wtorek, 28 grudnia 2010

sweter kamieńczyk - odsłona 1

Tuż przed świętami zakochałam się we włóczce.


Jest to merino 100% , a kolor nazywa się Stonechat, co oznacza małego ptaszka z rodziny muchówek, kamieńczyka lub inaczej kląskawkę.

/fotografia kamieńczyka pochodzi ze strony http://www.birdfood.co.uk , na którą można się przenieść po kliknięciu na zdjęcie /


Zaczęłam robić z niej ciepły sweter, mam już trochę ponad połowę pleców i uważam, ze kolory układają się w świetny drobny melanż. Wełna w ogóle nie gryzie i jest pod każdym względem idealna.


Zdjęcia robione na słońcu, niskim i grudniowym, stąd taka ciepła tonacja fotek. W naturze kolory są odrobinę spokojniejsze, mniej złotawe i mają więcej brązów.

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt !


Moi drodzy Odwiedzający-Blog-Wiewiórki,
pragnę złożyć Wam serdeczne życze
nia
radosnych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia,
rodzinnej atmosfery,
samych pyszności na stole,
wymarzonych prezentów pod choinką,
smacznej herbaty i aromatycznej kawy i dni świąteczne
i kawałka pysznego ciasta,
błogiego i leniwego świętowania,
upojnego Sylwestra,
oraz
wszelkiego dobra w nadchodzącym roku :)

Wesołych Świąt!!!

wtorek, 21 grudnia 2010

Trochę? Nie! Dużo kiczu

Postanowiłam dziś odpalić choinkę na blogu. Będzie stała całe Święta, zdejmę ją może dopiero po Nowym Roku (chyba, że nie wytrzymam z nią aż tyle czasu ;) )

Z innych rzeczy, to dziś trochę zeszła ze mnie para - poprzednią noc spałam 3 godziny, w tą też niewiele więcej (lukrowałam kolejną partię pierniczków, bo Młody zażyczył sobie do szkoły na "wczoraj").
Dziś Pan Malarz pojawił się znowu. Postanowiliśmy poprawić prysznic, bo woda bardzo wolno spływała. Jako że żaden prysznic w sklepie mi się nie podobał, a te co mi się podobały kosztują ponad 5 TYSIĘCY (zgroza i rozbój!), zdemontowaliśmy ten co mamy. Został podniesiony, dostał nowe rury i jutro będzie montowany na nowo.
W każdym razie test został zrobiony i woda spływa lepiej, a o to głównie chodziło.

W międzyczasie byłam w sklepie i znów wróciłam z siatkami - zaczynam czuć do siebie niecheć, jak widzę się zapełniającą koszyk. Zastanawiam się jakbym się czuła jeśli nie poddałabym się temu świątecznemu amokowi, ale jakoś boję się spróbować. A nuż nie będzie mi się wtedy podobało? ;)

Po południu upiekłam ciasteczka marcepanowe (nie robiłam zdjęć, więc nie będzie wpisu) i zagniotłam ciasto na ciasteczka orzechowe. W międzyczasie pilnowałam gotującego się bigosu - to drugi dzień.
Posprzątałam kuchnię po raz enty, zrobiłam sobie herbatę, wzięłam kilka marcepanowych ciasteczek - trzeba przecież wypróbować - i usiadłam do komputera.
I tu zeszła ze mnie para - snuję się po necie jak dziecię we mgle...

Kawy? O, tak... poproszę... ;)

poniedziałek, 20 grudnia 2010

niedziela, 19 grudnia 2010

dzienny koszyczek Bibi

Koszyczek w przedpokoju przy płytkach grzewczych jest miejsce, gdzie Delphi spędza 3/4 dnia.
Nocą, średnio od 22.00 do 8.00, śpi w koszyku w naszej sypialni, też ustawionym przy płytkach.
Pozostała część doby przeznaczona jest na intensywną aktywność typu: jedzenie, mycie, jedzenie, ziewanie, jedzenie, prychnięcie na Hakera, jedzenie... ale to tak na marginesie.
Wracając do tematu, to w dziennym koszyczku Bibeńka, starsza pani w czarnym futrze, grzeje sobie na zmianę: łopatki, brzuszek, nereczki - co widać na załączonym obrazku ;)

sobota, 18 grudnia 2010

przedświąteczne muffinki

Zainspirowana wypiekami Dorotus i Bei oraz korzystając ze swego "stałego" przepisu na babeczki upiekłam zdecydowanie zimowe muffinki. Są rozgrzewające, a ich słodycz złamana jest kwaskowatą nutą cierpkich żurawin. Piekąc się, roztaczają zapach piernika i świąt.


