Musiałam kupić, bo moje schowałam tak, że nie udało mi się ich znaleźć.
To co udziergam z włóczki pokażę (jeśli będzie się nadawało do pokazania :D )

niedziela, 11 października 2009

van Gogh, Irysy i tarta bułka

W jesienne i zimowe wieczory lubię układać puzzle. Zajęcie to, podobne do tworzenia "czegoś z niczego" jest, według mnie, podobne do haftu krzyżykowego - długo układasz kawałeczki/krzyżyki zanim zobaczysz pierwsze efekty.

Zwykle puzzle leżą rozłożone na stole całymi tygodniami, krócej lub dłużej, w zależności od trudności układanki. Mam ich kilka, wszystkie dość trudne i ale niezbyt duże (ogranicza mnie wielkość podkładki na której układam), wszystkie mają najwyżej 1000 kawałków.
Moimi ulubionymi do tej pory była zrośnięta trawami droga w winnicy, z łąką maków na pierwszym planie i dzwonnicą kościoła w tle. Kupione jako pierwsze, jeszcze w Pewexie. Ich cechą charakterystyczną jest to, że kawałki nie schodzą się narożnikami na krzyż, tylko są przesunięte względem siebie, co dodatkowo utrudnia układanie.

Kilka dni temu zobaczyłam na allegro puzzle i zakochałam się - "Irysy" V. van Gogh'a. Bardzo lubię ten obraz, tak bardzo, że staram się w swoim ogrodzie odtworzyć podobną rabatę z granatowych irysów. To, czy mi się udaje to inna historia.
W każdym razie dostałam przedwczoraj te puzzle, 1000 kawałków. Były określone jako "trudne".
Są niesamowite.
Są trudne.
Po rozpakowaniu okazało się, wszystkie kawałki zdają się wyglądać identycznie pod względem koloru - uwielbiam to.
Teraz czekają mnie wieczory wypełnione grzebaniem w kawałeczkach lakierowanych kartoników, analizą koloru, i główkowaniem. Piękne.

Zrobiłam sobie nową planszę, bo stara okazała się mieć złe proporcje, i od wczoraj oddaję się przyjemności składania kawałeczków w obraz.
Myślę, że jak skończę będę specem od układu kolorów i rodzajów pociągnięć pędzla na tym obrazie ;)

Narazie mam tyle, całkiem sporo jak na pierwszy dzień układania:



ps. Kiedyś przyjaciel opowiedział mi dowcip:

- Jakie są najlepsze puzzle 3D dla miłośnika układanek?
- Nie wiem.
- Torebka tartej bułki.

środa, 7 października 2009

lubić, nie lubić

Czasem mam wrażenie, ze przestałam lubić swój dom.
Nie, żebym chciała go zmienić, wyprowadzić się, o nie! Dalej uważam że dobrze się w nim mieszka. Ale czasem... czasem przestaję go lubić.
Objawy tego "nielubienia" to przebłyski niechęci, kiedy znów trzeba odkurzyć, ignorowanie zakurzonych półek i pełne urazy spojrzenia na zapłakane deszczem i kurzem okna. Wzdycham, że znów trzeba by coś zrobić dla niego, pogłaskać, dopieścić, poukładać...
A tak bardzo chciałam go mieć. Tak mi na nim zależało. Przecież mieszkając po ślubie w 12 metrowym pokoju snułam marzenia o własnym domu, koniecznie kilka pokoi i duża kuchnia i spiżarnia... no i ogród... Wtedy te marzenia wydawały mi się nieosiągalne. A teraz mam wrażenie, że czuję się zmęczona tym, że spełniając się rozmieniły się na drobne.
Pewnie marudzę.
Pewnie mi po prostu za dobrze.
Pewnie powinnam dostać klapsa od życia, dla równowagi, żeby znów mi się wszystko podobało...
Ale ja bym chciała tak bez klapsa.
Chciałabym, znów poczuć pasję i radość z faktu posiadania domu.
Chciałabym znów zobaczyć w nim spełnienie marzeń, a nie pasmo monotonnych obowiązków.