Muffinki z żurawinami i piernikową nutą




składniki:
/ z tej porcji wychodzi 12 sztuk/

1 i 3/4 szklanki mąki
1/4 szklanki cukru
2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
1 ubite jajko
3/4 szklanki mleka
1/3 szklanki oleju roślinnego
1 łyżeczka przyprawy do piernika
1 szklanka suszonych żurawin

wykonanie:
Rozgrzać piekarnik do 200 stopni Celcjusza.
W dużej misce zmieszać suche składniki i żurawinę. Jeśli żurawiny są duże można poprzekrawać je na połówki. Ubić jajko z mlekiem i olejem. Dodać do maki i wymieszać szybko. Ciasto powinno być lekko grudkowate.
Formę na muffinki wyłożyć papilotkami lub natłuścić. Nakładać ciasto do 2/3 wysokości foremek.
Piec 20-25 minut na złoto.

Smacznego :)

piątek, 17 grudnia 2010

wdzianko Leśne Licho

Jakiś czas temu zachwyciłam się japońska włóczką Kureyon Sock Yarn. Widniejące na zdjęciu motki skojarzyły mi się z wczesnojesiennym lasem i natychmiast otrzymała imię "Leśne Licho".

/ zdjęcie pochodzi ze strony e-dziewiarka, gdzie kupiłam owe cudo/

Jak przyjechały motki, to udłubałam sobie wdzianko robione od góry - pierwszy raz używałam tej techniki i uważam, że jest to rewelacyjny sposób na pasiaste wyroby. Paski układają się idealnie symetrycznie, co przy tej włóczce ma spore znaczenie, bo, z racji ręcznego przędzenia, posiada ona zmienną grubość nitki, co nadaje wyrobowi ciekawą fakturę.
Różnorodność w fakturze i bałagan w paskach to byłoby za dużo, a tak jest w sam raz.

Zdjęcie na ludziu bez głowy, bo na ludziu lepiej się prezentuje niż na płask ;)


Wdzianko nie ma guzików - zapinane jest na drewniana spinkę. Robione gładkim prawym, plisy z pojedynczego ryżu, rękawy nie zwężane, równej szerokości na całej długości.
Luźne, zabawne, kolorowe - ideał ;)

środa, 15 grudnia 2010

Pani Tycia Myszka - gotowa

"Pani Tycia Myszka była okropnie schludną i drobiazgową osóbką; wciąż tylko zamiatała i odkurzała miękkie piaskowe podłogi.
Czasem jakiś chrząszcz zabłąkał się w korytarzach.

- A sio! A sio! Małe brudne nóżki! - mówiła pani Tycia Myszka i uderzała z hałasem w śmietniczkę."

Beatrix Potter "Pani Tycia Myszka"

Jak widać skończyłam haft. Uprany i uprasowany czeka na oprawienie, tylko najpierw muszę zdecydować się czy zrobić z niego obrazek czy zawieszkę.
Na sukni zamiast francuskich węzełków naszyłam koraliki - tak jest ładniej :)

poniedziałek, 13 grudnia 2010

ciężka praca w NIKKu

Spodziewamy się gości na Święta i na Sylwestra.
W związku z tym, nasze koty zawiązały Najwyższą Izbę Kociej Kontroli, w skrócie NIKK.
Celem NIKK-u jest zajmowanie się kontrolą jakości urządzeń sypialnych wszelkiego typu, które są w ofercie domostwa oraz sprawdzaniem stanu pościeli przeznaczanej dla gości, jak też tej przeznaczonej na użytek wewnętrzny.

Bibeńka, jako zdeklarowany tlenowiec, wzięła na swoje barki inspekcję tapczanów:


Zaś Haker, znany beztlenowiec, z przyjemnością zagłębia się w kwestie jakości bielizny pościelowej składowanej w zamkniętych szafkach:

Jak widzimy zajęcie jest równie nużące, jak wyczerpujące.
W związku z tym NIKK przedłożył ostatnio wniosek o wzbogacenie suchej racji żywnościowej w potrawy z półki luksusowej, kładąc szczególny nacisk na surowe ryby (najchętniej pstrągi) i mieloną wołowinę (ale tylko z młodych sztuk).
Jak na razie, wniosek utknął w Komisjach obradujących nad jego zasadnością.

niedziela, 12 grudnia 2010

Pani Tycia Myszka - odsłona druga

Pani Tycia Myszka powstała już w połowie.
Zrobiłam wszystkie krzyzyki, pozostały backstitch'e, znaczy wszelkie "kreseczki" by obrazek nabrał ostatecznych kształtów.
Obecnie prezentuje się tak:

Już coś widać, nie tak jak poprzednim zdjęciu, gdzie trudno było dopatrzyć się czegokolwiek ;)


Za oknem cos na granicy odwilży, ale pada śnieg nie deszcz. dobre i to, bo chlapa pośniegowa jest paskudna.
W ogrodzie biało, całkiem urokliwie ;)

piątek, 10 grudnia 2010

Pani Tycia Myszka - odsłona pierwsza

Po ponad roku dłubania na drutach zatęskniłam nagle za haftem krzyżykowym.
O ile rok temu wydawało mi się, że już dość mam haftowanych obrazków i "Ileż można ich mieć?", to teraz nagle doszłam do wprost odwrotnego wniosku : "Mam ich za mało, prawie wcale!"
Pogrzebałam w szufladzie i wciagnęłam maleństwo, klejnocik dłubany na aidzie 18 - pani Tycia Myszka według Beatrix Potter.
Zaczęłam wczoraj i narazie mam tyle:

Tak, wiem, na razie mało co widać. Mogę podpowiedzieć, że zaczęłam od białego fartucha :D Mam nadzieję, że zrobię go dość szybko, ale myślę, że będzie jeszcze jedna odsłona przed końcową prezentacją skończonego dzieła.

środa, 8 grudnia 2010

zakamarkowe porządki

Dzień spędzony na porządkach w pralnio-suszarnio-graciarni.
Czego tam nie znalazłam - przede wszystkim stare kartony po sprzęcie grającym. Trzymane latami, bo tak każą w sklepie, bo jak się popsuje to bez kartonu Ci nie przyjmą do serwisu. Paranoja.
Nie, nie wyrzuciłam wszystkich - wierzę im, że nie przyjmą sprzętu bez pudełka - ale ograniczyłam kartony do jednego z każdego rodzaju. Przecież jak się coś popsuje to nie wszystko naraz.
Poza tym znalazłam pięć pudełek po butach pełnych taśm wideo z nagranymi bajkami dla dzieci. Kiedyś obecny Młody, a wtedy Mały, nie oglądał kreskówek "jak leci". Wybierałam te, które uważałam za odpowiednie dla wieku i nagrywałam je, a potem odtwarzałam mu. Na taśmach więc tkwi kolekcja "Małego Misia", "Misia w Wielkim Niebieskim Domu", "Noddiego" o "Listonosza Pata".
Jako, że nie mamy już odtwarzacza wideo wszystkie taśmy powędrują do kosza. Żałuję tego bardzo, ale rozsądek mówi, żeby wyrzucić. Wybrałam tylko "Dźwięki Muzyki" z zamiarem przegrania ich na płytę. Taki klasyk muszę zachować ku własnej uciesze.
W czasie porządków znalazłam też taśmy magnetofonowe - swego czasu wydalismy majątek na kupowane w Pewexie TDKi.
W starym wazoniku upchniętym w głębokim pudełku znalazłam kilka pięciozłotówek "z rybakiem" - oczywiście skrzętnie je schowałam.
Tak wogóle to jak sroka jestem i chomik, wszystko mi się przydaje, wszystkiego mi żal. Argument, że rzecz nie używaną przez rok należy wyrzucić wcale do mnie nie trafia. Ba! uważam to za jakiś absurd. W rezultacje takie porządki jak dziś dają mierny skutek. To raczej układanie w innej konfiguracji tych samych gratów i oszukiwanie siebie, ze ma się teraz więcej miejsca.
Ale przecież nie mogę powyrzucać WSZYSTKIEGO!