wtorek, 29 września 2009

rozczarownie Berlinem

Byłam w Berlinie.
Niedługo, a właściwie bardzo krótko. Dokładnie 25 godzin.
Byłam w tym mieście kiedyś, dawno, jak chodziłam do podstawówki i wtedy też byłam tylko jeden dzień. Pokazali nam wieżę telewizyjną, Alexander Platz, wieki dom towarowy i fontannę przed nim.
Dokładnie to samo widziałam i teraz.
Powiem tak: spodziewałam się dużo większych wrażeń. Słyszałam, że przez ostatnie 20 lat Berlin zmienił się bardzo i to na lepsze. Słyszałam, że jest piękny , a przynajmniej ciekawy pod względem architektonicznym. Jechałam pełna oczekiwań i nadziei na zobaczenie czegoś wyjątkowego.
Stwierdzenie, że się rozczarowałam zupełnie nie oddaje mojego stanu, bo mało, że miasto mnie rozczarowało swym wyglądem (i tym, że jest brudne) to jeszcze zburzyło mi to, co miałam w pamięci z dawnego pobytu.
Tak, tak, wiem, że doba to za mało by wydać wyrok; że pewnie byłam w złym miejscu; że to wielkie miasto, a była wschodnia część jest zaniedbana. Wiem to wszystko, ale...

W każdym razie nie podobało mi się i nic nie sprawiło, że pomyślałam: "Jaka szkoda, że mam tak mało czasu, ale napewno tu wrócę".

stacja kolei Alexander Platz

***

fontanna na Alexander Platz

***

Alexander Platz /widok na dom towarowy/

***

Alexander Platz

piątek, 11 września 2009

jabłkowy dzień

Dziś padało cały dzień, ale wczoraj...
... wczoraj była piękna pogoda. Późnoletnia, leniwa, pachnąca słońcem i dojrzałymi jabłkami.
Przynajmniej u mnie tak było, bo wczoraj zbierałam jabłka.
Moje jabłonki postanowiły w tym roku też mieć jabłka, mimo że obie są starej daty i owocują co drugi rok. W zeszłym uginały się od owoców - w tym też sobie nie odpuściły.
W rezultacie Grafsztynek już jest dobry do jedzenia, a Antonówka czeka na pierwsze przymrozki, by zeszklić miąsz i wykrystalizować dodatkowy cukier.
Więc zbierałam te jabłka przystawiając drabinę to z tej to z drugiej strony, wspinałam się na palce zastanawiając się, jaką krzywdę zrobiłabym sobie zwalając się razem z nią na skalniak (he he he - nie ma to jak galopująca wyobraźnia). Liście łaskotały mnie w szyję, kosmyki włosów wchodziły w oczy, drabina chybotała się, jabłka pachniały. Zrywałam po kilka do starej donicy i złaziłam na dół by poukładać je w skrzynce.
Owocne dwie godziny (ach, ta gra słów ;) )
Teraz w jedna skrzynka po winogronach stoi w kuchni (to spady, do natychmiastowego przerobienia), a druga moknie na ogrodowym stole. Kto miał dostać jabłka to dostał - reszta dla mnie.

Skończyły mi się nakrętki na słoiki.

czwartek, 10 września 2009

wiewiórka z marchewką

Zachciało mi się ciasta marchewkowego - znalazłam je u Liski. I zachwyciła mnie nazwa ciasta u dorotus - Wiewiórka. Połączywszy dwa przepisy, dwie nazwy, stworzyłam ciasto piękne w kolorze, wilgotne, pachnące orzechami i rozgrzewające.
Wspaniałe jesienne ciasto, które naprawdę polecam.


Wiewiórka - ciasto marchewkowo-orzechowe


składniki:

4 jajka
250 g cukru pudru
175 ml oleju słonecznikowego
200 g mąki pszennej
100 g mielonych orzechów laskowych
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
350 g marchwi, obranej i startej na tarce na drobnych otworach




wykonanie ( cytuję za Liską z White Plate) :

Piekarnik nagrzać do temperatury 180 st C.
Okrągłą formę o średnicy 24 cm (użyłam prostokątnej blaszki 21x26 cm) nasmarować masłem i wysypać mąką.
Jajka utrzeć z cukrem, następnie dodać olej.
Mąkę, sól, proszek, sodę i cynamon przesiać przez sitko, a następnie połączyć z jajkami. Na końcu dodać tartą marchew.
Przelać do formy i piec 35minut ( w oryginalnym przepisie 1 godzinę.)
Smacznego!