wtorek, 7 grudnia 2010

świat według Hakera

Na dworze zimno.
Śnieg zmarzniętymi igiełkami szczypie w stopy. Nawet na kawałku wykładziny na parapecie nie da się długo wysiedzieć. A wychodzić warto - a nuż jakaś sikorka zapomni się na tyle, że usiądzie na śniegu? A może nawet kos lub sroka. Chociaż ze srokami to lepiej nie zadzierać - ich dzioby są strasznie twarde i walą nimi jak opętane. Całkiem bez kultury.
W każdym razie, wychodzę dzielnie kilka razy dziennie i tylko pilnuję, by o mnie nie zapomnieli - to nie zabawne jak nagle wyjdą z domu i nie ma nikogo by otworzył drzwi czy okno i wpuścił zmarzniętego kota.
Jak wracam to w domu jest rozkosznie ciepło, można zakopać się w łóżku pod puchatą kołdrą. Trzeba przyznać, że mieli dobry pomysł, kiedy zmienili kołdry na łóżku. Już dawno im mówiłem, że poprzednie są za cienkie, ale oni nie słuchają. Nakrywali się kocami i udawali, że im ciepło.
Teraz to JEST ciepło. Nareszcie.
Wysypiam się, potem coś przekąszę i chętnie bym z kimś pogawędził. Młodego nie ma jeszcze w domu, a reszta...?
No tak, znajduję ich przed komputerami. Wpatrzeni w te ekrany jakby latały tam nie sikorki, a łososie. Nic ich nie rusza. Ani ocieranie się o nogi, ani zachęcanie do rozmowy. Pozostaje tylko wskoczyć na biurko i zasłonić sobą te okienka. WTEDY zauważają kota. Ba! Nawet pogłaszczą, usuną niewygodne przedmioty spod łapek - słowem starają się jak mogą, tylko dlaczego tak dziwnie kiwają się na boki i próbują zepchnąć mnie na skraj biurka?
Nie dam się!
Mogę przycupnać, ale zepchnąć się nie dam!

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Ogród pod szkłem

Dziś za oknem zimno i ponuro.
Przypomniała mi się jesienna wizyta w szklarniach Ogrodu Botanicznego w Powsinie. Potężne szklane domu, parne i upalne, pełne tropikalnych roślin i... kotów.
Jednego spotkałyśmy u wejścia do kolejnej szklarni, pogrążonego w półletargu, zamyślonego i kiwającego się lekko w takt swoich myśli. Okupował ławkę.

Dalej, przy ścieżce w głębi, była następna, wolna. Paprocie wylewały się z rabat, łosie rogi zwisały w licznych ampli.

Dalej, nad sadzawką, wrażenie dżungli jeszcze wzrosło. Chciałam posiedziec, poprzyglądac się w spokoju roślinom, lecz niestety, po niedawnym zraszaniu wszystko było mokre i nie było gdzie usiąść. Poza tym w głowie zadzwonił natrętny dzwoneczek, że zraszacze mogą znów się uruchomić...
Zielona dżungla. Coś co wydaje się być nierzeczywiste, kiedy patrzy się na śnieg i suche badyle za oknem.
W Oliwie też jest ogród botaniczny z palmiarnią, lecz niestety całą zimę jest zamknięty dla zwiedzających. Palmiarnia również, bo wejście do niej jest od strony ogrodu.
Szkoda.

niedziela, 14 listopada 2010

sweet home tea?

Mam w domu malowanie. Trwa od ponad dwóch tygodni i moje nerwy, jaki i siły fizyczne, są na wykończeniu. Ostatnio front robót przeniósł się do kuchni, w rezultacie cała zawartość szafek została wyekspediowana na podłogę w sąsiednim pokoju. Teraz wygląda tam jak w sklepie o szumnej nazwie "Artykuły Pochodzenia Zagranicznego", a w rzeczywistości zawierającego rzeczy pochodzące z niemieckich wystawek. Jedyna różnica to ta, że jest to polska wystawka ;)

poniedziałek, 1 listopada 2010

Śniadanie u Tiffany'ego, podwójnie


Jakiś czas temu wpadłam w księgarni na opowiadania Capote Truman'a. W zbiorku było "Śniadanie u Tiffany'ego", więc nie ulegało wątpliwości, że kupię tę książkę.
Byłam ciekawa. Ciekawa opowiadania, bo zarówno o nim, jak i o filmie z Audrey Hepburn, słyszałam, znam fotosy z tego filmu, ale jakoś nigdy nie miałam okazji go obejrzeć.

Opowiadanie przeczytałam jakieś pół roku temu. Czy się podobało? Owszem. Lubię nastrój opowiadań z tego okresu. Ameryka, ale jakaś spokojniejsza niż obecnie pokazywana, Nowy York już nie zasypiający nocą, ale jeszcze pusty wczesnym świtem.

Wczoraj trafiłam w sklepie na film "Śniadanie u Tiffany'ego".
Klasyka.
Kupiłam.
Obejrzałam. Wczoraj raz, dziś drugi raz i jeszcze pół, i pojedynczy fragment... Rany, nie na darmo został okrzyknięty klasyką gatunku. I pomyśleć, że straciłam tyle czasu nie znając go, ale jakie to szczęście, że już go znam.
Film, który na zakończenie wycisnął mi łzy z oczu, łzy wzruszenia i ciepły uśmiech na sam koniec.
A Audrey... cóż... już teraz rozumiem czemu uważana jest za ikonę. Epoki, kina, mody i stylu. Patrząc na nią widziałam w jej twarzy, w jej grze całą plejadę aktorek, które wstępując na scenę lata po niej, są (może mimowolnie, a może świadomie) drobnymi zwierciadełkami Audrey.
To aż niesamowite i nigdy bym w to nie uwierzyła, jakby ktoś mi o tym opowiadał. Nie liczę więc zbytnio, że mi uwierzycie, ale chociaż obejrzyjcie przy okazji "Śniadanie u Tiffany'ego" - nie śpiesząc się, najlepiej sami lub w towarzystwie dobrych przyjaciół.

czwartek, 28 października 2010

śmietankowo, kokosowo, słodko...

Szybkie ciasto dla miłośników kokosów, kruchego, bezowego wierzchu i puszystego ucieranego ciasta. Coś dobrego do herbaty czy kawy, dobre pierwszego jak i trzeciego dnia.

Babka śmietankowa z kokosową bezą.

składniki:

na spód:
3 jajka
1 szklanka cukru
1 szklanka kwaśnej śmietany
2 szklanka mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka masła

na bezę kokosową:
1 szklanka białek
1 szklanka cukru
1 szklanka wiórków kokosowych



Nagrzać piekarnik do 175 stopni. Formę do pieczenia (u mnie prostokątna, 25x35 cm) nasmarować olejem i wysypać mąką.
Całe jajka utrzeć wraz z cukrem i masłem na gładka masę. Dodać śmietanę i mąkę z proszkiem do pieczenia.
Wymieszać i wlać do formy. wyrównać.
Białka ubić na sztywna piane, dodać powoli cukier i ubijać aż masa stanie się gładka i lśniąca. Dodać wiórki kokosowe, wymieszać.
Wyłożyć masę bezowa na ciasto, najpierw przy brzegach formy, później na środku. wyrównać.
Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec około 30-40 minut, do tzw. "suchego patyczka".
Ostudzić w uchylonym piekarniku.
Smacznego :)