czwartek, 3 września 2009

wymiankowa przesyłka

Czekałam, czekałam i się doczekałam :)
wymiankowa paczuszka przyszła dzisiaj, a w niej same śliczne rzeczy:
- bardzo miły list od wymiankowej koleżanki
- haft z dwoma symetrycznymi gołębiami wykonany na pięknie, cieniowanej kanwie. Haft zajmuje tylko 1/3 kanwy, reszta jest dla mnie, do wykorzystania :)))
- malusia podusia z wyhaftowanym serduszkiem, bardzo misterna, pachnąca słodko truskawkami - znajdzie miejsce w szufladzie z pościelą.
- dwa kawałki tkaniny do haftu, jedna to piękny, zgrzebny len, rzadko tkany, druga, kremowa, to kanwa 18
- kolorowe, atłasowe wstążki
- koraliki i fantastyczne guziczki - będą ozdoba przyszłych biskornu :)
- ręcznie wykonana kartka w namodniejszym w sezonie kolorze oberżyny ze złotą różą i uroczymi narożnikami - cudo.
- na koniec coś dla wiewiórki-łasucha, znaczy tabliczka gorzkiej czekolady. Mniam!

Dziękuję Ci serdecznie, Melciu :)))

środa, 2 września 2009

pomidorowo

Kupiłam wczoraj 20 kilo pomidorów Lima i ambitnie zaczęłam je przerabiać na przecier. Narazie, po 2 godzinach pracy, ubyło mi 1/3 skrzynki. Jest dobrze.

Pomidory myję, parzę, obieram ze skóry, kroję i wrzucam do "gara" (największy jaki mam). Gar od początku stoi na gazie i całość od razu zaczyna się rozgotowywać. Kiedy uporam się z obieraniem całej partii, w blenderze rozdrabniam zawartość gara. Stawiam na ogniu i gotuję.
W tym czasie myję słoiki, wycieram i wstawiam do zimnego piekarnika nastawiając go na 120 stopni. Jak osiągnie ta temperaturę wyjmuję słoiki po jednym, napełniam gotującym się przecierem i zamykam. Stawiam do góry nogami do wystygnięcia. I już.

Pestkami nie zawracam sobie głowy, bo w końcu też są dla ludzi ;)

Z całością skrzynki muszę uporać się dziś, bo pomidory są dojrzałe i nie wytrzymają długo, a w piątek wybywam na długi weekend.

piątek, 28 sierpnia 2009

śliwkowo

Kruche ciasto ze śliwkami

Przepis na kruche ciasto mam od swojej mamy, ona dostała go od znajomej wieki temu. Sprawdza się z każdymi owocami (w oryginale był z jabłkami).
Tutaj wersja ze śliwkami i orzechami laskowymi.




składniki:
1/2 szklanki cukru (użyłam trzcinowego)
1 cukier waniliowy
1/2 kostki masła
1 całe jajko
2 żółtka
2 łyżki kwaśnej śmietany
2 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia

do obłożenia:
70 dkg śliwek
3-4 łyżki mielonych orzechów laskowych

wykonanie:
Posiekać mąkę, proszek do pieczenia i cukier waniliowy z masłem. Dodać roztrzepane jajko, żółtka i śmietanę. Zagnieść dość szybko ciasto, uformować kulę i wstawic do lodówki na minimum 2 godziny, a najlepiej na noc.

Połowę ciasta rozwałkować i wyłożyć nim dno formy (u mnie tortownica 26 cm). Z brzegu uformować wałeczek. Ciasto w formie posypać mielonymi orzechami i ułożyć na nim połówki śliwek pozbawione pestek.
Pozostałą część ciasta rozwałkować i ułożyć na śliwkach w formie paseczków lub kształtów wyciętych foremka do ciastek (u mnie kwiatuszki)

Wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 stopni i piec około 30 minut.
Po wyjęciu, ciepłe, posypać cukrem pudrem.