środa, 27 października 2010

przedranek

Rankiem niebo całe jest w gwiazdach.
Z kubkiem kawy w dłoni spoglądam na sad, gdzie oszronione drzewa skrzą się w blasku zimnego księżyca niczym forpoczta zimy.
" ... I won't spend my life, gazing at the stars up in the sky..." śpiewa Kate Melua w pustej kuchni.
Cały dom jeszcze śpi, obudzi się za kilkanaście minut, a wtedy jego mieszkańcy, poganiani przez własne sprawy, w krótkim czasie rozproszą się po mieście.
Haker wraz ze mną ogląda zaszroniony świat. Opiera się na moment o moje nogi, owija je ogonem.
- Otwórz balkon - wypuszczam kota w księżycowy blask.
Opróżniony kubek stygnie, już raczej ziębi niż grzeje dłonie.
Na piętrze stuknęły drzwi i dom zalały dzikie dźwięki Sabatonu.
Zaczął się dzień.

niedziela, 24 października 2010

jeżynowa rozdawajka

Maryna z blogu Patchworki Maryny i inne zszywanki rozdaje cukierki. Tym razem to śliczny, jeżynowy w kolorze komplet, sami popatrzcie:


Ustawiłam się w kolejkę ;)

czwartek, 30 września 2010

jesienno śliwkowy szalik i kawałek mgiełki

Skoro przestało padać i światło jest jako-takie to porobiłam zdjęcia robótkom. Tej skończonej i tej rozbabranej.
Skończony jest szalik dla Młodego. w czasie robienia nieodmiennie nazywałam go w myślach Jesienne Śliwki. nie ma tu fioletu, ale za to jest łagodny brąz kakao pobity nutką brudnego bordo, kolor błękitnego nalotu jaki mają późne węgierki, zgniła zieleń liści, trochę butwiejących gałązek, jasnozielone plamy glonów rosnących na mokrej korze śliwkowego drzewa i trochę siwego dymu z ogniska. Piękna symfonia przytłumionych, zdecydowanie męskich kolorów, uzyskana przez ręczne farbowanie (każdy motek ma odrobinę inny układ i proporcje kolorów) na cudownie mięsistej i ciepłej włóczce firmy Araucania. Jest to mieszanka 80% wełny owczej, 10% wełny wielbłądziej i 10% jedwabiu - idealne połączenie.
Szalik zrobiony jest wzorem półpatentowym (po jednej stronie żeberka, po drugiej perłowe oczka), dość włóczkożernym, stąd na całość poszły mi dwa motki po 100g. Użyłam drutów 4.5. Wymiary szalika to 107 cm długości i 23 szerokości (w stanie spoczynku, bo patentowy wzór jest rozciągliwy).

całość na leżąco


tu widać przenikające się kolory i różnice między stronami wzoru

Teraz czekamy z Młodym na zimę, bo szalik za ciepły jest, bo używać go już teraz.


Rozbabrana robótka to Błękitna Mgiełka - będzie z tego coś w rodzaju bolerka, możliwe, że z rękawami, zależy na ile starczy mi włóczki. Włóczka to urugwajska merino, cienizna, ręcznie farbowana, o pięknej nazwie Haiku. Kolory są pastelowe, bardzo delikatne: blady błękit, szarość, lawendowy. robię wzorem ze starej książeczki o nazwie 'wachlarze" - całość układa się w fale i pasuje mi to do koncepcji kotłujących się mgielnych oparów.

plecy, jeszcze nie całe

zbliżenie wzoru

środa, 29 września 2010

politechniczna meduza

Gmach Główny Politechniki Gdańskiej jest zbudowany w stylu zwanym neorenesansem niderlandzkim. Lubię ten gmach, lubiłam tam studiować. Lubiłam i lubię oglądac te wszystkie płaskorzeźby i rozmaite gargulce pousadzane na elewacji. Ale do tej pory nie zwróciłam nigdy uwagi co jest umieszczone nad głównym wejściem.
Dopiero kilka dni temu, kiedy akurat napatoczyłam się na PG z aparatem, stanęłam oko w oko z... Gorgoną.
Sami popatrzcie, przecież to wyraźnie jej głowa, z wężami we włosach, wytrzeszczonymi, przerażającymi oczami...