Smacznego :)

wtorek, 25 sierpnia 2009

kocanki



Żółte kocanki.
Suchutkie kwiatki wyzłocone promieniami słońca.
Mają srebrne łodyżki i długie, pokryte siwym meszkiem, listki.
Nie potrzebują wody, ani cienia, ani też żyznej ziemi - rosną na piachach, na suchych łąkach, na skrajach sosnowych lasów.
Kochają słońce tak, że czasem aż rudzieją od niego przebarwiając w pyszny pomarańcz.

Bardzo lubię kocanki...

czwartek, 20 sierpnia 2009

"Z tyłu był stuknięty, bo mnie nie puknął, a z przodu puknięty, bo go stuknęłam.." 

Czy pech też chodzi parami?
Bo mówią, że nieszczęścia, owszem.
Ale pech? Taki zwyczajny, niezbyt groźny, ale dokuczliwy?
Bo jak, jak nie pechem, nazwać uszkodzenie w przeciągu dwóch dni dwóch zderzaków? Wczoraj ja stuknęłam, a dziś mnie stuknęli.
Pech...

wtorek, 18 sierpnia 2009

wtorkowy dzień




Wielka burza nocą, ulewa i niebo jasne od piorunów.
Rano - mokry ogród i wierzba wysmagana deszczem.
Mokre futerko kotów wracających z porannej przechadzki.
Zmywanie po śniadaniu.
Planowanie obiadu dla jutrzejszych gości.
Poranna kawa wspierana drugą kawą.
Późnoletni dzień, zmyty deszczem i prześwietlony słońcem.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

wymiankowa wysyłka

Skończone, zapakowane i wysłane :)

Wymiankowa praca z Praire Shooler pojechała do adresatki.
Bardzo jestem zadowolona, że zdecydowałam się na udział w tej "wymiance" - to świetna zabawa, poznałam nowe wzory i poszerzyłam "horyzonty krzyżykowe". A fakt, że to co robię jest "dla kogoś" tylko pomnożył przyjemność.

Tak się spieszyłam pakując, że nie zdążyłam (czytaj: zapomniałam) zrobić zdjęcia. Cóż... zdaża się najlepszym ;P

wtorek, 11 sierpnia 2009

pierwszy chleb

Upiekłam chleb!
I jest pyszny "i nie-bułkowy" - dokładnie taki, jak go opisała Liska z blogu White Plate .

Mając małe doświadczenie w pieczeniu chleba trzymałam się niewolniczo przepisu Liski na Łatwy chleb pszenno-żytni. Jedyna co zmieniłam to to, że na początek piekłam jeden bochenek, a nie dwa, więc wszystkie składniki podzieliłam precyzyjnie na pół.
Jest faktycznie łatwy do wykonania, jedyne, czego potrzebuje to czas - rósł tyle co w przepisie, nie chciał szybciej. Poza tym jest niekłopotliwy.
Jestem z niego bardzo dumna, z tego, że się udał i że urósł, i że ma smak chleba.

Jak go zjemy (pewnie dziś na kolację) zacznę robić go od nowa, tym razem już z całego przepisu, na dwa bochenki.
A później zabiorę się za testowanie następnych przepisów...

niedziela, 9 sierpnia 2009

fotograficznie

Przywiozłam wczoraj do domu trochę zdjęć i dziecko z kanikuły. Dziecko jak dziecko, ale zdjęcia wyszły faaajne.



Aleje starych drzew z tajemnicami skrytymi za zakrętem

~~~~~


Brda z czystą wodą, brązowo-miodowym dnem i wstęgami jasnozielonych wodorostów