Zastanawiam się jakaż to myśl przyświecała budowniczym Gmachu Politechniki, że ją tu umieścili. Czyżby mieli nadzieję, że słabe umysły skamienieją ze strachu i nigdy nie przestąpią progów Uczelni?

wtorek, 28 września 2010

zielony Dan z Shetlandu

Zrobiłam synowi nowy sweter. Tym razem zamówiony, włóczkę wybierał sam, łaskawie zgodził się na zaproponowany wzór.
Wybrałam darmowy wzór Dan ze strony Berooco, która okazała się kopalnia świetnych wzorów rozmaitych dzianin.
Sweter jest zrobiony z włóczki o nazwie Shetland (45% wełna, 55% akryl) miękkiej, niegryzącej świetnie zachowującej się w robótce i w gotowym wyrobie. Druty 3,5 na ściągacze, 4,0 na resztę.
Zdjęcia jakości nieszczególnej, ale światło jest do bani, ale kolor na zdjęciu pokazującym całość jest prawie identyczny z naturalnym.
Ozdobne paski to podwójne żeberka z oczek przekręcanych sprytnie w każdym rzędzie, nie tylko po prawej stronie. Zostały zaakceptowane jako "niewarkocze" ;)

Sweter jest noszony ^^ ;)

poniedziałek, 27 września 2010

ogrodowy weekend

W piątek przyjechało drewno do kominka. Na zimę. Jako, że grzejemy się głównie kominkiem, więc zamawiamy go całkiem sporo - w tym roku 8 metrów sześciennych. "Tylko" osiem, bo z poprzedniego roku zostało nam ze dwa.
No i to drewno przyjeżdża na ciężarówce, jest wysypywane przed domem na duuuużą hałdę, no i trzeba je poukładać.
Układamy wzdłuż budynku, pod okapem, bo działka za mała, by zbudować coś w rodzaju drewutni. Po kilku godzinach pracy hałda drewna zamienia się w równą ścianę, pachnącą suchym drewnem i lasem.
Skutkiem ubocznym układania jest ból ramion i pleców utrzymujący się od jednego do pięciu dni ;)
Za to w ogrodzie zaczęły spadać antonówki. Tym razem już te dojrzałe, gotowe do jedzenia - jak kto lubi kwaskowate, twarde, strzelające pod zębami jabłka - lub do przerabiania na mus do szarlotek zimowych.
Zbieram je i układam najpierw na stole w ogrodzie, a potem zanoszę do domu i tam zielenią się w kuchni czekając na swoją kolej.

Ładna pogoda w sobotę zaowocowała Ogniskiem_W_Taczce. Z racji braku miejsca palę ogrodowe śmieci (liście, gałęzie, badyle, itp) w starej taczce.

Na początek poszła kora i inne śmieci drewniane, które przyjechały z drewnem, więc dymiłam radośnie na całą okolicę, wędząc sobie włosy, skórę i ubranie.
Palenie ogniska w ogrodzie ma dla mnie coś z obrzędów czarownicy, ten dym, ten duszący jak kadzidło zapach... każde drewno, każdy badyl ma inną woń przy spalaniu, jabłoniowe gałązki pachną słodko, a wierzbowe gałęzie wydzielają zdecydowanie mniej przyjemny odór. Szyszki trzaskają wesoło.
W miarę jak mijało popołudnie, słońce zniżało się na niebie, w ogrodzie zapadał cień i robiło się coraz bardziej tajemniczo i nastrojowo.
To było pierwsze Ognisko_W_Taczce w tym sezonie - zrobię przynajmniej jeszcze jedno, późną jesienią, kiedy na drzewach nie będzie już liści, a na rabatach zostaną tylko zeschnięte badyle i zwarzone przez pierwsze mrozy, liście.

czwartek, 23 września 2010

dlaczego technika lubi facetów

Wiecie co Wam powiem?
Powiem Wam, że przedmioty martwe potrafią być wredne. I to bardzo. Pewnie nie odkryłam żadnej Ameryki, sami to dobrze wiecie, niemniej jednak...
Wczoraj wieczorem zniknął prąd z gniazdek w całym domu. Sam zniknął. Nikt mu nie pomagał.
Zajrzałam do skrzynki rozdzielczej i widzę, że jeden z przełączników jest wyłączony. Czytam opis: wyłącznik różnicowo-prądowy. Ki cholera? Sprawdzam w necie - ów wyłącznik wyskakuje jak jest zagrożenie przebiciem, porażeniem, itp. No dobra.
Obeszłam dom, wymieniłam przepalone żarówki, których do tej pory nie chciało mi się wymienić, wróciłam do skrzynki i próbuje załączyć. Guzik, nie da się.
Nie muszę Wam chyba mówić, że męża nie ma w domu. Jakby się akurat przydał to go nie ma. Jest na drugim końcu Polski, a ten wredny prąd na pewno to zwąchał.
Kapitulując przed wyłącznikiem różnicowo-prądowym zadzwoniłam po Pana Elektryka, który przyszedł po godzinie i bez problemów włączył tą cholerę. Nie wymienił, tylko włączył - zrobił to co ja, tylko ta swoją profesjonalną ręką. Wredny prąd.

Za to dziś rano, uszykowana na ważne spotkanie, wyjeżdżam z garażu, jadę uliczką i coś dziwnie ciężko, coś chlapie z boku.... zrobiło mi się zimno. Myślę w panice, "Nie, tylko nie to..." Zatrzymuję się na poboczu, obchodzę samochód dookoła i... Oczywiście, że to jest TO. Mam flaka. Gumę. Kapcia. Jak by tego nie nazwać nie da się na tym jechać, chyba, ze chce zniszczyć sobie felgę.
Doczłapałam się do domu.
Wygrzebałam książeczkę z pomocą techniczną. Jedno, co trzeba przyznać, że dobrze, że kupiliśmy przedłużoną gwarancję - za pół godziny przyjedzie Pan Mechanik i mi coś zaradzi - albo napompuje, albo zaholuje do wulkanizacji.
Wredny samochód.
Wredne koło.
I znowu poradzi sobie z tym facet.

środa, 22 września 2010

Uczone Lwy

Ten właśnie lew przysiadł na murze portrierni przy Głównej Bramie prowadzącej na teren Politechniki Gdańskiej. On, i jego lustrzane odbicie, lustrują brać studencką zbliżającą się ku bramie Uczelni. Silne, pazurzaste łapy, bujne grzywy wskazują na silnych, pewnych swej pozycji osobników, a lekko marszczący się nos odsłania potężne kły i powoduje, że niemal słychać głuchy warkot narastający w krtani.
Grube tablice trzymane przez lwy są jak tomy wielkiej księgi pełnej wiedzy.

wtorek, 21 września 2010

candy - herbaciany igielnik

Widzicie to cudo na zdjęciu poniżej?

Piękny igielnik, prawda? Otóż wyobraźcie sobie, że Marysia z blogu Baju Baju postanowiła dać w prezencie wzór jego wykonania osobie, która w komentarzach. do 30 września, zgłosi chęć posiadania go.
Oczywiście, że się zapisałam w kolejkę i teraz czekam...
Może mi się poszczęści? ;)

piątek, 17 września 2010

5.30 też godzina ;)

Zaczęłam dzień o 5.30.
Wcześnie, bo Młody miał do szkoły na 7.30. Przy śniadaniu okazało się, że gardło Młodego zbuntowało na całego. Krzywiąc się i pojękując jadł jajecznicę i zerkał na mnie załzawionym spojrzeniem. Rozjaśniło się ono kiedy usłyszał: "Wracaj do łóżka, nie idziesz do szkoły."
Kiedy po pół godzinie weszłam do jego pokoju to spał zwinięty w kłębek pod kocem - więc jednak chory.
W każdym razie, mam dłuuugi dzień wypełniony filiżankami z kawą - zawsze jakiś zysk ;)

czwartek, 16 września 2010

Różany ogród i Chopin

W ostatnia niedzielę przechadzałam się, w przemiłym towarzystwie Miriel, po ogrodzie botanicznym w Powsinie. Jest duży, pełen zakamarków, ukrytych ścieżek i późnoletnich i wczesnojesiennych kwiatów.
Gdzieś w ogrodzie odbywał się właśnie koncert chopinowski, więc kaskady dźwięków spadały pomiędzy kwitnące róże.
To było bardzo miłe popołudnie .


ukryte przy kosodrzewinie ścieżki,


łany zimowitów,


a potem już tylko róże, róże, róże...