~~~~~


Sosnowe lasy, suche, pachnące żywicą, z żółtymi trawami i krzewinkami borówek

~~~~~

Warto było wstać o piątej :)

sobota, 8 sierpnia 2009

poranek

Dochodzi 6 rano.
Kończę kawę i zaraz jadę na Kaszuby.
Może złapię parę dobrych fotek z ciekawym, niskim światłem? Prawdę mówiąc właśnie na to liczyłam wstając po piątej.
Świat wygląda inaczej o tak wczesnej porze - podoba mi się.

czwartek, 6 sierpnia 2009

ogrodowa dżungla

W tym roku mój ogród jest jak dżungla. Dzięki deszczom rośliny rosną jak oszalałe, pchają się na siebie, zagłuszają, przeciskają się między sobą. Kładą się na ścieżkę, zagradzają pędami furtkę, zaczepiają przechodniów.
Między bylinami najbardziej wytrwałe chwasty, rosnące szybko, kwitnące na potęgę i rozsiewające masę nasion. Wszystko rośnie tak, jakby miało to być ostatnie lato na Ziemi.

środa, 5 sierpnia 2009

dżem morelowy z wanilią

Będąc dzieckiem nie lubiłam moreli. Uważałam, że są "mączne" w smaku i włochate. Z czasem zmieniłam zdanie i teraz szukam na targu tych pomarańczowo-czerwonych, matowych owoców. Fascynuje mnie ich kwaskowatość i leciutka goryczka pochodząca od skórki. Lubię je też za to, że odchodzą od pestki i są "suche" po przełamaniu oraz za dżem o słonecznej, smakowitej barwie i słodyczy podbitej goryczką.
Kupiłam wczoraj dwa kilo moreli i zrobiłam dżem.

Dżem morelowy z wanilią


składniki:

2 kg moreli
60 dkg cukru
1 laska wanilii

wykonanie:

Owoce umyłam, wypestkowałam krojąc na ćwiartki, zasypałam w garnku cukrem. Odstawiłam na kilka godzin. Jak cukier się rozpuścił a morele puściły sok postawiłam na ogień i zagotowałam. Potem gotowałam około pół godziny na małym ogniu szumując w miarę potrzeby. Mieszałam całość co jakiś czas - miał to być dżem, nie konfitury, więc nie przeszkadzało mi, że część owoców rozpadanie się od tego mieszania. Po pół godzinie zestawiłam z ognia i zostawiłam w spokoju do następnego dnia.
Na drugi dzień znów zagotowałam i smażyłam koło pół godziny, mieszając często, bo całość miała tendencje do przywierania. W czasie tej pół godziny rozkroiłam laskę wanilii, wyskrobałam żiarenka i wrzuciłam je do dżemu. Resztę wanilii też wrzuciłam, by oddała swoją część zapachu mieszaninie.
Zrobiłam próbę konsystencji - łyżeczka dżemu na talerzyk, talerzyk do zamrażarki na 2 minuty (lub do lodówki na 5 min.) . Jeśli po wyjęciu dżem jest gęsty to można już skończyć smażenie - jeśli nie to należy jeszcze trochę posmażyć. Na koniec wyjełam wygotowane laski wanilii.
Dżem nałożyłam do wyparzonych słoiczków i po zakręceniu postawiłam dogóry dnem by wystygły.

Trochę się nie zmieściło, więc mogę się delektować nim nie czekając pochmurnych i słotnych dni.


ps. śliwki na zdjęciu zostały użyte w celach czysto dekoracyjnych i nie mają żadnego związku z powstałym dżemem ;)

niedziela, 26 lipca 2009

w bukowym lesie


Popołudnie w bukowych lasach.
Ciemnozielonych, nasączonych deszczem, pachnących grzybami, błotem i zbutwiałymi liśćmi. Srebrnoszare pnie z nalotem w kolorze miedzianej patyny stoją mokre od niedawnego deszczu.
Na ziemi gałązki strącone przez wiatr, pełne buczynowych orzeszków. Na skarpach przy drodze poduchy ciemnozielonego mchu, ozdobione gdzieniegdzie pomarańczową kurką.
Na drogach duże kałuże o brzegach z czarnego błota i jasnym lusterkiem wody, w którym przeglądają się drzewa.

sobota, 25 lipca 2009

znów własna


Jestem wolna.
Wróciłam.
Znów jestem panią samej siebie. Odzyskanie siebie nie jest dziełem jednego dnia, proces zaczął się dość dawno, kilka miesięcy temu uświadomiłam sobie, że postępuje powoli, a dziś jestem pewna, że się dokonał i zakończył.
Co za ulga.
I jakie odświeżające uczucie, jak powrót do znajomych, kochanych miejsc po długiej podróży.
My soul is again mine, my own, my preciousss...